Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
HokejKoszykówka
Warszawa - Środa, 12 kwietnia 2006, godz. 20:00
Ekstraklasa - 24. kolejka
Herb Legia Warszawa Legia Warszawa
  • 2' Ouattara
  • 19' Edson
  • 29' Szałachowski
3 (3)
Herb Lech Poznań Lech Poznań
  • 80' Reiss
1 (0)

Sędzia: Tomasz Mikulski (Lublin)
Widzów: 13000
Pełen raport
Moussa Ouattara dał sygnał do rozgromienia Lecha już w 2 minucie!

30 minut i po meczu

W drodze po upragnione mistrzostwo Polski Legia nie zwalnia i bez większego trudu pokonuje kolejne przeszkody. Tym razem na drodze warszawskiego walca stanął Lech Poznań. Poznańska lokomotywa, która w poprzedniej kolejce pokonała Wisłę Kraków, w środowy wieczór w porównaniu z Legią była marną drezyną i stanowiła tylko tło dla grających z polotem i fantazją Wojskowych. Stołecznym piłkarzom wystarczyło trzydzieści minut, by zaaplikować gościom trzy bramki i odebrać im ochotę do gry.

W porównaniu z meczem derbowym Dariusz Wdowczyk zdecydował się na jedną zmianę. Grającego bezbarwnie Cezarego Kucharskiego w linii ataku zastąpił Sebastian Szałachowski. Jak okazało się po pół godzinie gry, "Wdowiec" znów miał trenerskiego nosa. Wtedy to na strzał zza pola karnego zdecydował się Marcin Burkhardt. Uderzenie było dość mocne, ale minęłoby bramkę strzeżoną przez Arkadiusza Malarza. Fantastycznie zachował się jednak "Szałach". Rzucił się szczupakiem do lecącej nisko nad ziemią piłki i nie dał najmniejszych szans Malarzowi. Mijała dopiero 30 minuta, a boiskowy zegar wskazywał już wynik 3-0. Lech był na kolanach. Na trybunach zapanowała zaś euforia. Nie ma się zresztą czemu dziwić, gdyż Wojskowi rozgrywali bardzo dobre spotkanie. Od pierwszej minuty rzucili się na przeciwników, jakby chcieli zetrzeć słabe wrażenie z pierwszej połowy niedzielnych derbów. Rehabilitacja udała się nadzwyczaj szybko. Nie minęło 180 sekund i trybuny eksplodowały radością. Wszystko za sprawą Edsona da Silvy i Moussy Ouattary. Brazylijczyk ustawił piłkę by wykonać rzut wolny. Dośrodkował wprost na głowę "Predatora", który powtórzył wyczyn z meczu z Polonią i dał Legii prowadzenie.

Jedna bramka nie zadowalała jednak ani piłkarzy Legii, ani kibiców. W 20 minucie padła więc druga bramka. W roli głównej znów wystąpił Edson. Perfekcyjnie wykorzystał rzut wolny podyktowany po faulu na Piotrze Włodarczyku. Malarz nie miał większych szans, gdyż Edson uderzył mocno i precyzyjnie. Później wspomnianym już szczupakiem popisał się Szałachowski i na przerwę legioniści schodzili w bardzo dobrych humorach. Ich nastrój był całkowicie uzasadniony, bo Wojskowi robili co chcieli, a piłkarze Lecha przypominali dzieci błądzące we mgle, które nie wiedzą jak grać w piłkę. W pierwszych 45 minutach Legię spotkała jednak też i niemiła sytuacja. Z powodu kontuzji murawę musiał opuścić Edson, którego w 28 minucie zastąpił Tomasz Kiełbowicz.

W drugiej połowie legioniści zagrali z dużym spokojem. Cały czas kontrolowali wydarzenia na murawie i zadowoleni zdobyczą z pierwszej połowy zaczęli bawić się z piłkarzami Lecha. Obraz drugich 45 minut najlepiej oddaje pojedynek Dicksona Choto i Piotra Reissa. Legionista odebrał piłkę poznaniakowi i sprytnym zwodem wywiódł go w pole. Następnie poczekał na napastnika Lecha i... okiwał go jeszcze raz. Właśnie tak bawiła się Legia po przerwie. W końcu zabawa skończyła się jednak niemiło. Na dziesięć minut przed końcem błąd obrony Wojskowych wykorzystał Reiss. Znalazł się sam przed Łukaszem Fabiańskim i mocnym strzałem pod poprzeczkę dał Lechowi honorowe trafienie. Na nic więcej legioniści nie pozwolili przyjezdnym. Końcowy gwizdek sędziego oznajmił piłkarskiej Polsce, że stołeczny lider ciągle ma cztery punkty przewagi nad Wisłą.

Mecz z Lechem wlał w serca kibiców dużą dawkę optymizmu. Legia znów grała lekko, łatwo i przyjemnie. Oglądanie popisów Wojskowych powodowało, że ręce same składały się do oklasków. Szkoda tylko Piotra Włodarczyka. "Włodar" zagrał bardzo ambitnie, chcąc udowodnić, że ciągle potrafi strzelać bramki. Niestety nie dane mu było pokonać bramkarza poznaniaków. Za ambicję, wolę walki i zaangażowanie Włodarczykowi należy się jednak duże uznanie. Jeżeli będzie grał tak dalej, to bramki w końcu muszą przyjść. Najbliższa okazja już w sobotę. Kolejna na rozkładzie Wisła Płock!

Autor: Tomek Janus

Polecamy: