Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
HokejKoszykówka
Warszawa - Niedziela, 1 października 2006, godz. 18:30
Ekstraklasa - 9. kolejka
Herb Legia Warszawa Legia Warszawa
  • 76' Burkhardt
1 (0)
Herb Wisła Kraków Wisła Kraków
  • 48' Brożek
1 (0)

Sędzia: Robert Małek
Widzów: 11500
Pełen raport
Legia nie wygrała czwartego meczu z rzędu, choć była lepszym zespołem niż Wisła - fot. Mishka

Tylko remis

Po serii trzech porażek Legia tym razem nie przegrała i zremisowała z Wisłą Kraków. Trudno to jednak określić mianem postępu, gdyż gra legionistów ciągle pozostawia wiele do życzenia. W niedzielny wieczór karty na boisku rozdawała... pogoda. W pierwszej połowie nad stadionem szalała burza z ulewnym deszczem. Murawa szybko nasiąkła wodą i piłkarze mieli duże problemy z utrzymaniem się nie tylko przy piłce, ale nawet z utrzymaniem w pionie.

Mecz z Wisłą Kraków, najgroźniejszym rywalem do mistrzowskiej korony, był doskonałą okazją dla Legii do rehabilitacji po żenująco słabej postawie w ostatnich spotkaniach. Jednak już niespełna kwadrans po pierwszym gwizdku sędziego plany legionistów musiały zostać zmodyfikowane. Z boiska z powodu naciągnięcia mięśnia musiał zejść Dickson Choto. Zastąpił go Sebastian Szałachowski. Piłkarze obu drużyn dążyli do zdobycia trzech punktów, ale na przeszkodzie stawały im fontanny wody, które wzbijały się w górę po każdym strzale. Podania nie mogły być więc dokładne i często padały łupem przeciwnika. Jako, że na takiej murawie łatwiej się bronić niż atakować, zarówno Legia i Wisła nie zapędzały się często pod bramki rywali. Swoich szans szukali w strzałach z daleka. Ku zaskoczeniu wszystkich czynili to rzadko. A Łukasz Fabiański i Emilian Dolha mieli duże problemy z chwytaniem śliskiej piłki. W 32. minucie powinno być 0:1. Mauro Cantoro podał do Pawła Brożka, ale ten w doskonałej sytuacji nie trafił w bramkę. Swoje szansę miała też Legia, ale widać było, że wojskowi mają problemy z przystosowaniem się do gry na anormalnej murawie.

Druga połowa rozpoczęła się od wielkiej zmiany. Wreszcie przestało padać:) co na pewno musiało ucieszyć zmokniętych kibiców z „Żylety”. Zmianie uległ także wynik. Niestety ręce do góry w geście radości wznieśli wiślacy. Łukasz Fabiański puścił piłkę po strzale Pawła Brożka między nogami i było 0:1. Chwilę później mogło być już 0:2, ale szczęście było przy Legii i skończyło się na strzale w poprzeczkę. Podrażnieni Wojskowi rzucili się do ataku, ale nie potrafili znaleźć sposobu na obronę Wisły i świetnie dysponowanego Emilian Dolhana. Bramkarz krakowian wybijał piłkę nawet w najtrudniejszych sytuacjach. W końcu musiał jednak skapitulować. W 76. minucie zza pola karnego piłkę w stronę bramki kopnął Marcin Burkhardt. Lekkie uderzenie minęło wszystkich w polu karnym i piłka wpadła do bramki obok zaskoczonego bramkarza Wisły. Po meczu nawet uradowany strzelec miał problem z powiedzeniem czy chciał dośrodkować czy też strzelać. Legia niczym wytrawny bokser chciała pójść za ciosem, ale nic z tego. Wiślacy do perfekcji opanowali sztukę gry na czas (mistrzem był Dolhan, który brał kilkunasto metrowy rozbieg przed wybiciem piłki, a gdy sędzia postanowił go ukarać za to żółtą kartką, odszedł kilka metrów od piłki i tam oczekiwał na arbitra). Braki już nie padły i skończyło się remisem.

Po meczu z Wisłą jedna mecz cieszy najbardziej. Jest nią dwutygodniowa przerwa w rozgrywkach. Może przez ten czas legioniści poprawią swoją grę i wreszcie zaczną wykorzystywać sytuacje strzeleckie. Ciężko jednak coś wyrokować. Pod koniec sierpnia Wojskowi także mieli przerwę a poprawa gry nie nastąpiła. Może teraz będzie inaczej.

Autor: Tomek Janus