Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
HokejKoszykówka
Warszawa - Niedziela, 6 maja 2007, godz. 14:30
Ekstraklasa - 25. kolejka
Herb Legia Warszawa Legia Warszawa
  • 32' Włodarczyk
  • 50' Radović
  • 90' Thiago (sam.)
3 (1)
Herb Pogoń Szczecin Pogoń Szczecin
  • 38' Julcimar
1 (1)

Sędzia: Zdzisław Bakaluk
Widzów: 7832
Pełen raport
W ten sposób Miroslav Radović zdobył drugą bramkę dla Legii - fot. Mishka

Mecz przyjaźni dla Legii

Legia wygrała 3:1 z Pogonią w meczu przyjaźni. Gra nie była porywająca, mecz nie stał na najwyższym poziomie. Mimo to, gospodarze potrafili trzykrotnie znaleźć sposób na Gu. Szczecinianie mogli cieszyć się jedynie po golu Julcimara w 38. minucie. Była to jedna z nielicznych groźnych akcji Portowców, którzy w całym meczu nie zaprezentowali nic wielkiego. Wynik meczu mógł być zdecydowanie wyższy, ale w Legii szwankowała skuteczność i nawet rzut karny nie był wystarczającą okazją do strzelenia gola.

Nieszczęśliwym strzelcem karnego w 90. minucie okazał się Piotr Włodarczyk. Historia z rzutem karnym wyglądała niczym żywcem wyjęta z serii „Piłkarskie jaja”. Wszystko zaczęło się od Miroslava Radovića, którego w polu karnym faulował Thiago. Sędzia Zdzisław Bakaluk nie miał wątpliwości i wskazał na „wapno”. Do piłki podszedł Włodarczyk, ale jego uderzenie obronił Alison Gu. Futbolówka trafiła pod nogi Otavio, a ten chciał ją jak najszybciej wykopać poza pole karne. Uczynił to jednak tak nieszczęśliwie, że trafił wprost w Thiago, a odbita od niego piłka wpadła do siatki i było 3:1. Uśmiechnięty jeszcze chwilę wcześniej Gu, teraz załamany patrzył na piłkę, a u nieskutecznego Włodarczyka na twarzy pojawił się uśmiech pomieszany z zaskoczeniem.

Wcześniej blond włosy napastnik Legii miał więcej powodów do zadowolenia. To właśnie on w 32. minucie otworzył wynik spotkania. Całą akcję zaczął Roger, który na prawym skrzydle wypatrzył Radovića. Już po chwili Serb podawał w pole karne do Łukasza Surmy. Ten tylko dzióbnął piłkę, na którą już czyhał „Włodar” by z najbliższej odległości wpakować ją do bramki. Było 1-0 i Wojskowi wreszcie udokumentowała swoją przewagę. Ta już wcześniej nie podlegała wątpliwości i brakowało tylko goli. Po pierwszym trafieniu następne wydawały się tylko kwestią czasu.

I faktycznie już sześć minut później piłka znów zatrzepotała w siatce. Tym razem to Łukasz Fabiański musiał uznać wyższość rywali. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego najwyżej w polu karnym wyskoczył Julcimar i głową wpakował piłkę do siatki. Była to jedna z nielicznych akcji Portowców w pierwszej połowie. Legia zdecydowanie przeważała, ale do przerwy był remis.

Sytuacja szybko została naprawiona po przerwie. Już w 49. minucie wszystko wróciło do normy, czyli na prowadzeniu znów była Legia. Lewym skrzydłem szarżował strzelec pierwszej bramki. Przed polem karnym dość szczęśliwi podał do Aleksandara Vukovića. Ten na prawej stronie dostrzegł Radovića. Kilka chwil później „Rado” mógł unieść ręce w geście triumfu, bo piłka po jego pięknym strzale z 12 metra wylądował w siatce. Po straconej bramce Pogoń usiłowała doprowadzić do remisu, ale nie miała sposobu na sforsowanie obrony Legii. U Wojskowych szwankowała zaś wspomniana już skuteczność i mecz toczył się w dość leniwej atmosferze. Wszystkich, może poza fanami ze Szczecina, szczerze rozbawił dopiero rzut karny z ostatnich minut spotkania.

Gdyby nie porażka tydzień temu w Krakowie, nasze nadzieje na europejskie puchary wciąż miałyby rację bytu. Na razie Legia zrównała się w tabeli z przeżywająca kryzys formy Koroną Kielce. Trzecie miejsce to jednak tylko szansa na grę w Pucharze Intertoto. Strata do liderów z Bełchatowa i Lubina jest już nie do odrobienia. Nie pozostaje, więc nic innego, jak walka o trzecie miejsce. Kolejne punkty do ugrania już w środę w Łęcznej. A cała Warszawa już szykuje się na sobotę i ligowy klasyk, czyli mecz z Widzewem Łódź.

Autor: Tomek Janus