Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
HokejKoszykówka
Warszawa - Sobota, 1 marca 2008, godz. 16:00
Ekstraklasa - 19. kolejka
Herb Legia Warszawa Legia Warszawa
  • 65' Chinyama
  • 84' Chinyama
2 (0)
Herb ŁKS Łódź ŁKS Łódź
  • 12' Adamski
1 (1)

Sędzia: Jarosław Żyro
Widzów: 7000
Pełen raport
Takesure Chinyama dwukrotnie pokonał Wyparłę - fot. Mishka

Wymęczyli

W pierwszym meczu rozgrywanym wiosną na własnym stadionie Legia wygrała z ŁKS-em Łódź. Ojcem wygranej jest Takesure Chinyama, który strzelił dwie bramki. Gdyby nie jego instynkt strzelecki, legioniści zanotowaliby kolejną porażkę. Na szczęście "Tejkszur" pokazał, że coraz pewniej czuje się w trudnych momentach i zapewnił wojskowym wygraną.

Gdyby nie napastnik rodem z Zimbabwe, kibice Legii opuszczaliby stadion z kwaśnymi minami. Bo właśnie tak wyglądali fani po pierwszej połowie spotkania. Legioniści zagrali w niej żenująco słabo. Wyglądali jak grupa przypadkowych osób, a nie zawodowi piłkarze. Problemem nie był już brak szybkości, na który narzekał tydzień temu Jan Urban. W sobotnie popołudnie legioniści przyprawiali o palpitację serca niecelnymi podaniami. Zadaniem niewykonalnym było posłanie piłki nawet do partnera stojącego kilka metrów dalej. Takiego prezentu gracze z Łodzi po prostu nie mogli nie wykorzystać. W 12. minucie było więc 0-1. Dośrodkowanie i Marcin Adamski nie dał szans Janowi Musze. Co gorsze, prowadzenie gości było jak najbardziej zasłużone.

Choć w pierwszych trzech kwadransach Legia grała porażająco słabo, to łodzianie zadowoleni prowadzeniem dostroili się do poziomu gry. Cofnięci pod własną bramkę modlili się o końcowy gwizdek. Ale do niego było bardzo daleko. Tym bardziej, że w 32. minucie za bezsensowne zachowanie czerwoną kartkę dostał Robert Szczot. Zawodnik ŁKS-u dostał drugą żółtą kartkę za kopnięcie piłki po gwizdku sędziego. W sobotni wieczór los był łaskawy dla Legii.

Na pokazanie swojej dominacji legioniści kazali czekać zmokniętym fanom aż do 65. minuty. Wtedy piłkarze Legii pokazali, że potrafią wcielać plany Urbana w życie. Na piątkowym treningu piłkarze ćwiczyli rozgrywanie różnych wariantów stałych fragmentów gry. Jeden ze schematów wcielili w życie w meczu z ŁKS-em. Rzut wolny, Edson wycofał piłkę do Chinyamy i po dobrym uderzeniu było 1-1. Teraz trzeba było tylko, a może aż, pójść za ciosem.

Kibice mokli, a na murawie piłkarze Legii wciąż bili głową w mur. Łodzianie zostali zepchnięci do głębokiej defensywy. W drugiej połowie oddali tylko jeden strzał na bramkę Muchy. Ale gola dającego legionistom prowadzenie wciąż nie było. Aż nadeszła 85. minuta i próbkę swoich umiejętności znów dał Chinyama.

Napastnik z Zimbabwe dostał podanie od Marcina Burkhardta. Choć miał na plecach obrońcę, dał radę odwrócić się w kierunku bramki. Piekielnie mocne uderzenie i Bogusław Wyparło musiał wyciągać piłkę z siatki. Dopiero wtedy goście rzucili się do ataku, żeby odrabiać straty. Ale na ich nieszczęście, piłkarze Legii pierwszy raz w tym meczu zagrali mądrze i dobrze zwalniali grę. Teraz to przyjezdni bili głową w mur. Ku uciesze kibiców Legii - bezskutecznie.

Po porażce w Grodzisku Wielkopolskim Legii udało się zdobyć komplet punktów. W sobotnie popołudnie legioniści prezentowali się jednak bardzo słabo. Aż strach pomyśleć co by się działo, gdyby na murawie nie było Chinyamy. Mimo wygranej, Jan Urban ma nad czym myśleć. Jego zawodnicy gubią się w najprostszych momentach. A rywale czają się za plecami.

Autor: Tomek Janus