Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
HokejKoszykówka
Chorzów - Piątek, 21 listopada 2008, godz. 20:00
Ekstraklasa - 15. kolejka
Herb Ruch Chorzów Ruch Chorzów
    0 (0)
    Herb Legia Warszawa Legia Warszawa
    • 64' Chinyama
    1 (0)

    Sędzia: Paweł Gil
    Widzów: 6500
    Pełen raport
    Aleksandar Vuković wyskakuje do główki podczas dośrodkowania z rzutu rożnego - fot. Mishka

    Stadion Śląski znów zdobyty

    Po golu Takesure Chinyamy Legia wygrała z Ruchem Chorzów 1-0. Była to pierwsza wyjazdowa wygrana legionistów w lidze od 19 września, gdy podopieczni Jana Urbana pokonali Cracovię Kraków. Mecz toczył się przy padającym gęstym śniegu. Lepiej do niesprzyjających warunków dopasowali się „wojskowi”, którzy odnieśli zasłużone zwycięstwo. Szansę na zdobycie punktów mieli także gospodarze, ale w 21. minucie Jan Mucha obronił rzut karny wykonywany przez Wojciecha Grzyba.

    W Chorzowie Jan Urban znów dokonał roszad w składzie. Na ławce pozostał reprezentant Polski Roger. Obok niego usiadł Miroslav Radović. Z przodu trener postawił zaś na duet napastników w składzie Bartłomiej Grzelak – Takesure Chinyma. Wspierał ich Piotr Rocki. Tak ofensywne ustawienie spowodowało, że legioniści systematycznie zaczęli zdobywać przewagę nad rywalami. Jednak to goście jako pierwsi stanęli przed wyborną okazją do wyjścia na prowadzenie.

    W 21. minucie Dickson Choto nie zdążył za rywalem. Jego błąd usiłował naprawić Jan Mucha. Słowacki bramkarz nie trafił jednak w piłkę i wpadł na Remigiusza Jezierskiego. Sędzia Paweł Gil natychmiast podyktował rzut karny. Jednak „Muszkin” pokazał, że należy do bramkarskiej czołówki w polskiej lidze. Wojciech Grzyb przymierzył mocno w prawy róg bramki, ale warszawski golkiper zdołał sparować piłkę i wciąż było 0-0.

    Podbudowana dobrą postawą Muchy do ataków ruszyła Legia. Dobrze uderzał Maciej Iwański. Piłkę po jego strzale na słupek sparował jednak Krzysztof Pilarz. Dwa razy groźnie strzelał Maciej Rybus, ale bramkarz gości był na posterunku i nie dał się zaskoczyć. Do przerwy zmarznięta publiczność, walcząca z pierwszymi tej zimy opadami śniegu, goli więc nie zobaczyła.

    Druga połowa zaczęła się od zmian. Przede wszystkim na murawie pojawił się Roger i Radović. Zmieniła się także aura, czyli zaczął sypać gęsty śnieg. Wprowadzenie wspomnianej dwójki nieco ożywiło grę Legii. Na mokrej m murawie łatwiej było się jednak bronić niż atakować, co skwapliwie wykorzystywał Ruch. Przyczajeni na własnej połowie gospodarze, nastawili się na kontry. Jedna z nich zakończyła się dwoma groźnymi strzałami, ale Mucha znów był na posterunku.

    Ale do roboty wzięli się w końcu i legioniści. W 64. minucie sprawy swoje ręce wziął Maciej Iwański. Najpierw wywalczył rzut rożny. Po kornerze precyzyjnie dośrodkował zaś w pole karne. Tam czyhał już Takesure Chinyama. Napastnik Legii wyskoczył zza pleców obrońców Ruchu i w wpakował piłkę obok bezradnego Pilarza. Radość „Tejkszura” jak zawsze była bardzo nietypowa. Tym razem powody do zadowolenia były tym większe, że była to pierwsza bramka od czterech meczów, którą legionistom udało się zdobyć w wyjazdowym meczu ligowym.

    Po wyjściu na prowadzenie legioniści mądrze oddalili grę od własnej bramki. tymczasem Ruch ciągle szukał swoich szans w kontrach. Czujny pozostawał jednak Mucha, który kilka razy wybiegami poza pole karne zażegnywał niebezpieczeństwo. Po stronie Legii bliski zdobycia kolejnej bramki był Iwański. Pomocnik Legii wpadł w pole karne i strzelał z ok. 3 metrów. Jego uderzenie minimalnie chybiło jednak celu i wynik wciąż pozostawał bez zmian.

    Mimo to z Chorzowa Legia wróciła z kompletem punktów. Za tydzień legionistów czeka wyjazd do Gdańska, gdzie już czeka na nich miejscowa Lechia. Jeżeli „wojskowi” nie chcą stracić kontaktu z czołówką, to z tarczą muszą wrócić także znad morza.

    Autor: Tomek Janus