Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
Legioniści - niezależny serwis informacyjny
HokejKoszykówka
Warszawa - Sobota, 31 października 2009, godz. 18:30
Ekstraklasa - 12. kolejka
Herb Legia Warszawa Legia Warszawa
  • 8' Mięciel
  • 41' Mięciel
2 (2)
Herb Ruch Chorzów Ruch Chorzów
    0 (0)

    Sędzia: Paweł Gil
    Widzów: 2996
    Pełen raport
    fot. Mishka

    Marcin Mięciel Superstar

    Przed hitem rundy z krakowską Wisłą legionistów czekała próba generalna. Na Łazienkowską przyjechał nadspodziewanie dobrze spisujący się w tym sezonie Ruch Chorzów. Jednak przecież podopieczni Jana Urbana na własnym terenie są bardzo mocni i w tym można było upatrywać nadzieję, że Legia pokusi się o kolejne punkty. I nic to, że opiekun warszawskiego zespołu tradycyjnie zapowiadał, że czeka nas trudny mecz.

    Jak silni są gracze z "eLką" na piersi na własnym terenie, goście przekonali się bardzo szybko. W trzecim meczu z rzędu na listę strzelców wpisał się Marcin Mięciel. Jednak tak naprawdę chyba mało który z kibiców na Łazienkowskiej dokładnie widział jak padła bramka. Powód? Wzrok fanów był skupiony na akcji ochroniarzy, którzy siłą ściągali z gniazda prowadzącego doping. Przy akompaniamencie gwizdów i wsparciu gazu łzawiącego, którego nie zawahali się użyć, ochroniarze zakończyli swą akcję pełnym sukcesem.

    Jednak wracając do boiskowych wydarzeń, można śmiało stwierdzić, że chorzowianie nijak nie przypominali zespołu, który zajmuje pozycję wicelidera. To legioniści przesiadywali na połowie rywala, szukając kolejnych bramek. Wyśmienitą okazję zmarnował "Miętowy", przenosząc piłkę wysoko nad poprzeczkę z kilku metrów. Jednak jak mówi stare porzekadło, co się odwlecze, to nie uciecze. Przed przerwą na 2-0 podwyższył nie kto inny, jak... Mięciel, który potwierdził swoją wyborną w ostatnim czasie formę. Dzięki temu piłkarze w dobrych nastrojach zeszli do szatni.
    Warto odnotować, iż kolejny raz przedwcześnie musiał boisko opuścić Sebastian Szałachowski, który ucierpiał w jednym ze starć. W jego miejsce na murawie pojawił się Miroslav Radović.

    Na roszady zdecydował się również Waldemar Fornalik, który w przerwie wprowadził Michała Pulkowskiego. Za jego przykładem poszedł Jan Urban. Szkoleniowiec Legii nie dał szansy skompletowania hattricka Mięcielowi i w jego miejsce wprowadził Adriana Paluchowskiego. Jednak szereg przeprowadzonych zmian nie wpłynął znacząco na przebieg wydarzeń na boisku. Owszem, gospodarze niby starali się poprawić rezultat spotkania, ale groźnych akcji było jak na lekarstwo. Akcje ofensywne kończyły się na niedokładnych dośrodkowaniach, brakowało wykończenia. Z kolei Ruch, który może i częściej był w posiadaniu piłki niż w pierwszej połowie, nie potrafił się przebić przez warszawską defensywę. Choć w 73. minucie Piotr Stawarczyk pokusił się o uderzenie. Na szczęście dla legionistów, piłka wylądowała na poprzeczce po czym opuściła plac gry. W odpowiedzi Radović popędził prawym skrzydłem, wpadł w pole karne, gdzie próbował zwodzić rywali. Czarowanie śląskiej obrony zakończył strzałem, ale futbolówka o centymetry minęła światło bramki! To był początek festiwalu strzeleckiej niemocy. Gołym okiem widoczny był brak na murawie Andrzeja Niedzielana czy Marcina Mięciela. Co chwila piłki lądowały na bandach, a samego siebie przeszedł "Rado", który w akcji dwa na dwa zamiast podawać do lepiej ustawionego "Palucha", wolał sam iść z akcją do końca. Efekt? Strata. Natomiast gracze spod znaku "eRki" szukali jeszcze honorowej bramki, starając się zaskoczyć Jana Muchę. Na darmo. Sędzia doliczył jeszcze 3 minuty i po chwili zwycięstwo gospodarzy stało się faktem.

    Legia wygrała z Ruchem, więc można stwierdzić, że próba generalna przed wyjazdem na mecz z Wisłą wypadła pomyślnie. Sęk w tym, że mimo wszystko chorzowianie i ekipa spod Wawela to nie ten sam kaliber. I najzwyczajniej styl prezentowany przez legionistów w drugiej połowie może nie wystarczyć na "Białą Gwiazdę". Na szczęście Jan Urban ma jeszcze kilka dni, aby zminimalizować mankamenty jego podopiecznych.

    Autor: Fumen