Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
HokejKoszykówka
NewsyNewsy
Newsy
RSS  |  WAP  |  Kosz  |  Siatka  |  Hokej
Czwartek, 18 czerwca 2009 r. godz. 15:09

Uwaga: Wiadomość archiwalna!

Historia Legii: Mistrzostwo przegrane w 5 minut, czyli 2-3 z Widzewem

Bodziach

Dokładnie 12 lat temu na Łazienkowskiej byliśmy świadkami meczu, o którym wszyscy fani Legii chcieliby zapomnieć. W Warszawie rozegrano spotkanie, które miało decydować o tytule mistrzowskim. I choć mecz Legii z Widzewem rozgrywany był na kolejkę przed końcem sezonu, wszyscy zdawali sobie sprawę, że właśnie wynik bezpośredniej potyczki dwóch kandydatów do mistrzostwa będzie decydujący. Legia przeważała zdecydowanie przez większość spotkania i do czasu odniesienia kontuzji przez sędziego Czyżniewskiego, wydawało się, że hasła z trybun, zachęcające do świętowania na Starówce, wkrótce zostaną zrealizowane...

Meczu Legia - Widzew, rozegranego 18 czerwca 1997 roku nie zapomną nigdy wszyscy, którzy oglądali go na żywo. Ani fani Legii, którzy po meczu byli załamani, ani widzewiacy, którzy mieli okazję fetować na naszym stadionie mistrzostwo Polski zdobyte w niesamowitych okolicznościach.

Przed meczem 33. kolejki I ligi, w tabeli prowadził Widzew, który miał punkt przewagi nad Legią. Drużynę prowadzoną przez Mirosława Jabłońskiego interesował więc tylko komplet punktów. Każdy inny wynik sprawiał, że łodzianie mieliby tytuł na wyciągnięcie ręki. Przed meczem w Warszawie panowało niemałe zamieszanie. Działacze bowiem wprowadzili pierwsze w historii identyfikatory dla kibiców, które miały być konieczne do obejrzenia ostatniego spotkania sezonu.

Zbieranie wniosków ze zdjęciem i opłaty za wykonanie identyfikatora odbywało się na Łazienkowskiej. Każdego dnia już przed rozpoczęciem ich przyjmowania ustawiała się długa kolejka do budynku za dawną Żyletą. Ze względu na powolne przesuwanie się kolejki, niektórzy zmuszeni byli do jeżdżenia po kartę aż trzy razy. Jeśli jednak składanie wniosków przeprowadzane było w niezbyt komfortowych warunkach, to aż strach przypomnieć jak wyglądało ich wydawanie. Karty miały być gotowe od godziny 10 rano, jednak już godzinę wcześniej spory tłum zebrał się pod stadionem. Jak się później okazało, zupełnie niepotrzebnie. Zebranych poinformowano, że karty na Łazienkowską "dojadą" parę godzin później. Dokładnego czasu nikt nie potrafił podać...

Po kilkugodzinnym oczekiwaniu (w międzyczasie była informacja o kolejnym opóźnieniu transportu) karty dojechały do klubu. Oczekujący od rana kibice chcięli dostać je w swoje ręce jak najszybciej, by mieć pewność, że zobaczą na żywo mecz z Widzewem. Jak wyglądał proces ich wydawania? Otóż przy składaniu wniosku, każdy z fanów miał swój przypisany numer i numery kart miały być wyczytywane. Jak się okazało wydanie paru tysięcy kart rozentuzjazmowanemu tłumowi wcale nie było takie proste, bowiem swobodne dojście do okienka (tuż przy wejściu na Krytą) było niemożliwe.

W końcu pudła z kartami powędrowały nad głowy kibiców i "dystrybucja" odbywała się na całkowitym spontanie. Przyznam, że stojąc wówczas od rana w tłumie nie spodziewałem się, że karta z moim nazwiskiem trafi w moje ręce ;) Tym bardziej, gdy pudło to znikało, to pojawiało się w zasięgu mojego wzroku. Jakaż była moja radość, gdy jednak karta trafiła pod wskazany adres, a ja w autobusie 162 mogłem wraz z kumplami z liceum podziwiać pierwsze w Polsce identyfikatory dla kibiców.

W dniu meczu z RTS-em od rana czuć było w Warszawie podekscytowanie. Frekwencja na trybunach nie była może najwyższa (przynajmniej 2,5 raza mniej osób niż na meczu z Górnikiem trzy lata wcześniej), ale winna temu była konieczność wyrabiania ID. Tych bowiem nie dość, że nie wyrabiano od ręki (jak obecnie), a po dostarczeniu kilkutysięcznej partii, wiadomo było, że kolejne karty wyprodukowane zostaną już po sezonie. Tak czy inaczej, ci którym poszczęściło się przy zdobyciu identyfikatora i biletu, na stadion przybyli sporo przed rozpoczęciem spotkania. Właściwie już na dwie godziny przed meczem środowe sektory Żylety były zajęte, co zresztą w tamtych latach było normą.

W końcu na boisku pojawili się bohaterowie widowiska - na początku jeszcze bez strojów meczowych. Przeraźliwe gwizdy i wulgarne okrzyki przywitały natomiast bramkarza Widzewa, Macieja Szczęsnego. "Szczęsny p..., Legię sprzedał" - skandowano wówczas na Żylecie, a warto podkreślić, że były to chyba najbardziej kulturalne okrzyki pod jego adresem. Inne wskazywały na "bliskość" Szczęsnego i... Majaka, czyli tego, który w końcówce spotkania jako pierwszy pokonał idola fanów Legii - Szamotulskiego (na którego cześć kibice "kłaniali się" i przeciągle śpiewali "Szamo, Szamo"). Fani na trybunach mieli foliowe chorągiewki w barwach klubowych, które powiewały na krótkich plastikowych kijkach, a ogrodzenie wzdłuż trybuny odkrytej szczelnie wypełnione było flagami.

Na boisku mecz rozpoczął się po myśli Legii. Już w 12 minucie po rzucie rożnym rozegranym z narożnika pomiędzy Żyletą a sektorem gości, Czarek Kucharski strzałem głową pokonał Szczęsnego. Legia przeważała przez większość meczu, a 12 po przerwie udokumentował to Sylwester Czereszewski, przyjmując piłkę mimo asysty obrońcy, a następnie uderzając z 16 metrów w prawy róg obok interweniującego Szczęsnego. Później Legia mogła i powinna dobić rywala. Niestety po zagraniu z prawej strony boiska na przeciwległy słupek, Kucharski z kilku metrów trafił w słupek bramki Widzewa. Nie mniej dogodną okazję na podwyższenie wyniku miał Mięciel, który szedł z piłką od połowy boiska, ale będąc sam na sam ze Szczęsnym, górą był golkiper Widzewa.

Pięć minut przed końcem meczu kontuzji nabawił się sędzia Czyżniewski. Konieczna była kilkuminutowa przerwa w grze, w czasie której opatrywano arbitra. Nikt nie myślał wówczas o tym, co miało za chwilę nastąpić. Na trybunach nadal panowały szampańskie nastroje...

Mecz został wznowiony, a Widzew przeprowadził akcję środkiem boiska. Piłkę z lewej strony otrzymał Sławomir Majak, który wyszedł sam na sam z Szamotulskim i pokonał go uderzeniem w krótki róg. Ten wynik nadal dawał Legii mistrzostwo Polski. Warto przypomnieć, że tuż przed stratą bramki na 1-2 Mirosław Jabłoński dokonał pierwszej zmiany - w miejsce Kucharskiego wprowadził Kacprzaka.

Po trafieniu Majaka, trener Legii zdecydował się zdjąć z boiska także drugiego napastnika. Mięciela zastąpił na placu gry Jałocha, a minutę później szansę na gola na 3-1 miała Legia. Niestety wychodzący na czystą pozycję Czereszewski znalazł się na spalonym. Niestety w odpowiedzi Widzew był skuteczniejszy. Dośrodkowanie z lewej strony na głowę Dariusza Gęsiora, który nabiegając, niepilnowany przez nikogo z 11 metrów doprowadził do wyrównania! Stadion Legii ucichł, a eksplodował sektor od strony kanałku, w którym siedziało ok. 1200 fanów z Łodzi. Wynik 2-2 był korzystny tylko dla jednej drużyny...

Legia rzuciła się do ataku, wiedząc, że tylko wygrana może dać jej mistrzostwo. I w kolejnej akcji piłka chodziła jak po sznurku - od nogi do nogi legionistów, aż w końcu po strzale z prawej strony pola karnego na bramkę od strony ulicy Łazienkowskiej... zatrzepotała w siatce! Radość legionistów trwała bardzo krótko, bowiem arbiter gola nie uznał, słusznie odgwizdując pozycję spaloną. Niestety nie był to koniec "atrakcji" tego dnia. Po szybkiej szarży Widzewa prawą stroną boiska, piłkę w polu karnym dostał Michalczuk (tu nie popisał się Kozioł), który strzałem w krótki, po rękach Szamotulskiego, zapewnił Widzewowi wygraną i mistrzostwo.

Takiego meczu na Legii nie było nigdy później. Łodzianie skakali ze szczęścia, zaś warszawiacy mieli łzy w oczach. Zamiast zapowiadanej wcześniej fety na Starówce (o której skandował cały stadion w drugiej połowie), fani udali się do domów. Jeśli tego dnia ktoś z legionistów pił alkohol to tylko w celu topienia w nim smutków.

W ostatniej kolejce Widzew pewnie pokonał Raków 5-1 (5 bramek Dembińskiego!), a Legia wygrała w Katowicach z GKS-em 3-1.

18.06.1997: Legia Warszawa 2-3 (1-0) Widzew Łódź
1-0 12 min. Cezary Kucharski
2-0 57 min. Sylwester Czereszewski
2-1 88 min. Sławomir Majak
2-2 90 min. Dariusz Gęsior
2-3 90 min. Andrzej Michalczuk

Legia: Szamotulski - Igor Kozioł, Jacek Zieliński, Paweł Skrzypek, Tomasz Sokołowski, Sylwester Czereszewski, Ryszard Staniek (k), Dariusz Czykier, Jacek Bednarz, Cezary Kucharski (87. Jacek Kacprzak), Marcin Mięciel (90. Marcin Jałocha).

Widzew: Maciej Szczęsny - Mirosław Szymkowiak, Tomasz Łapiński (k), Daniel Bogusz (72. Piotr Szarpak), Andrzej Michalczuk, Dariusz Gęsior, Paweł Miąszkiewicz (65. Alexandru Curteian), Radosław Michalski, Rafał Siadaczka, Sławomir Majak, Jacek Dembiński.

Sędziował: Andrzej Czyżniewski (Gdańsk)

Widzów: 10.000

Poprzednie historyczne teksty:

Puchar Polski 1964
Pierwsza ligowa wygrana i pierwszy hat-trick legionisty
Częstochowa 1980
Pierwszy mecz międzynarodowy
Puchar Ligi 2002
Finał PP 1969
Legia trzecia w klasie A w 1923 roku
Stracony sezon 1997/98
Legia Mistrz 1994



Zgłoś newsa!

Jeżeli masz informację, której nie ma na tej stronie, a Twoim zdaniem powinna się znaleźć, zgłoś ją nam! Wystarczy wypełnić prosty formularz, a informacja zostanie dodana do naszej bazy.
Zgłoś newsa!