Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
HokejKoszykówka
NewsyNewsy
Newsy
RSS  |  WAP  |  Kosz  |  Siatka  |  Hokej
Ryszard Michalski - fot. Andrzej Szczęsny
Ryszard Michalski - fot. Andrzej Szczęsny
Środa, 25 sierpnia 2010 r. godz. 14:55

Uwaga: Wiadomość archiwalna!

Wspomnienia wielkich pięściarzy Legii: Ryszard Michalski cz.II

Bodziach i Kras

Dziś prezentujemy drugą część rozmowy z Ryszardem Michalskim, trzykrotnym drużynowym mistrzem Polski z Legią. Jak wyglądały przed laty wyjazdy zagraniczne sekcji, sytuacja ze sprzętem oraz dlaczego Legię wycofano w latach 90-tych z rozgrywek ligowych? "Jak już coś robiłem dla klubu to dostawałem kartki do baru mlecznego na obiady" - wspomina Michalski. O tym i nie tylko dowiecie się z drugiej części wywiadu.

Część pierwsza

Był Pan na Młodzieżowych Mistrzostwach Europy. Bez sukcesu?
Ryszard Michalski: Miałem niefart w losowaniu. Przegrałem walkę z późniejszym mistrzem Europy. No ale otarłem się o najlepszych. Legia ciągnęła do góry, bo otoczenie w którym trenowałem mobilizowało do pracy. Wchodziło się do sali, a tam same asy.

Przy okazji wyjazdów zagranicznych kombinowaliście z wywożeniem towaru, pieniędzy itp.?
- Pewnie, że tak. To była druga pensja w tamtych czasach. Wywoziło się nasze słynne kryształy, naszą wódkę. Jak szła Legia to nie trzepali na lotnisku, albo przymknęli oko. Dzięki temu wielu młodych zawodników miało pieniądze, żeby kupić coś dziewczynie.

Nie baliście się, że ktoś zostanie złapany jak Grotyński w latach 70-tych?
- Przy nas nikogo nie zatrzymali. My przywoziliśmy do kraju drobne rzeczy - ciuch, kosmetyk, pismo z gołymi babami, a z reguły to przywoziło się pieniądze. Za 100 dolarów dwa miesiące się żyło w Polsce, tak się kalkulowało. Dobrej zabawy dwa miesiące. Czasem handlowało się sprzętem. Ale najlepiej to mieli szermierze. Oni mogli powiedzieć, że łamią się im klingi i wtedy wywozili całą walizkę tego. Taką jedną można było sprzedać za 50 dolarów, co było trzy razy tańsze niż innych krajach. Niestety rękawice bokserskie na zachodzie mieli lepsze.

A jak ze sprzętem wtedy w ogóle w Polsce było?
- Sprzęt dawał klub, ale ogólnie bieda była. Jak ja przyszedłem do klubu, to dostałem trampki i dres i cieszyłem się z tego, że nie musiałem tego kupować samemu. Jak już coś robiłem dla klubu to dostawałem kartki do baru mlecznego na obiady. Dzisiaj rodzic musi wszystko zabezpieczyć samemu.

Który rok w Pana karierze był najlepszy?
- Lata 1985-90. Jak byłem w Legii to podciągnąłem się. Bardzo mi zależało. Można jeszcze dodać rok 1982 jak byłem młodzieżowcem i w Zamościu zdobyłem młodzieżowe Mistrzostwo Polski.

Jak traktowaliście turnieje Armii Zaprzyjaźnionych?
- To były poważne zawody. Dużo walk było w Polsce. Ale wszystkie traktowaliśmy poważnie - trzeba było jechać, bo wojsko kazało.

Gdzie odbywał się turniej Armii Zaprzyjaźnionych, kiedy zdobył Pan brązowy medal?
- To było w 1987 roku w Związku Radzieckim. Dokładnie w Rostowie nad Donem. Wojsko nas pilnowało, wszędzie woziło. Przyjechał wtedy nawet jeden zawodnik z Afganistanu. Widać było różnicę - u nas bieda, a tam przepych. Ale i tak najlepsze bankiety to były w NRD. Jak pojechałem pierwszy raz na Zachód to stanąłem przy wystawie z wieloma kolorowymi guzikami z nosem przyklejonym do szyby. U nas wtedy można był kupić papier toaletowy, a tam wszystko...

Można powiedzieć, że dzięki Legii zwiedziliście trochę Europy.
- Ja kupę krajów zwiedziłem dzięki sportowi. Zresztą mogłem gdzieś zostać. Może gdybym się posłuchał i został to bym inaczej funkcjonował?

Często zdarzało się, że ktoś zostawał?
- Może nie często, ale zdarzały się przypadki, że ktoś zostawał. Dzisiaj się z nas śmieją. Raz pojechałem na turniej do Jugosławii z jednym kolegą z Gwardii. Przyjechał po niego brat na granicę i go zabrał. Podobnie postąpił zawodnik, z którym wygrałem swego czasu w Zamościu.

Otrzymywał Pan powołania do reprezentacji Polski seniorów?
- Tak, najpierw juniorów, później seniorów. Tylko było wtedy bardzo dużo dobrych bokserów i ja raczej robiłem za sparingpartnera. Wtedy byli Paweł Skrzecz, Stasiek Łakomiec. Oni byli nie do przejścia.

Które walki najbardziej zapadły w pamięci?
- Na przykład z Edkiem Misiakiem ze Słupska, z Waldkiem Esmondem z Dębicy. Pierwsza moja walka w lidze w Łodzi, mój debiut w Legii. Dziś nie pamiętam już z kim boksowałem. A później jakoś poszło. W sezonie było z 10 walk.

Jak wyglądała opieka lekarska? Nie miał Pan problemów z kontuzjami?
- Opieka była dobra, ja kontuzji wiele nie miałem.

Z bajeczną techniką nie ma się kontuzji :)
- (śmiech). Byłem po prostu zdrowy. A nie jak dzisiaj młody człowiek przychodzi do sportu, a jego po pół roku kolona bolą. Taka jest dzisiaj młodzież. Ja jestem wychowany na śledziu, a nie na Bebiko.

Sekcja korzystała z pomocy doktora Machowskiego?
- My mieliśmy doktora Święcickiego, ale jak trzeba było skonsultować się z Machowskim, to był też do dyspozycji. Nie było problemu. Różnych porad udzielali także doktorzy Osman, Smarzyk, Jurewicz.

Kiedy odbyła się Pańska ostatnia walka?
- Nie pamiętam... w 1989 albo 1990 roku. Później zostałem gospodarzem obiektu na Fortach Bema, następnie przenieśli mnie na Kompanię Sportową, a później zabrał mnie major na Obrońców Tobruku. To było w 1991 roku. Trenerem koszykarzy Legii był wtedy Jan Kwasiborski, a siatkarzami dowodził Wojtek Drzyzga. W tej sali pracowałem jako administrator.

Po zakończeniu kariery nie rozstał się Pan z boksem.
- Byłem przy boksie cały czas. Zrobiłem papiery trenera. Później musiałem odejść z sekcji, bo generał Lewiński robił roszady i dla mnie miejsca nie było. Krzysztof Kosedowski ściągnął mnie na salę w 2001 roku i tak zostałem w Legii do dzisiaj.

Przez cały czas sekcja działała na Fortach Bema?
- Tak, wojsko jeszcze to utrzymywało, ale było coraz mnie młodzieży. Przez pewien czas na sali było czterech zawodników i... trzech trenerów, bo gen. Lewiński wycofał sekcję z ligi.

Czym było spowodowane wycofanie klubu z rozgrywek?
- Brakiem pieniędzy. Generał powiedział, że on nie ma pieniędzy na czołgi, to tym bardziej nie będzie na boks i sport. No i wycofał nas i to się rozpadło. Nie było następców i do widzenia.

Jest szansa na to, że bokserska Legia będzie miała seniorów?
- Nie ma na to szans. Nie ma ludzi, nie ma pieniędzy. Dzisiaj trzeba dać pieniądze, żeby ktoś boksował. Teraz nie ma sportu amatorskiego - wszystko jest zawodostwem, chociaż nazywa się amatorskim. Dzisiaj Legia kończy się na juniorach. Dostajemy jakieś pieniądze z OZB, jeżeli juniorzy zdobędą jakieś punkty na zawodach. Dlatego jeszcze istniejemy, a resztę utrzymują ci, którzy trenują komercyjnie. Dzięki temu są środki na opłaty za wodę, światło.

Czy sekcja ma jakiegoś sponsora?
- Nie.

Jak długo sekcja może korzystać z budynku na Fortach?
- Jeszcze przez trzy lata, a później nie wiadomo. Tak jest zresztą ze wszystkimi sekcjami, które tam są.

W Legii trenował również Andrzej Gołota. Od początku zapowiadał się na dobrego boksera?
- To prawda. Był bardzo dobrym zawodnikiem, szczególnie w wieku juniora.

Którzy bokserzy Legii byli najlepsi?
- Właściwie wszyscy trenujący w Legii. Jadąc od góry: Janusz Czerniszewski, Henryk Petrich, Kazimierz Szczerba, Bogdan Gajda, Krzysztof Kosedowski, Dariusz Kosedowski, Zbigniew Raube, "Szolc", wcześniej jeszcze Przemysław Wawrzyniak, Kazimierz Przybylski, Adam Kozłowski. To był samograj. Legia jechała na indywidualne MP i z 12 zawodników 10 zdobywało złote medale MP, a pozostali srebro i brąz. Który klub może pochwalić się takimi wynikami? I taką sekcję zlikwidowano! To się w pale nie mieści!

Spodziewaliście się decyzji o zamknięciu sekcji?
- Była taka możliwość, że się wycofamy z ligi, bo starzy zawodnicy osiągali wiek emerytalny jak na sportowców. Nie było wtedy następców, ale tę decyzję można było przesunąć w czasie - minimum o 3 lata. Przez te lata Legia mogła jeszcze funkcjonować w lidze.

Wojskowi chyba nie bardzo rozumieli sport, a boks w szczególności?
- Powiem tak - jak generał przychodził na trening to zadawał pytanie, 'dlaczego oni grają w kosza'? Trener odpowiedział mu, że to jest forma rozgrzewki. Na co generał odpowiedział pytaniem: 'A to nie mogą grać w ping-ponga'?.

Wiedzieliście wcześniej o przenosinach z Łazienkowskiej na Forty, czy to było zaskoczenie w 1990 roku?
- Mieli nas przenieść na czas remontu głównego budynku. Ale my wiedzieliśmy, że jak już nas przeniosą, rzekomo na czas remontu, to już tam zostaniemy na zawsze. Mówiło się wtedy, że cały klub będzie przeniesiony na Forty. Jak wiadomo tak się nie stało.

Kiedyś mówiło się o budowie hali koło stadionu...
- Tak, mówiło się. I mówi się do dziś.

Co znajdowało się wcześniej w hali na Bemowie, której był Pan przez pewien czas był Pan administratorem?
- Hala sportowa przy ul. Obrońców Tobruku najpierw była wojskowa. To były hangar po śmigłowcach i samolotach, adaptowany na potrzeby sekcji. Po latach Legia oddała ją miastu. Skoro klub oddawał własne obiekty, to z czego miał budować nowe?

Jeszcze parę lat temu mówiło się, że na Fortach Bema część terenów zajmą bloki, ale na większości powstaną nowoczesne obiekty sportowe.
- Był plan taki, że pół terenów na Fortach Bema zostanie oddanych pod zabudowę, a za uzyskane w ten sposób pieniądze zostaną wybudowane obiekty sportowe. Myślę jednak, że po Olimpiadzie w 2012 roku i Euro 2012, te budynki, które jeszcze dziś funkcjonują zostaną zamknięte. Ja sobie po latach będę z kolegami wspominał stare dobre czasy... CWKS Legia Warszawa wydała tylu medalistów olimpijskich w każdej dyscyplinie... I taki klub jest niszczony! Niszczone są baseny...

Na treningach często powtarza Pan, że boksując uciekacie przed zawałem.
- Coraz więcej kibiców Legii zaczyna trenować boks. Bardzo dobrze, że są tacy, którzy wybierają to np. od fitnessu. Przychodzą się poruszać, złapać trochę zdrowia i dzięki temu uciekają przed zawałem. To właśnie dzięki nim ta sekcja cały czas funkcjonuje - mamy na regulowanie opłat za budynek. Bez tego nie byłoby nas na to stać. Mamy olej opałowy, ogrzewamy się sami. Sami płacimy za światło, wodę. Właśnie osoby trenujący w bokserskiej Legii komercyjnie, utrzymują całą sekcję. Nasza sekcja na dzień dzisiejszy ma najlepszy budynek ze wszystkich sekcji. A to tylko dlatego, że sporo ludzi przychodzi na treningi. Mamy ciepłą wodę, niezłą siłownię, monitoring. To wstyd jak dziś wyglądają budynki wielu legijnych sekcji - takiej sportowej potęgi.

Jakie kiedyś były relacja zawodników z trenerami?
- Były to dla nas osoby zaufane. Mogliśmy się do nich zwrócić z własnymi problemami, ale oczywiście mieliśmy dla nich olbrzymi szacunek. Trener zawsze ma inne oko - patrzy z boku i ich oceny, czy sugestie często się przydają.

Czy trenerzy dawniej to tylko sport, czy także życie poza sportem?
- Także życie pozasportowe. Kiedy zawodnicy mieli różne problemy osobiste, często pomagali im właśnie trenerzy. Czasem trzeba było zabrać zawodnikowi butelkę wódki i ją wylać. Tak też bywało.

Czy to prawda, że jest Pan ostatnim zawodnikiem, który dołączył do bokserskiej Legii, która walczyła w lidze?
- Tak, jako ostatni zostałem przyjęty do składu Legii. Po mnie nie przyjęto już nikogo. Można powiedzieć, że zamknąłem peleton sław, które tam były.

Czy po latach nie żałuje Pan, że tak późno trafił do Legii?
- Nie da się ukryć, że trochę żałuję. Zamiast iść do Stali Rzeszów, trzeba było iść od razu do Legii. Wtedy więcej bym osiągnął. Pobyt w Rzeszowie mnie trochę zmanierował. Mieszkałem tam w hotelu sportowym razem z zapaśnikami. Było tam trochę baletów. Legia natomiast bardziej trzymała w ryzach. Tu zdecydowanie więcej było sportu niż zabawy. Po tym jak Polonia się rozpadła, gdy Legia chciała mnie ściągnąć, powinienem od razu iść do Legii, a nie jechać do Rzeszowa... Ale od Legii i tak nie uciekłem.

Gdzie kiedyś balowali warszawscy sportowcy?
- Na przykład w słynnej dyskotece Tip Top w Warszawie. A po imprezce dalej na balety na baseny Legii. Najpierw do sauny, a później siup do basenu. Kiedyś była też taka dyskoteka Nimfa. Jak chłopacy wrócili z meczu bokserskiego i mieli się udać do Nimfy, to zamiast lecieć do "Poniatoszczaka", to chodzili po rusztowaniu budowanej trasy Łazienkowskiej na drugą stronę Wisły.

Sekcje na Fortach są jakby na uboczu. Kiedyś chyba jeszcze trudniej było tam dotrzeć?
- Cała historia sekcji Legii to był stadion. To było centrum miasta, tam wszyscy przyjeżdżali. Później, jak już nas wyrzucili, to wyrzucili nas na wieś. Małe dzieci nie chciały przyjeżdżać na Bemowo, bo tam od budynku sekcji do bramy jest spory kawałek. Do tego ciemno. Rodzice bali się puszczać swoje dzieci. Natomiast jak sekcja była przy Łazienkowskiej dojazd był świetny. Autobus z każdej strony, do tego szkoły dookoła. To było co innego - lokalizacja jest ważna.

Jak mnie przenieśli na halę przy Obrońców Tobruku, to ze starej Powązkowskiej musiałem iść na piechotę. Tam nawet nie było chodnika. Szło się ulicą, która dziś jest już wyasfaltowana. Wtedy natomiast była betonowa - to kiedyś była przecież ulica w środku jednostki, którą jeździły czołgi i samochody wojskowe. Na Bemowie były dwa pasy, na których mogły lądować najcięższe samoloty. Wybudowanie lotniska to był olbrzymi koszt. Dziś tam wybudowano bloki.

Nie miał Pan kiedyś propozycji korupcyjnych - odpuszczenia walki za jakieś korzyści?
- Do mnie nikt nie podchodził, ale wiem, że do pewnych punktów drużyny robiono podchody. Chodziło o przegranie walki, lub nie wychodzenie do ringu. Wiem, że takie sytuacje miały miejsce i raz przez to nie zdobyliśmy drużynowego mistrzostwa Polski. Więcej o tym mogą wiedzieć starsi ode mnie zawodnicy.
Jako ciekawostkę mogę powiedzieć sytuację z bramkarzem hokejowej Legii, Mirkiem Dudzik. Wiele lat po tym jak zakończył karierę i w ogóle nie istniała już sekcja hokeja na lodzie, opowiedział mi sytuację, kiedy przed meczem wyjazdowym próbowano go nakłonić, żeby wpuścił parę bramek za odpowiednią zapłatą. Nie zgodził się, po czym w meczu puścił 10 bramek, choć starał się podwójnie. "Mogłem wziąć" - mówił.

Inne kluby nie próbowały podkupić zawodników z Legii?
- Mnie nie, ale wiem, że innych na pewno tak. Wiadomo, że jak próbowali, to chcieli najlepszych. To jednak wcale nie było takie łatwe. Jak ktoś przyszedł do Legii, podpisał listę na zawodowego żołnierza, to musiałby się najpierw zwolnić z wojska, a dopiero później dalsze sprawy załatwiać. Sama Warszawa przyciągała - tu było życie.

Większość zawodników Legii to byli przyjezdni?
- Zdecydowanie. Za moich czasów to warszawiakiem byłem tylko ja, Jarek Sroko i Andrzej Gołota. Reszta przyjechała tu z całej Polski - od Pelplina, przez Konin, Łódź, Gostynin, po Ostrowiec Świętokrzyski, Kraków i Górny Śląsk. Wielu z nich zrezygnowało z większych pieniędzy, jakie mogli zarobić w innych klubach, na rzecz mniejszych, byle być w Warszawie.

Mecze bokserskie były kiedyś pokazywane w telewizji?
- Spotkania ligowe były transmitowane. Później je zawieszono. Były także retransmisje najciekawszych walk - tego samego dnia, wieczorem. Dzisiaj natomiast w ogóle nie mówi się o boksie.

Był Pan kiedyś rozpoznawany na ulicach?
- Wcześniej tak. Teraz utyłem i prawie nikt mnie nie poznaje (śmiech). Kiedyś było inaczej. Jak ja zaczynałem trenować boks to sporty walki uprawiało 20 na 100 ludzi. Dzisiaj natomiast na 100 - 80 trenuje - a to tajski boks, ciężary, kulturystykę itd. Kiedyś jak był mecz Legii z Gwardią w hali Mirowskiej to wszyscy się znali. Do dyskotek za darmo nas wpuszczano. Bramkarzami w klubach byli przecież zapaśnicy, rugbyści, czy bokser. A dziś o tym czy wchodzisz do dyskoteki decyduje jakiś pedałowaty selekcjoner. Dzisiaj młodzież zna piłkarzy i ewentualnie sportowców, którzy są na świeczniku. Ale takich dziadków jak ja?

Rozmawiali Marcin Bodziachowski i Łukasz Żurowski



Zgłoś newsa!

Jeżeli masz informację, której nie ma na tej stronie, a Twoim zdaniem powinna się znaleźć, zgłoś ją nam! Wystarczy wypełnić prosty formularz, a informacja zostanie dodana do naszej bazy.
Zgłoś newsa!