Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Zobacz szczegóły.    Rozumiem, ZAMKNIJ
HokejKoszykówka
NewsyNewsy
Newsy
RSS  |  WAP  |  Kosz  |  Siatka  |  Hokej
Wojciech Kowalczyk - fot. Piotr Galas
Wojciech Kowalczyk - fot. Piotr Galas
Niedziela, 20 marca 2011 r. godz. 07:13

Uwaga: Wiadomość archiwalna!

Dwudziestka "Kowala"

Qbas

"Każdy w życiu ma dzień, który wszystko zmienia. Ja też taki miałem, nawet pamiętam datę – 20 marca 1991 r." – takimi słowami rozpoczął swą autobiografię Wojciech Kowalczyk. Od tamtego dnia mija dziś dwadzieścia lat. Dokładnie dwie dekady temu stojący na starcie profesjonalnej kariery piłkarskiej, nikomu nieznany chłopak z Bródna przeszedł do historii nie tylko Legii, ale i polskiej piłki nożnej.

Zdobył dwa gole w Genui, które dały ekipie z Warszawy zwycięski remis 2-2 w meczu przeciwko potężnej Sampdorii. Legia awansowała do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, a Kowalczyk z marszu został królem stolicy.

Historia "Kowala" to prawdziwa bajka o kopciuszku, podobnie jak
przygoda "wojskowych" z Pucharem Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91. Aby zagrać w ćwierćfinale przeciwko Włochom, nasi piłkarze jesienią 1990 roku musieli wyeliminować luksemburski Swift i faworyzowane szkockie Aberdeen. Jak pisali twórcy księgi jubileuszowej wydanej na 80-lecie Legii ("Kolekcja klubów – Legia. Encyklopedia piłkarska Fuji"): "Kiedy ci chłopcy grali, zawodnik Wojciech Kowalczyk chodził jeszcze z kolegami na trybunę otwartą, pod "żyletę", by dopingować zespół, któremu zawsze kibicował. Kowalczyk był objawieniem, jakie zdarza się raz na kilka lat". Andrzej Gowarzewski i Stefan Szczepłek, autorzy tych słów w 1995 r., jeszcze wtedy nie wiedzieli, że było to jak na razie ostatnie takie objawienie w polskiej piłce.

Kowalczyk trafił na stadion Wojska Polskiego dzięki Januszowi Olędzkiemu, który był znajomym Władysława Stachurskiego, ówczesnego szkoleniowca Legii. Jak wspomina Stachurski w rozmowie z LL!, Olędzki polecił mu chłopaka z Poloneza Warszawa i ten trafił do Legii na test mecz. Przeciwko piłkarzom pierwszego składu wystąpiła zbieranina testowanych z różnych klubów Warszawy i okolic: "Oglądaliśmy to spotkanie wraz ze sztabem trenerskim i u każdego przy nazwisku Kowalczyk były plusy. Po dwóch tygodniach "Kowal" wylądował w Legii, żeby po upływie kolejnych siedmiu dni zadebiutować w lidze, bo Roman Kosecki pauzował za kartki". Debiut miał miejsce 18 listopada 1990 r. w meczu przeciwko GKS Katowice.

Na swojego pierwszego gola w Legii Kowalczyk musiał poczekać do wiosny i od razu zaczął z wysokiego "C". Ale nim nastąpiło słynne spotkanie w Genui, "wojskowi" solidnie zapracowali na awans do półfinału już podczas meczu w Warszawie. Ekipa z kraju przemian ustrojowych – szalejącej inflacji, piosenek chodnikowych i jeansów typu "Piramidy", grająca na dziadowskim stadionie (wtedy jeszcze nikt nawet nie marzył o krzesełkach!), w strojach z reklamami zaklejonymi plastrami i z anonimowymi graczami, sprawiła ogromną niespodziankę, ogrywając obrońcę trofeum 1-0 po golu Dariusza Czykiera. Jak silna była ówczesna Sampdoria, pod wodzą Vujadina Boskova, z Viallim, Mancinim, Pagliucą, Katancem, Vierchowodem, Dosseną i Toninho Cerezo w składzie, niech świadczą fakty: w 1990 r. Włosi zdobyli Puchar Zdobywców Pucharów, a w 1992 r. zagrali w finale Pucharu Mistrzów. Był to najlepszy okres w historii tego klubu.

Przed meczem w Genui gwiazdy gospodarzy były żądne rewanżu i wiele wskazywało, że spuszczą Legii srogi łomot. Tymczasem doszło do prawdziwego trzęsienia ziemi, gdy na ich drodze stanął niespełna 19–letni "Kowal" i... Marek Jóźwiak, który w końcówce spotkania zastąpił wyrzuconego z boiska Macieja Szczęsnego w... bramce. Na łamach autobiografii Wojtek tak wspominał ten mecz: "(...) ten stadion, to było to – świetne miejsce, aby przedstawić się ludziom. Dzień dobry nazywam się... - powiedziałem w 19. minucie meczu, gdy minąłem trzech makaroniarzy i nie dałem szans Pagliuce na interwencję... - ...Wojciech Kowalczyk – dodałem zaraz po rozpoczęciu drugiej połowy, gdy "ukułem" ponownie". W efekcie, po dramatycznym meczu udało się zremisować 2-2 i awansować do półfinału, gdzie czekał już Manchester United. Był to drugi w historii awans Legii do 1/2 finału europejskich rozgrywek, a zarazem jak na razie ostatni wiosenny dwumecz w pucharach, który polska drużyna rozstrzygnęła na własną korzyść.

MU był już poza zasięgiem, a porażka 1-3 w Warszawie przesądziła o losach rywalizacji. Tymczasem na Old Trafford ponownie błysnął Wojtek i zdobył bramkę na wagę remisu 1-1. Kowalczyk był na boisku niemożliwy. Miał te swoje słynne przestoje w grze, gdy długimi okresami nie było go widać, ale jak już wrzucił trzeci bieg, jak już zrobił swój słynny zwód "na zamach", to potrafił samemu rozstrzygnąć losy meczu. "Na pewno chłopak (...) nie miał kompleksów, cechował się szybkością, startem do piłki, choć nie brakowało mu wad. Ja mu tylko dałem szansę, a on ją po prostu bardzo dobrze wykorzystał" – oceniał podopiecznego trener Stachurski. Mieliśmy przy Łazienkowskiej nowego idola, którego kochaliśmy miłością ślepą i młodzieńczą. Spełniał wszystkie oczekiwania kibiców Legii: był warszawiakiem, do tego charakternym, nie wylewającym za kołnierz, co ważniejsze ładował bramy, ale nade wszystko kochał nasz klub tak samo jak my.

Dalszy ciąg jego przygody z piłką jest wszystkim dobrze znany – wjechał windą na szczyt zdobywając srebrny medal olimpijski, mistrzostwa Polski, regularnie występując w reprezentacji, a swą fantastyczną grą zapracował na transfer do Betisu Sewilla i bramki w Primera Division. Potem nastąpił dramatyczny zjazd w dół, związany głównie z poważnymi kontuzjami, przerwanie kariery, aż wreszcie powrót do ukochanej Legii. Na zakończenie zdobył jeszcze koronę króla strzelców na Cyprze i tytuł mistrza kraju. Przez wielu uznawany jest za "enfant terrible" polskiego futbolu, kontrowersyjnego i niesamowicie zdolnego piłkarza, który nie wykorzystał swojego ogromnego potencjału. Co by nie sądzić o "Kowalu", to z pewnością miał rację, gdy po rewanżu z Sampdorią zapowiedział samemu sobie, że to dopiero początek kariery. Kariery, która zaczęła się równo dwadzieścia lat temu i ani przez moment nie była nudna.

Dzięki Wojtek!



Zgłoś newsa!

Jeżeli masz informację, której nie ma na tej stronie, a Twoim zdaniem powinna się znaleźć, zgłoś ją nam! Wystarczy wypełnić prosty formularz, a informacja zostanie dodana do naszej bazy.
Zgłoś newsa!