Franciszek Smuda na pewno jest dobrze wspominany przez kibiców Widzewa, być może także Wisły Kraków. Przy Łazienkowskiej nie osiągnął właściwie nic - zarówno jako piłkarz, jak i później jako trener. Kibice mają w pamięci przede wszystkim jego "widzewski zaciąg". Wiele o zmarłym trenerze, selekcjonerze reprezentacji Polski, który nieudanie prowadził naszą kadrę na Euro 2012, dowiemy się z bardzo fajnie napisanej książki "Franz. 44 sceny z życia Franciszka Smudy", której autorem jest Jan Mazurek.
Publikacja wydana została jesienią tego roku i czyta się ją właściwie jednym tchem. Poznajemy m.in. pierwsze sportowe historie Smudy jako piłkarza, wyjazd zagraniczny, gdzie pracował fizycznie, by mieć na chleb. A także niespodziewane przenosiny na Łazienkowską - do bardzo mocnego zespołu, gdzie nie było łatwo się przebić.
"Smuda w Warszawie błądził. Mieszkał w hotelu przy ulicy Zagórnej. Biesiadował z młodszymi o dekadę Zbigniewem Kakietkiem i Włodzimierzem Dorobkiem.
- Wspaniale grali... na gitarach i śpiewali. (...) W klubie trzymał się z Piotrem Mowlikiem.
- Dobraliśmy się kluczem pochodzenia, w stolicy mogliśmy sobie odświeżyć język śląski. Nie miałem samochodu, więc jak jechaliśmy do siebie, to ładowałem się do jego fiata 125p i wysadzał mnie w Rybniku, po drodze do Lubomi. (...)" - pisze autor.
Nie jest tajemnicą, że Franciszek Smuda podczas swojej przygody przy Łazienkowskiej zaprzyjaźnił się z Kazimierzem Deyną. Poświęcono temu jeden z rozdziałów.
"- Smuda faktycznie wypadł bardzo dobrze. Strejlau się zauroczył - wspomina Kazimierz Kmiecik, piłkarz tamtej reprezentacji.
Hartford z Polską spodziewanie przegrał, ale obyło się bez kompromitacji. (...) Na razie Strejlau zanotował jednak, że Chinaglia to niezmiennie zawodnik wysokiej klasy. Ale przede wszystkim myślał już, żeby gdzieś pod szatnią złapać tego wysokiego Polaka z Bicentennials. (...) Smuda był po wojażach w Stanach Zjednoczonych, świeży żonkoś, budował domek. Nie zarabialiśmy może kokosów, ale to była wyższa średnia krajowa, przynajmniej nie pracowaliśmy fizycznie - wspomina były bramkarz Legii. Obiady Smuda jadał w gościach.
- Gdyby nie ja, toby nie miał co do ust włożyć - śmieje się Topolski. - Z Tadziem Nowakiem kupowali jeden chleb na dwóch i jedli go na pół, w barach zupę zamawiali i z jednej robili dwie (...) Legia płaciła wyraźnie mniej niż Górnik Zabrze, Ruch Chorzów czy Stal Mielec. Strejlau załatwiał w gabinetach wyższe premie meczowe, ale zawodnicy o statusie Smudy zarabiali mniej więcej 5 tysięcy złotych miesięcznie. Średnio jak na warunki ligi, w której pierwsze skrzypce odgrywały Orły Górskiego. Dopiero zaprzyjaźnienie się z Deyną wyniosło standard życia Smudy na poziom celebrycki, o ile w PRL-u to w ogóle możliwe. (...) Towarzystwo Smudy przypadło mu do gustu. Na zgrupowaniach dla żartów chłeptali pomidorową z jednego talerza, bawili w mieszkaniu Deyny przy Świętokrzyskiej" - czytamy w nim.
W końcu dochodzimy do momentu, kiedy Smuda zaczął bawić się w trenerkę. Na początku na niższym poziomie za granicą, aż w końcu trafił do Polski. Dowiadujemy się m.in. jak podchodził do podszeptów, że któreś ze spotkań jego piłkarze puścili bokiem.
"Smuda był jego przeciwieństwem. Narzucał piłkarzom Stali sztywne zasady, ufał tylko sobie, nie słuchał podszeptów współpracowników, nie znosił sprzeciwu. (...) Przed meczem z Legią nie miał humoru. Janas wysłuchiwał gorzkich żalów Smudy - trener jeszcze wprost tego nie artykułował, ale w Stali czuł się zdradzony. Po 20 minutach gry powinno być 0:2. W roli głównej Jerzy Podbrożny. Napastnik Legii najpierw wykorzystał daleki wyrzut z autu Marka Jóźwiaka i niefrasobliwe krycie obrońców Stali, żeby chwilę później przegrać pojedynek z Bogusławem Wyparłą i zmarnować rzut karny. (...)
- Sprzedali mnie - mówił napotkanym znajomym wściekły Smuda. (...)
Domarski: - W szatni nie zarzucił nam, że sprzedaliśmy ten mecz. Po prostu nienawidził przegrywać. Myślę, że takie słowa, jeśli w ogóle padły, mogły być wyrazem głębokiej frustracji.
Socha: - Nie wierzę, że Legia coś kręciła z Mielcem. Wtedy, wiadomo, załatwiało się, ale oni wygrywali z nami, kiedy chcieli i jak chcieli. Smuda był poza tym procederem. Zabiłby, gdyby usłyszał, że ktoś kombinuje. Po porażce z Legią podał się do dymisji. (...)" - czytamy.
Oczywiście wiele miejsca autor poświęcił historiom z Widzewa - tam bowiem osiągnął największe sukcesy. Prowadził także m.in. Zagłębie Lubin, Lecha czy Legię. Początek w roli trenera naszego klubu - a dokładniej 5-0 z Dyskobolią - miał wymarzony, ale później tak różowo nie było. Pracę w Legii zakończył po głośnym skandalu na konferencji prasowej po przegranym w fatalnym stylu meczu w Lubinie. Przeczytamy sporo także o tym, jak został selekcjonerem i niewiele brakowało, by funkcję tę pełnił... raptem jeden dzień. Jak wyglądały jego metody szkoleniowe przybliżają jego współpracownicy, a także byli podopieczni. Po słabym wyniku kadry musiał kilka miesięcy odpocząć, ale w końcu wrócił na trenerską karuzelę, której losy poznajemy na kartach ciekawej książki, która w żaden sposób nie gloryfikuje "Franza" jako trenera czy człowieka. Pokazuje, jaki był naprawdę. I to zdecydowanie największa wartość tej publikacji, której lekturę możemy z czystym sumieniem polecić.
Tytuł: Franz. 44 sceny z życia Franciszka Smudy
Autor: Jan Mazurek
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 352
Cena okładkowa: 64,99 zł
Więcej recenzji książek w dziale Biblioteka legionisty.
