Robi się nieciekawie; w końcu coś innego; różnice; 5 minut; wiaderko z witaminami - to najważniejsze punkty po czwartkowym meczu Legii ze słoweńskim NK Celje w którym legioniści przegrali 1-2.
1. Robi się nieciekawie
Obecny sezon Legii Warszawa zaczyna przeradzać się w prawdziwy koszmar dla wszystkich kibiców. Puchar Polski? Już za nami. Zamiast marzeń o finale – wczesne pożegnanie. W lidze? Tracimy już 12 punktów do lidera, a nasza gra zamiast się rozwijać, coraz bardziej się sypie. W Lidze Konferencji po trzech meczach mamy zaledwie 3 punkty, choć patrząc na przebieg spotkań z Samsunsporem i NK Celje, spokojnie mogliśmy mieć komplet zwycięstw i 9 oczek na koncie. Wtedy można by było z spokojnie patrzeć na kolejne mecze, a nie drżeć o awans, który z każdą kolejką zaczyna wymykać się z rąk.
Legia sama sprowadziła na siebie ten chaos. Zamiast spokoju i planu – mamy niepewność, frustrację i narastające wątpliwości. Bo przecież nikt w klubie nie zakładał, że możemy znaleźć wśród dwunastu najgorszych drużyn rozgrywek i nie zagramy nawet w barażach. To byłby dramat, kompromitacja na europejskiej scenie i bolesny cios w wizerunek klubu, który jeszcze niedawno chciał wrócić do roli dominatora w Polsce.
Ostatnie tygodnie to pasmo porażek i rozczarowań. Od czasu zwycięstwa 1-0 z Pogonią Szczecin, minęło półtora miesiąca, a Legia w tym czasie rozegrała osiem meczów – wygrała tylko raz (z Szachtarem Donieck), dwa razy zremisowała (z Lechem Poznań i Widzewem Łódź) i pięć razy przegrała. Bilans bramkowy? 7 zdobytych i aż 13 straconych. To liczby, które nie pozostawiają złudzeń. Pokazują, jak bardzo ten zespół się rozsypał – jak bardzo brakuje mu charakteru, pewności siebie i jakości.
To już nie są chwilowe potknięcia. To systemowy problem, który zaczyna pożerać Legię od środka. Przypadkowe zwycięstwa, jak to z Szachtarem, nic nie zmieniają. To tylko krótkie oddechy w dusznej rzeczywistości, w której Legia coraz bardziej przypomina cień samej siebie.
2. W końcu coś innego
Już w meczu z Widzewem Łódź można było dostrzec coś innego w grze Legii. Coś, czego brakowało przez wiele tygodni – powiew świeżości, życia i zaangażowania. Graliśmy bardziej bezpośrednio, szybciej, z większym pomysłem. Było mniej zbędnego klepania piłki od lewej do prawej, a więcej konkretu. Wreszcie było widać, że zawodnicy chcą – walczą o każdą piłkę, wchodzą w pojedynki, nie chowają się za rywalami. Zaczęliśmy tworzyć sytuacje, próbować, ryzykować. To nie była jeszcze idealna Legia, ale widać było, że drużyna zaczyna oddychać po długim czasie duszenia się własną bezradnością.
Natomiast w meczu z NK Celje ta zmiana była jeszcze bardziej widoczna. Przez większość spotkania wyglądaliśmy naprawdę dobrze – momentami nawet tak, jak wymagają tego kibice Legii Warszawa. W końcu była intensywność, była pasja, były szybkie przejścia z obrony do ataku i odwaga w grze. Tworzyliśmy mnóstwo sytuacji podbramkowych, potrafiliśmy rozciągnąć defensywę rywala, a w obronie – poza nielicznymi momentami – graliśmy z większą koncentracją i odpowiedzialnością. To była Legia, którą dało się oglądać z przyjemnością, a nie z przymusu. Oko mogło się wreszcie cieszyć, a nie zamykać ze zmęczenia i bezsilności.
Niestety, wystarczyło pięć minut, by cały ten wysiłek runął jak domek z kart. Jedna chwila nieuwagi, jedno załamanie koncentracji – i to, co wyglądało dobrze, przestało mieć znaczenie w kontekście wyniku. A jednak mimo tego bólu i frustracji, można było zobaczyć światełko w tunelu. Coś się ruszyło. Coś w tej drużynie zaczyna zaskakiwać, jakby powoli odzyskiwała wiarę we własne możliwości.
Teraz pytanie brzmi – czy ten rytm, ten zalążek nowej energii, uda się utrzymać w kolejnym meczu z Termaliką? Bo potencjał w tym zespole jest ogromny. To nie jest drużyna z przypadku – to zespół, który ma w sobie jakość, umiejętności i piłkarzy, mogących robić różnicę. Tylko od Legii zależy, czy w końcu nauczy się tego potencjału nie marnować – przestać go tracić przez taktyczne pomyłki, dziwne decyzje trenerów i brak konsekwencji. Bo jeśli to, co zobaczyliśmy z NK Celje, nie było jednorazowym zrywem, to może jeszcze nie wszystko w tym sezonie jest stracone.
3. Różnice
Może część z was się ze mną nie zgodzi, ale ten akapit musiał się tu pojawić. Uważam, że jednym z priorytetów Legii w najbliższym oknie transferowym – a jeśli nie wtedy, to latem – powinno być pozyskanie bramkarza. I nie chodzi mi o to, by zrzucić całą winę na Kacpra Tobiasza. Nie napiszę, że to totalny słabiak, bo to byłoby zwyczajnie niesprawiedliwe. Ale też nie będę udawać, że to bramkarz, który na dziś gwarantuje poziom, jakiego wymaga Legia Warszawa.
W klubie takim jak nasz, golkiper powinien dawać coś ekstra – spokój, pewność, przywództwo z tyłu, które przenosi się na całą drużynę. Tymczasem my za każdym razem, gdy rywal podchodzi pod pole karne, drżymy o każdy wrzut, o każde wznowienie, o każdy kontakt Tobiasza z piłką. To nie jest normalne. To nie jest poziom Legii. Kacper fatalnie wznawia grę od bramki – często podaje wprost pod nogi przeciwnika albo wybija piłkę w aut, pozbawiając drużynę możliwości zbudowania akcji. W efekcie zespół, który był ustawiony ofensywnie, musi nagle przechodzić do desperackiej defensywy.
Wystarczyło spojrzeć na to, jak bronił Žan-Luk Leban z NK Celje. To była klasa sama w sobie – spokój, pewność, świetne ustawienie. Wiem, zaraz ktoś powie: „wszystko w niego trafialiście, stąd te interwencje”. Ale nie zgodzę się z tym. On naprawdę bronił dobrze, nogami, rękami, intuicyjnie, z refleksami na poziomie, którego w Legii dawno nie widzieliśmy. Wiedział, kiedy wyjść do dośrodkowania, jak się ustawić, jak skrócić kąt. Wychowanek warszawskiej Escoli Varsovia pokazał, że nawet młody bramkarz może mieć spokój i klasę, jeśli wie, jak się poruszać w polu karnym.
Tobiasz tego niestety nie ma. Przy pierwszej bramce był na wykroku, piłka przeszła mu między nogami. Czy mógł tego uniknąć? Pewnie tak – wystarczyłoby częściej trenować grę nogami i nie zostawiać takiej przestrzeni. Przy drugiej bramce też wyglądało to źle – spóźnione wyjście, złe ustawienie, słaby impuls do wybicia się z ziemi. W efekcie piłka odbiła się od jego dłoni i wpadła do bramki. Takie błędy bolą, bo wynikają nie z braku talentu, ale z braku rozwoju, z zatrzymania się w miejscu.
I tu właśnie jest największy problem. Kacper Tobiasz od wielu miesięcy nie daje zespołowi nic ponad minimum. Broni to, co powinien obronić, ale nie daje tego „czegoś”, co różni solidnego bramkarza od lidera drużyny. A Legia potrzebuje właśnie lidera między słupkami. Kogoś, kto jednym krzykiem, jednym wyjściem do piłki, jednym pewnym złapaniem wzbudzi respekt wśród przeciwników i spokój wśród kolegów z obrony.
Dlatego Legia musi w końcu zacząć mądrzej selekcjonować bramkarzy. Nie można pozwolić, by kolejni utalentowani zawodnicy odchodzili bez żalu. Wystarczy przypomnieć – Mateusz Kochalski dziś zbiera świetne recenzje, a wcześniej podobnie było z Cezarym Misztą. Obaj odeszli, bo zabrakło dla nich miejsca. Tymczasem to właśnie tacy bramkarze mogliby dziś tworzyć realną konkurencję dla Tobiasza i dawać drużynie to, czego obecnie najbardziej brakuje – pewności z tyłu i wiary, że każdą sytuację da się uratować.
4. 5 minut
Legia dominowała na boisku, prowadziła grę, stwarzała sytuacje, które powinny zamknąć ten mecz jeszcze przed przerwą. Piłka chodziła dobrze, były momenty naprawdę obiecujące, ale co z tego, skoro znów zabrakło tego, co w futbolu najważniejsze — skuteczności i koncentracji do końca. NK Celje wystarczyło zaledwie pięć minut, by zniweczyć cały wysiłek Legii, zburzyć to, co budowano przez większość spotkania, i zabrać ze sobą trzy punkty. Wystarczy spojrzeć, jak padły te bramki, by zobaczyć, że wciąż wracają te same grzechy, które ciągną się za Legią od miesięcy — błędy indywidualne, brak reakcji, brak odpowiedzialności.

I spójrzmy na Rubena Vinagre. To od niego zaczęła się cała katastrofa. Z pozoru nic groźnego — faul w ofensywie, strata piłki, czas wracać. Ale Ruben wracał jakby w zwolnionym tempie, bez przekonania, bez iskry, jakby nie czuł, że za chwilę wydarzy się tragedia. W pewnym momencie ogląda się za siebie, widzi, że rywal urywa się z jego strony, a mimo to nie przyspiesza, nie reaguje. Jest spóźniony. Po raz kolejny. I w momencie, gdy przeciwnik wychodzi sam na sam, Vinagre jest tylko niemym świadkiem tego, jak jego błąd kosztuje drużynę gola.

O winie Kacpra Tobiasza pisałem już wcześniej, ale to, co w tej sytuacji zrobili Rafał Augustyniak i Bartosz Kapustka, to po prostu piłkarski kabaret. Augustyniak, który powinien asekurować środek, wchodzi między stoperów jakby na autopilocie, pilnując… powietrza. Żadnego przeciwnika, żadnego zagrożenia w jego strefie. A tuż przed polem karnym – przeciwnik kompletnie niepilnowany, mający czas i przestrzeń, by przygotować się do strzału. Kapustka, zamiast kontrolować najbliższych rywali, jest spóźniony o dwa kroki, może trzy. Nikt nie reaguje, nikt nie bierze odpowiedzialności. A potem? Strzał, bezradny Tobiasz, piłka w siatce.
I tak to wygląda – minuta nieuwagi, sekunda braku koncentracji, i cała praca idzie na marne. Legia, która przez większą część meczu wyglądała lepiej, kończy z niczym. Nie dlatego, że przeciwnik był silniejszy, ale dlatego, że po raz kolejny sama sobie strzela w stopę.
5. Wiaderko z witaminami
Na koniec trzeba to jasno powiedzieć — pochwała w pełni zasłużona dla Ermala Krasniqiego. Kosowianin w końcu wygląda tak, jakiego wszyscy chcieliśmy oglądać od dawna. Po bardzo dobrym wejściu z Widzewem, gdzie jego gol dał Legii remis, tym razem dostał szansę od pierwszej minuty i w pełni ją wykorzystał. Był najlepszym zawodnikiem zespołu, najaktywniejszym, najbardziej zaangażowanym. Często brał grę na siebie, odważnie wchodził w dryblingi, nie bał się pojedynków. Na sześć prób przegrał tylko dwa razy — liczby mówią same za siebie.
Tworzył przestrzeń, napędzał prawą flankę, dawał impuls, którego tak często brakowało w poprzednich meczach. To właśnie od niego zaczęła się akcja bramkowa – jego mocny, celny strzał zmusił bramkarza NK Celje do interwencji, po której Legia zdobyła gola. W statystykach: 29 podań i 79% skuteczności, ale w rzeczywistości jego wpływ był znacznie większy. Czuć było w nim pewność, luz i głód gry, którego wcześniej nie miał.
Warto też zauważyć jego coraz lepszą współpracę z Pawłem Wszołkiem. Obaj rozumieją się coraz lepiej – Wszołek często dostaje od niego wolne korytarze do dośrodkowań, a Krasniqi zyskuje przestrzeń do swoich szarż. To zaczyna naprawdę dobrze wyglądać.
Patrząc na jego ostatnie występy, trudno nie odnieść wrażenia, że Krasniqi odżył po odejściu trenera Iordanescu – paradoksalnie człowieka, który najbardziej go chciał w Warszawie. Teraz widać zawodnika pewnego siebie, grającego z pasją, z błyskiem w oku. Jeśli utrzyma ten poziom, może stać się jednym z kluczowych ogniw ofensywy Legii. Oby tylko podtrzymał tę formę, bo w końcu widać w nim piłkarza, który naprawdę potrafi zrobić różnicę.
Kamil Dumała
