Koszykarze Legii w obecnym sezonie po raz drugi w historii występują w fazie grupowej Ligi Mistrzów, a po raz pierwszy maja sporą szansę wyjść z z niej do dalszego etapu rozgrywek. Legioniści we wtorek zmierzyli się w hali Torwar z wicemistrzem Litwy, Rytasem Wilno. Nie jest żadną tajemnicą, że koszykówka jest dla Litwinów nie tylko sportem numer jeden, ale niemal religią. Tam po prostu każdy żyje meczami kosza, a frekwencja na koszykarskich meczach, w Kownie i Wilnie w szczególności, jest niesamowita.
I choć w całym kraju zamieszkuje poniżej 3 milionów ludzi, a w samym Wilnie tylko ok. 600 tysięcy, ich liczby na meczach robią wrażenie - wielotysięczne areny często wypełniane są do ostatniego miejsca. Po naszej wizycie w Wilnie sprzed kilku tygodni wiedzieliśmy już czego można się po nich spodziewać. Tworzą atmosferę nie gorszą niż Grecy czy Serbowie, a to co imponuje najbardziej, że tam nawet piknikowa część publiczności żyje meczem i bierze udział w dopingu.

Już wtedy można się było spodziewać, że na ten dość bliski (a na pewno najbliższy z możliwych w Lidze Mistrzów) wyjazd, ekipa z Wilna przyjedzie w dobrej liczbie. I tak też się stało. Litwini przyjechali, przede wszystkim furami, w ponad 350 osób. Zebrali się na mieście, skąd przemaszerowali do hali, obserwowani uważnie przez psiarnię, ale bez żadnej eskorty. Po drodze odpalili trochę rac, a także śpiewali w asyście bębna. Przy wejściu mieli małe problemy, bowiem początkowo policja nie chciała zgodzić się na wpuszczenie ich większej flagi, a także bębnów i megafonu, ale ci pozostawali nieugięci - w czym wspierali ich klubowi działacze - i ostatecznie całe swoje oflagowanie zdołali wnieść.
Litwini zajęli miejsca na sektorach M, N i O za jednym koszem, po przekątnej od legijnego młyna i tuż obok kącika dziecięcego. Swoje trzy flagi trzymali przez cały mecz w dłoniach, na dole sektora. Prowadzili doping w asyście bębna i szczególnie początek w ich wykonaniu był niesamowicie głośny.
Frekwencja na meczu była całkiem przyzwoita - ponad 4 tysiące kibiców, a wolny był właściwie tylko narożnik nieopodal przyjezdnych. Legioniści starali się poderwać całą halę do wspólnych śpiewów, co udało się kilkakrotnie. Częściej jednak musieli sobie radzić we własnym gronie. Tradycyjnie najgłośniej wychodził "Hit z Wiednia" oraz "Gdybym jeszcze raz...". Przy okazji tej drugiej pieśni dało się rozkręcić głośniejszy doping, wraz z pozostałymi sektorami. Bardzo aktywny w angażowaniu fanów do wspólnych śpiewów był Miś Kazek. Nie ma co zakłamywać rzeczywistości, kiedy Litwini mieli lepsze momenty, nie było łatwo ich przekrzyczeć. Tyle, że fani Rytasu nie wykorzystali swojego potencjału. Oczywiście, pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie, ale jednak poza kilkoma fragmentami, kiedy angażowali się na 100 procent, mieli sporo momentów śpiewów znacznie słabszych jak na ich potencjał. Repertuar właściwie identyczny jak na pierwszym meczu na Litwie - melodie zaczerpnięte z wielu europejskich stadionów, niektóre na melodie znanych utworów muzycznych.

Na początku drugiej części spotkania fani Legii zaprezentowali baloniadę, a kilka minut później balony z hukiem były przebijane. Nasi koszykarze, którzy na pewno nie byli faworytem spotkania, na 6 minut przed końcem meczu odzyskali prowadzenie, co jeszcze bardziej nakręciło wszystkich do głośnego wsparcia. "Warszawska Legio, zawsze o zwycięstwo walcz" - niosło się z trybun. Przez ostatnich kilkanaście minut legijny młyn dopingował bez koszulek. Kiedy zaś na dwie minuty przed końcem mieliśmy 6 punktów przewagi, wydawało się, że spora niespodzianka stanie się faktem. Niestety, w samej końcówce rywale byli skuteczniejsi, choć... na półtorej sekundy przed końcem, przy stanie -3, Andrzej Pluta zdołał wymusić przewinienie rywala przy rzucie za 3 punkty. Wydawało się, że doprowadzimy do dogrywki. Pierwsze dwa rzuty wolne naszego rozgrywającego były celne i wywołały niemałe podniecenie na trybunach... Tyle, że trzeci z rzutów wykręcił się z obręczy i ostatecznie to Litwini mogli świętować wygraną.

Po meczu fani Legii starali się pocieszyć Andrzeja Plutę, który rozegrał bardzo dobre spotkanie i w obecnym sezonie prezentuje równą, bardzo wysoką formę. "Hej Andrzej, jesteśmy z Tobą" - śpiewali legioniści. Przed nami w niedzielę o 12:30 na Bemowie derbowe spotkanie z Dzikami. A o awans do kolejnego etapu Ligi Mistrzów powalczymy 17 grudnia z niemieckim Heidelbergiem.
