Cieszmy się z małych rzeczy; mentalne dno; Bobček vs. Rajović; brak lidera; Chodyna wyglądał dobrze; szansa Kuna - to najważniejsze punkty po sobotnim meczu Legii Warszawa z Lechią Gdańsk w którym padł remis 2-2.
1. Cieszmy się z małych rzeczy
Jako kibice Legii Warszawa powinniśmy chyba powoli zacząć cieszyć się z naprawdę małych rzeczy. Właściciel i zarząd robią to od lat — cieszą się, gdy uda się sprowadzić kogokolwiek, byle tylko zamknąć okienko; cieszą się, gdy jakimś cudem nie spadniemy z ligi; cieszą się, kiedy uda się zatrudnić kogokolwiek na stołek trenera. I choć to brzmi żałośnie, to dokładnie tak ten klub funkcjonuje. Skoro tam, na górze, ktoś potrafi świętować byle drobiazg, to może my też powinniśmy. W końcu z czegoś radość trzeba czerpać, prawda?
Mamy więc powód do kolejnego świętowania. Na dzień pisania tego tekstu Legia awansowała o jedną pozycję w tabeli i wyprzedziła zawsze groźną Arkę Gdynia. Mało tego — przewaga nad strefą spadkową wzrosła z jednego do aż… dwóch punktów. Szaleństwo. Sukces. Euforia. Można otwierać szampany, bo obecna Legia zdobyła w lidze więcej niż jednego gola w meczu. Co prawda ostatni raz taka sztuka zdarzyła się 14 września, w meczu z Radomiakiem, ale kto by się tam przejmował szczegółami? Gol to gol, ważne, że jest co wpisać do rubryki „bramki strzelone”.
Oczywiście zwycięstwa dalej brak — od meczu z Pogonią Szczecin Legia w Ekstraklasie nie wygrała ani razu. Od tego spotkania uzbierała trzy porażki i trzy remisy, prezentując momentami futbol, który trudno nazwać zawodowym. Ale kogo to obchodzi? Na pewno nie zarząd, który od dawna w klubie rozlicza tylko transfery i tabelki w Excelu. Pensje piłkarzy wpływają regularnie, a mistrzostwa czy europejskie puchary? To już abstrakcja tak odległa, że spokojnie można ją wyeksponować w tej samej gablocie, w której Pogoń Szczecin trzyma swoje trofea — czyli w wyobraźni.
Nie jest przecież kluczowym to, że drużyna od dwóch miesięcy gra bez stylu, bez wyników i bez trenera z prawdziwego zdarzenia. Nie jest też najważniejsze, że od zwolnienia Iordănescu minęły już ponad trzy tygodnie, a jego następcy jak nie było, tak nie ma. W Legii nikt się z niczym nie spieszy, bo i po co? Przecież — według logiki klubu — ten zespół to „samograj”. Powinien działać sam, a trener to tylko fanaberia, niepotrzebny koszt, stanowisko, na które szkoda pieniędzy. I tak od lat buduje się ten klub bez ładu i składu, z zaskoczeniem przyjmując do wiadomości, że na końcu znów nic nie działa.
W tym wszystkim najgorsze nie są jednak wyniki, lecz wszechobecna filozofia „jakoś to będzie”. Dwóch dyrektorów, żaden nic nie wie, obaj zdziwieni, że kryzys trwa, a trenera nadal brak. W klubie, który deklaruje ambicje największego w kraju, od dawna króluje słowo „nie wiem”. Nie wiem, co będzie. Nie wiem, kto przyjdzie. Nie wiem, kiedy przyjdzie. Nie wiem, czy w ogóle ktoś przyjdzie. I tak to się kręci — od sezonu do sezonu, od kryzysu do kryzysu, od jednej wymówki do drugiej.
Może więc rzeczywiście zostało nam już tylko cieszyć się z małych rzeczy. Z tego, że Arka została za plecami. Z tego, że Legia strzeliła więcej niż jednego gola. Z tego, że jeszcze nie ma czerwonej lampki przy słowie Legia w tabeli. Bo jeśli dalej będziemy tak funkcjonować, to za niedługo jedyny sukces, jaki będziemy świętować, to fakt, że w ogóle jeszcze gramy w Ekstraklasie.
2. Mentalne dno
Czy piłkarze Legii mają umiejętności? Oczywiście, że mają. Technicznie wielu z nich naprawdę potrafi grać w piłkę, nikt im tego nie odbiera. Problem zaczyna się w głowie — mentalnie są na absolutnym dnie. I to właśnie jest największa bolączka tego zespołu: nie taktyka, nie przygotowanie fizyczne, nie personalia, tylko kompletny brak charakteru.
Czasami mam wrażenie, że ci zawodnicy wychodzą na boisko tylko po to, żeby… wyjść. Odbębnić 90 minut, zgarnąć wypłatę i wrócić spokojnie do domu, jakby odhaczali kolejny dzień w biurze. Zero ognia, zero złości sportowej, zero tego, co odróżnia piłkarza od człowieka, który tylko zakłada koszulkę. I niech traktują to jako pracę — to normalne, większość piłkarzy tak robi. Tylko że u nas wygląda to jak praca wykonywana z przymusu, bez krzty zaangażowania.
Nie oczekuję, by każdy był legionistą sercem i duszą. To już nie te czasy, kiedy barwy klubowe miały dla zawodników takie znaczenie jak dla kibiców. Dziś większość kadry to wyrobnicy, ludzie, którzy wpadli tu na rok, dwa, potraktować klub jako przystanek, etap, drabinkę, z której chcą wspiąć się wyżej. Problem polega na tym, że wielu z nich osiągnęło już swój sufit. I nie ma w tym nic złego — winni są ci, którzy uznali, że to materiał na Legię. Do obecnej, niestety, pasują idealnie: nijakiej, pozbawionej jaj, smętnej i frustrującej, takiej, która nie daje kibicom absolutnie żadnej radości.
To nie jest drużyna, która potrzebuje szkoleniowca od tiki-taki czy ustawienia wysokiego pressingu. Tu potrzeba kogoś, kto najpierw posprząta mentalny bałagan. Kogoś, kto dobierze tych chłopaków za twarze i przypomni im, że Legia to klub, który wymaga czegoś więcej niż truchtu i alibi. Bo dziś w tej szatni nie ma lidera — jest tylko echo. Nie ma jaj, nie ma odwagi, nie ma nikogo, kto krzyknie, kopnie w szafkę i pokaże, że coś go boli.
To wszystko aż za bardzo przypomina sezon, w którym Legia cudem uniknęła spadku. Wtedy też biegali po boisku jak sparaliżowani własnym cieniem, jakby każde podanie ważyło tonę. Teraz to wygląda podobnie: Legia wychodzi na murawę i już w tunelu czuć, że w majtkach mają kilogram strachu. A drużyna, która się boi — nie wygrywa z nikim.
3. Bobček vs. Rajović
Według Transfermarkt Tomas Bobček kosztował Lechię 600 tysięcy euro. Tymczasem Legia zapłaciła za Miletę Rajovicia… pięknie brzmiące 3 miliony euro. Różnica? Ogromna. I, co najzabawniejsze, widać ją nie tylko w liczbach na papierze, ale przede wszystkim gołym okiem na boisku. Patrząc na ich grę, mam wrażenie, że dziś Rajović kosztowałby maksymalnie tysiąc euro — i to po negocjacjach — natomiast Bobček spokojnie wyceniany byłby na dwa miliony. Taka jest różnica w samej dynamice, podejmowaniu decyzji i podstawowej inteligencji boiskowej.

Zacznijmy od bramki numer jeden dla Lechii. Na screenie napastnik gości stoi początkowo blisko Kamila Piątkowskiego, praktycznie pod nosem Tobiasza. Ale w sekundę później — po zwykłym wyrzucie z autu — jest już przy skraju pola karnego. Ogrywa Piątkowskiego, ogrywa Wszołka, zgrywa głową do Żelizko. Nic wielkiego dla normalnego napastnika, zwykły ruch do piłki. Ale dla naszego Milety? To jest absolutnie niewykonalne. Bo on stoi. Stoi jak kołek, jakby ktoś mu wbił w trawę kołek geodezyjny. Żadnej inicjatywy, żadnego ruchu, czekanie na idealne podanie — które oczywiście nigdy nie nadejdzie.

Druga bramka dla Lechii tylko pogłębia przepaść. Bobček odrywa się Piątkowskiemu, świetnie ocenia sytuację i zagrywa do kolegi. Prosto, mądrze, skutecznie. A dalej już klasyka: kolejny babol Tobiasza (po raz kolejny w tym sezonie „dziurawe ręce”) i Cirković dokłada piłkę do siatki. Tymczasem Rajović w bardzo podobnej akcji w drugiej połowie ma wokół siebie dwóch znakomicie ustawionych partnerów, ale przecież po co komu podanie? Lepiej uderzyć z nadzieją, że „może coś się uda”. Oczywiście — nie udało się nic.
Różnica znacząca? Kolosalna. W obecnej formie Rajović nie jest żadnym napastnikiem Legii. Jest tylko kolejnym drogim nazwiskiem, które kompletnie nie pasuje ani do stylu, ani do tempa, ani do mentalności tej drużyny. I żeby była jasność: to nie jest wyłącznie jego wina. W tym meczu nikt nie zasłużył na noszenie „eLki” na piersi. Najdroższy napastnik w historii to symbol szerszego problemu — przepłaconego, bezproduktywnego ataku, w którym nie ma ani głodu, ani instynktu, ani minimalnej piłkarskiej intuicji.
4. Brak lidera
W słabszej formie ostatnio był Elitim, a Kacper Urbański nie zawsze dostawał swoje minuty w środku pola, ale jedno jest pewne: obu w meczu z Lechią brakowało jak tlenu. Brakowało lidera, kogoś, kto uspokoi, przytrzyma, pociągnie drużynę wtedy, gdy ta zaczyna tonąć. Tego zabrakło dramatycznie.
Bartosz Kapustka? Strzelił piękną bramkę, dorzucił świetną asystę przy golu Wojtka Urbańskiego — za to wielkie brawa. Tylko że poza tym… jakby go w ogóle nie było. Znów po stratach nie nadążał z powrotem, znów wyglądał, jakby bieganie i agresja były mu obce, znów nie potrafił przytrzymać piłki, uspokoić akcji, dać sygnału: „Panowie, gramy!”. Nawet opaska na ramieniu nie dodała mu grama przywództwa. Lidera w tym nie było, oprócz z dwóch przebłysków.
Goncalves? Tu nie ma sensu się rozwodzić — jego po prostu nie było na boisku. Zero biegania za wolnymi przestrzeniami, zero regulowania tempa gry, zero wpływu na cokolwiek. To klasyczny Goncalves bez „lepszego kumpla” obok — bo tylko wtedy nagle przypomina piłkarza, a tak jest tylko kolejną koszulką machającą rękami.
I paradoksalnie największy pozytyw przyszedł z ławki. Wojciech Urbański w kilkanaście minut zrobił więcej niż obaj doświadczeni pomocnicy razem wzięci. Wniósł energię, ruch, chęć gry do przodu, po prostu dało się go zauważyć. Ale wiadomo — młodzi to przecież ryzyko, mogą popełnić błąd. Szkoda tylko, że stawianie na doświadczonych, którzy te błędy mnożą, nikomu już nie przeszkadza.
Oby Elitim i Kacper Urbański wrócili jak najszybciej, bo w przeciwnym razie środek pola Legii będzie wyglądał jak w sobotę — kompletnie rozbrojony. A Kapić? Nakrył „naszych liderów” czapką i pokazał im, co to znaczy dominować w środku pola. Tylko szkoda, że nie w naszych barwach.
5. Chodyna wyglądał dobrze
Na konferencji prasowej po meczu trener Iñaki Astiz powiedział coś, co po prostu mnie zamurowało. „W ostatnich dwóch tygodniach Kacper Chodyna wyglądał dobrze. Zarówno na treningach, jak i w sparingu. Liczyłem na to, że rozegra dobre spotkanie. Mieliśmy też trochę problemów zdrowotnych akurat na tej pozycji, dlatego tak zdecydowałem”.
Aż złapałem się za głowę.
Bo jeśli Chodyna wyglądał dobrze, to ja naprawdę zaczynam się zastanawiać, co się dzieje na tych treningach. Patrząc na jego występy w lidze, a zwłaszcza na to, co zagrał z Lechią, nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś poważnie rozważał go nie tylko do „18”, ale w ogóle do wyjściowego składu. Chodyna nie daje żadnych argumentów sportowych, żadnych sygnałów, że „z każdą minutą będzie lepiej”. Nic. Zero.

I teraz najważniejsze — od kogo zaczęła się akcja bramkowa Lechii? Tak, od Kacpra Chodyny.
W naprawdę banalnej sytuacji oddaje piłkę rywalowi pod nogi, jakby nagle zapomniał, że gramy w białych koszulkach, a nie w zielonych. Jak można było tak fatalnie zagrać? Mało tego — to nie był jednorazowy wypadek przy pracy. To był powtarzalny schemat: albo aut, albo przeciwnik, albo chaos. A mimo to trener obdarował go 85 minutami „zaufania”, które w praktyce okazały się 85 minutami sabotażu gry Legii.
I teraz najciekawsze: jeśli Chodyna wyglądał znakomicie na treningach, to jak musieli wyglądać inni? Bo widzę wchodzącego Biczachczjana, widzę Urbańskiego — chłopaki w kilka minut zrobili więcej niż cała ta formacja wcześniej przez godzinę. Więcej ruchu, więcej jakości, więcej pomysłu.
Zaczynam więc poważnie myśleć, że tu nie chodzi o formę treningową. Tu chodzi o przywiązanie do nazwisk. O granie pod określoną hierarchię, nie pod zdrowy rozsądek. A Legia w takim stanie potrzebuje odwrotności — odwagi, świeżości, jakości. Bez tego dalej będziemy oglądać takie „eksperymenty”, których koszt ponosimy co tydzień.
6. Szansa Kuna
Po raz pierwszy od początku sierpnia szansę w Legii otrzymał Patryk Kun — i trzeba uczciwie powiedzieć, że wcale nie zapadł się pod ziemię, jak wielu mogło się spodziewać. Owszem, Kun od zawsze żyje z cech wolicjonalnych: ambicji, nieustępliwości, biegania z zaciśniętymi zębami i wiecznej próby odbioru każdej piłki, która tylko znajdzie się w jego zasięgu. To fundament, bez którego ten piłkarz nie istnieje. Ale gdy przechodzimy do parametrów stricte sportowych, techniki, dynamiki czy finalnych decyzji — tu bywa różnie, zwykle za często na minus. Tym razem jednak Kun wszedł w mecz przeciwko Lechii z zaskakującą pewnością. Mena, jeden z liderów gdańszczan, miał przy nim mniej swobody, niż zakładałem jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Szczerze? Spodziewałem się, że Patryk będzie w tym pojedynku tłem, a może wręcz ofiarą — stało się odwrotnie.
Co więcej, Kun wypadł lepiej niż Ruben Vinagre, który po wejściu na boisko od razu zaserwował kibicom swoją firmową stratę, tę samą, przez którą włosy stają dęba nawet najbardziej odpornym sympatykom. Tymczasem „Kunik” zagrał z dyscypliną, a gdy Rajović nie dobił jego idealnego podania, to nie Kun powinien był się rumienić. Dodajmy do tego sytuację z pola karnego, gdzie popisał się kluczową interwencją, ofiarnym wślizgiem blokując groźny strzał — i nagle obraz się zmienia. Zawodnik, który był na marginesie, przypomniał o sobie w najlepszy możliwy sposób.
Dlatego właśnie można zakładać, że jeśli faktycznie drużynę obejmie Marek Papszun, Kun może okazać się jednym z cichych beneficjentów tej rewolucji. Bo u Papszuna liczą się pracowitość, lojalność taktyczna i zdolność do biegania na pełnym gazie przez 90 minut. A to jest dokładnie to, co potrafi Kun. Pytanie jedynie, czy dołoży do tego jakość piłkarską, która przełoży się na liczby i realny pożytek dla drużyny. Z Lechią dał pierwszy sygnał, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Oby to nie było tylko chwilowe przebłyski, lecz zapowiedź powrotu do gry o coś więcej niż ławkę rezerwowych.
Kamil Dumała
