Znów bez wygranej; mało piłki; sami sobie strzelamy; debiut Arreiola; Panie trenerze, tak to nie - to najważniejsze punkty po poniedziałkowym meczu Legii Warszawa z Motorem Lublin, w którym padł remis 1-1.
1. Znów bez wygranej
Ostatnio żartowaliśmy, że trzeba cieszyć się z małych rzeczy — jednym punktem, symbolicznym odskokiem od strefy spadkowej, czymkolwiek, co choć na chwilę nie wbija w fotel. Ale prawda jest mniej zabawna: siedzimy przed schorowaną Legią i zastanawiamy się, kiedy ostatni oddech.
Ostatnie ligowe zwycięstwo? Wrzesień, Pogoń Szczecin. Ostatnia prawdziwa iskra? Październik i Szachtar. Od tamtej pory Legia ugrzęzła w miejscu tak głęboko, że zamiast wyjścia szuka sobie wygodnej pozycji na dnie. I owszem — można mówić o spłaszczonej tabeli, o tym, że dwa zwycięstwa zmieniają wszystko. Ale żeby wygrać dwa mecze, trzeba najpierw wygrać jeden. A tej drużyny nie stać dziś nawet na zarys optymizmu, nie mówiąc o realnym przełamaniu.
Tymczasem w klubie? Zupełnie inny świat. Na Łazienkowskiej trwa wesołe nic, rozciągnięte do granic cierpliwości kibica. Nie ma trenera, nie ma konkretów, nie ma nawet mglistych wieści, kiedy ten trener wreszcie będzie. Można odnieść wrażenie, że Legia sama wymyśliła sobie groteskowy challenge: „udowodnijmy, że bez trenera też można spaść z ligi”. I trzeba przyznać — idzie to znakomicie.
Gdzieś po drodze ktoś zapomniał, że klub tej wielkości nie może żyć w zawieszeniu, bo zawieszenie jest pierwszym krokiem do wielkich problemów. A Legia spada nie z hukiem, tylko jak człowiek, który poślizgnął się na schodach: powoli, głupio i z każdym stopniem coraz boleśniej.
To już nie kryzys. To chroniczna niewydolność. A jeśli ktoś w klubie uważa, że jeszcze da się to pudrować jednym punktem czy remisem z kimkolwiek - to zapomniał, że w pewnym momencie żart przestaje być zabawny, a zaczyna być diagnozą.
2. Mało piłki
To był kolejny mecz Legii nudny jak ściana w urzędzie i równie inspirujący. Na boisku działo się tak niewiele, że statystyki wydają się wręcz litościwe. Motor oddał jeden celny strzał — rzut karny Karola Czubaka. Legia? Cztery uderzenia, z czego coś konkretnego wpadło tylko po golu Augustyniaka. Dwie próby Rajovicia, jedno uderzenie Arreiola z dystansu i… tyle. Jak na klub, który jeszcze niedawno miał aspiracje większe niż przetrwanie sezonu, to jest dramat, nie dane liczbowe.
Spotkanie toczyło się w środkowej strefie jak spacer z psem, który nie chce iść dalej niż pod trzeci krzak. Obie drużyny zamknęły się w swoich strefach komfortu i nie zamierzały z nich wychodzić. Nie będę oceniać Motoru, bo to felieton o Legii i jej problemach, a tych znów nie brakowało.
Podopieczni Iniakiego Astiza nie mieli ani jednej sensownej koncepcji, by przedrzeć się przez obronę rywala. Całość była statyczna, przewidywalna, jakby grana na zwolnionym tempie. Jedno tempo, jeden rytm — trucht, zatrzymanie, podanie do najbliższego. Każdy, kto próbował wejść w drybling, kończył dokładnie tak samo: stratą. I to nie dlatego, że Motor bronił jak Atletico z najlepszych czasów Simeone, ale dlatego, że legioniści nawet nie podnosili głowy, by rozejrzeć się, gdzie stoją lepiej ustawieni koledzy. A tacy byli. Niejednokrotnie.
Legia jest statyczna, pozbawiona błysku, wyobraźni, jakiejkolwiek idei na rywala, który potrafi choć trochę bronić własnego pola karnego. To wszystko wiemy, to powtarza się jak refren od wielu miesięcy. Problem w tym, że zdają się tego nie widzieć ci, którzy powinni reagować — piłkarze i ludzie w klubie.
3. Sami sobie strzelamy
Legia stała się mistrzem świata w strzelaniu sobie bramek. W tej konkurencji nikt jej nie podskoczy — to poziom, którego nie powstydziłby się najlepszy kabaret piłkarski. A to, co obrońcy razem z Tobiaszem odstawili przy rzucie karnym, nadawało się bardziej do wieczornego odcinka Benny Hill Show niż do meczu Ekstraklasy.

Przeanalizujmy to spokojnie, choć spokojnie się tego ogarnąć nie da. Najpierw Stojanović przegrywa banalny pojedynek główkowy. Później Piątkowski traci Ronaldo z pola widzenia tak skutecznie, że można by pomyśleć, iż gra w innej lidze — może w tej, w której obrońcy nie mają obowiązku kontrolowania swojego zawodnika. Ale crème de la crème dopiero nadchodzi.
Kapuadi wygląda, jakby usłyszał od Tobiasza klasyczne „moja!” i na tej podstawie zaczął… zastawiać powietrze. Nie piłkarza, nie piłkę — powietrze. W tym sektorze boiska nie było nikogo, poza jego własną paniką. A Tobiasz? Tobiasz jak to Tobiasz: o pół sekundy za późno, dwa kroki za mało. Zamiast w piłkę, trafia w rywala. Efekt? Karny tak pewny, że sędzia powinien go gwizdnąć nawet przez sen.
I teraz pytanie zasadnicze: jak można grać w obronie tak nieodpowiedzialnie, tak beztrosko, tak kompletnie bezmyślnie? Te sytuacje da się wyeliminować najprostszymi nawykami, podstawami, absolutnym elementarzem gry defensywnej. Ale Legia — jakby na przekór zdrowemu rozsądkowi — sama tworzy zagrożenia, których sama potem nie potrafi stworzyć… pod bramką przeciwnika.
4. Debiut Arreiola
W meczu z Motorem w końcu doczekaliśmy się debiutu Henrique Arreiola — chłopaka, który odkąd trafił na Łazienkowską, częściej widywał gabinet medyczny niż murawę. Ale gdy już wyszedł na boisko, wyglądało to tak, jakby ktoś zapomniał mu powiedzieć, w jakim stanie jest reszta drużyny. Portugalczyk wszedł z zupełnie inną energią, jakby grał w alternatywnej rzeczywistości, w której Legia nie ugrzęzła w marazmie.
To był naprawdę udany debiut. Arreiol okazał się najjaśniejszym punktem Legii — i to nie dlatego, że poprzeczka była ustawiona nisko. Na tle stojących, wahających się i gubiących się kolegów zachowywał się tak, jak powinien zachowywać się środkowy pomocnik w poważnym klubie: spokojnie pod presją, świadomie w rozegraniu, z wyczuciem tempa. Wiedział, kiedy przyspieszyć akcję, a kiedy ją przytrzymać, zamiast bezmyślnie oddawać piłkę.
Oddał dwa strzały, w tym jeden naprawdę groźny — Brkić musiał się sporo nagimnastykować, by sparować to uderzenie z pierwszej połowy. Co ważne, Arreiol nie zamknął się tylko w defensywnym pudełku z napisem „młody, to niech sprząta po starszych”. Grał ofensywnie, szukał rozwiązań, nie bał się odpowiedzialności.
Liczby tylko to potwierdzają: 91% celnych podań, z czego aż 41 na połowie przeciwnika. To nie jest statystyka kogoś, kto chowa się za plecami partnerów. To statystyka zawodnika, który chce kreować, a nie stemplować. Do tego 20 pojedynków, z czego 11 wygranych — i tylko 11 strat, co w realiach obecnej Legii jest wręcz abstrakcją.
Oczywiście, nie jest jeszcze gotowy fizycznie. Były momenty, w których paliwo w baku zaczynało niebezpiecznie mrugać. Ale widać jedno: nie zdążył jeszcze nasiąknąć tą wszechobecną zastałą wodą, która wypełnia dziś szatnię Legii. Nie stoi, nie czeka, nie odgrywa po dwa metry. Próbuje. Szuka. Kombinuje. To on idealnie dośrodkował z rzutu rożnego, po którym padł gol dla Legii. I to już czyni go jednym z najciekawszych piłkarzy, jakich Legia wprowadziła do gry od miesięcy.
5. Panie trenerze, tak to nie
Nie chcę udawać tu objawionego stratega ani wchodzić buciorami w kompetencje trenera Astiza. Nie mam papierów, nie mam licencji, mam tylko oczy — a te niestety widzą rzeczy, które aż proszą się o głośne wypowiedzenie. W Legii pewne sprawy rażą tak mocno, że aż trudno uwierzyć, iż sztab ich nie zauważa.
Weźmy choćby dwóch skrzydłowych: Wszołka i Krasniqiego. Zaczniemy od Pawła — piłkarza, który paradoksalnie… najlepiej wygląda na prawej obronie. Dlaczego? Bo tam w końcu ma tlen. Na tej pozycji otwiera mu się przestrzeń, bo rywale zajęci są skrzydłowym Legii, a Wszołek może rozpędzić się jak lubi i podejmować decyzje przy większym marginesie błędu. Na skrzydle natomiast miejsca jest tyle co nic. Rywal klei się do niego, dogania go myślą, zanim ten zdąży zrobić ruch. Efekt? Wszołek niknie w ataku, nie robi przewagi, a boczny obrońca nie dostaje od niego ani centymetra wsparcia.
A teraz Krasniqi - gdy grał na prawej stronie, potrafił wcinać się w pole karne, straszyć dryblingiem, szukać strzału. Lewa strona to dla niego czyściec: bezproduktywność, schematyczność, brak zagrożenia. Dlaczego więc uparcie ustawiany jest po niewłaściwej stronie? Bo trener zdaje się nie ufać ani Biczachczjanowi, ani Weisshauptowi. Tylko że to właśnie oni powinni dostać szansę po lewej stronie, a Krasniqi wrócić na prawą. To nie wymaga rewolucji — tylko prostego ruchu, który realnie może pomóc tej drużynie.

A teraz stałe fragmenty — temat legenda. Można pisać o nich epopeję, ale wystarczy jedna scena. Rzut rożny, z którego padła bramka: Mileta Rajović na krótkim słupku, najwyższy w zespole, idealnie zgrywa piłkę głową. Proste, skuteczne, powtarzalne. Tak właśnie buduje się przewagę.
I dlatego ręce opadają, gdy w ostatniej akcji meczu z Motorem… to Rajović wyrzucał piłkę z autu. Najwyższy zawodnik, który powinien być w polu karnym, stał przy linii bocznej i rzucał piłkę jak boczny defensor w B-klasie. Tymczasem jego największą wartością nie jest samo strzelanie (tu różnie bywa), ale zgrywanie piłek i robienie zamieszania. To on powinien być „wieżą” w polu karnym. Dlaczego tego nie wykorzystujemy? Dlaczego nie gramy autów na wysokości pola karnego właśnie pod niego? Skoro z rożnego wyszło, to czemu nie skopiować tego w innej formie?
To są decyzje, które aż proszą się o analizę. W drużynie funkcjonuje mało rzeczy, ale akurat te można poprawić małym wysiłkiem, od razu — i od razu mieć z tego korzyść. Tylko trzeba chcieć je zobaczyć.
Kamil Dumała
