Od ambicji, przez bierność, Goncalo Feio, mistrzostwo Polski koszykarzy, Marka Papszuna, rekordy, transfery aż... do zarządu. Czas na nasze coroczne podsumowanie w formie alfabetu. 2025 rok od A do Z. Zapraszamy do lektury!
Ambicje - Czy brak mistrzostwa w tym sezonie będzie katastrofą? - Tak - odpowiedział Michał Żewłakow w drugiej połowie września na antenie Canal+. I trudno dziwić się takiej postawie. Szczególnie, że poprzednie rozgrywki zakończyliśmy na 5. miejscu, ale za to z Pucharem Polski. Nowy sezon, nowy trener z przeszłością na stanowisku selekcjonera reprezentacji Rumunii. Kadra zbudowana w oparciu o - jakby się mogło wydawać - jakościowych zawodników. Arkadiusz Reca, Kamil Piątkowski, Kacper Urbański czy Damian Szymański - lista nazwisk mogła i musiała robić wrażenie. A do tego kadrowicze w swoich krajach jak Ermal Krasniqi czy Petar Stojanović. A wisienką na tym torcie był najdroższy z całego grona - Mileta Rajović. Wydawało się, że Legia jest w stanie spełnić oczekiwania i ambicje kibiców, zarządu oraz samej drużyny. Ambicje, które sięgały mistrzowskiego tytułu i odegrania znaczącej roli na europejskim podwórku. Wszystko się zgadzało, ale co najwyżej… na papierze. Oczywiście to nie jest tak, że wszystko zostało zaprzepaszczone, bo ambicją Marka Papszuna jest wydźwignięcie drużyny z dołka w najbliższych tygodniach.
Bierność - niebywałą biernością wykazali się w klubie w minionych dwunastu miesiącach. I to niemal na każdym polu. W początek roku weszliśmy bez dyrektora sportowego. Dodatkowo przedłużały się poszukiwania napastnika. Legia popełniła grzech zaniechania pozyskując Wahana Biczachczjana, licząc na wracającego po kontuzji Juergena Elitma i przepłacając w ostatniej chwili Ilję Szkurina. Gdy stało się jasne, że Goncalo Feio nie będzie dalej trenerem Legii, ponownie… Przedłużający się proces zatrudnienia nowego fachowca na te stanowisko. Zresztą, to nie był koniec biernej postawy działaczy. Po Edwardzie Iordanescu czekaliśmy półtora miesiąca na oficjalne ogłoszenie nowego szkoleniowca. Bierność, która kosztowała czas, miejsce w ligowej tabeli, pieniądze z UEFA za potencjalne wygrane w Lidze Konferencji i brak awansu.

Chelsea FC - takiego rywala nie widzieliśmy przy Łazienkowskiej od lat! Jasne, mierzyliśmy się z Aston Villą, Leicester City, Betisem Sevilla czy Napoli, ale żaden z tych klubów nie miał takiego statusu w światowym futbolu jak Chelsea. Rywalizacja z ekipą z Londynu działała na wyobraźnię kibiców, szczególnie tych, którzy przy Łazienkowskiej pojawiali się od święta. Zresztą, dla samych zawodników to było niemałe wydarzenie. Wydarzenie, na które zapracowali w Lidze Konferencji po przejściu rundy zasadniczej i wyeliminowaniu norweskiego Molde w 1/8 finału rozgrywek. Oczywistym było, że to “The Blues” byli faworytem dwumeczu. Podopieczni Enzo Mareski wygrali 3-0 przy Łazienkowskiej dokładnie w rocznicę pracy Goncalo Feio jako trenera Legii. Jednak rewanż na Stamford Bridge wprawił w osłupienie ponad 32000 kibiców. Życie nakreśliło niemal filmowe scenariusze. Wykorzystany rzut karny przez Tomasa Pekharta, który powoli żegnał się z naszym klubem. Broniący Vladan Kovacević zamiast Kacpra Tobiasza między słupkami, czy główka Steve’a Kapuadiego, podwyższającego na 2-1. I choć ekipa z Warszawy pożegnała się z Ligą Konferencji, zrobiła to godnie. Wtedy legioniści byli jednym z trzech klubów, które pokonały Chelsea na Stamford Bridge. Teraz pozostaje pytanie, jak długo będziemy żyć wspomnieniami za tamtym meczem…
Dyrektor sportowy - Legia weszła w 2025 rok bez dyrektora sportowego. Skoro Jacek Zieliński przestał pełnić tę rolę, oczywistym było, że pojawi się ktoś nowy. Na giełdzie nazwisk przewijały się osobistości mające doświadczenie zagranicą. Marcel Klos (Kaisferslautern), Jiří Bilek (Slavia Praga), Stuart Webber czy Cristiano Giaretta (Pafos FC). To o nich najczęściej mówiło się w kontekście naszego klubu. I choć doszło do rozmów m.in. z Bilkiem, to ostatecznie Czech zdecydował się pozostać w kraju. A Legia? Szukała zagranicą, żeby ostatecznie sięgnąć po człowieka stąd, z Warszawy. Michał Żewłakow powrócił na Łazienkowską do dobrze znanej nam roli. Część fanów nie kryła zadowolenia z takiego obrotu spraw mając w pamięci pozyskiwanie “Vadisów” i skuteczność na transferowym polu. Radość szybko została zmącona przez zatrudnienie Frediego Bobicia. Co kazało zastanowić się, na ile działalność dyrektora sportowego będzie niezależna. Mimo zapewnień ze strony klubu, można było odnieść wrażenie, że autonomia Michała Żewłakowa została naruszona. A o decyzjach sportowych decydowała więcej niż jedna osoba. A jeśli jedna, to nie był nią ani Michał Żewłakow, ani Fredi Bobić.

Edward Iordanescu - po rozstaniu z Goncalo Feio Legia długo szukała jego następcy. Ostatecznie po 18 dniach domknięto proces zatrudnienia nowego szkoleniowca. Wybór padł na 46-letniego Edwarda Iordanescu. Nie była to opcja nr 1, ani nawet nr 3. Niemniej ze względu na przeciągające się rozmowy z potencjalnymi trenerami, wybór padł na byłego selekcjonera Rumunii. A w całość negocjacji miał włączyć się sam Dariusz Mioduski, który na finiszu miał wykonać kilka ważnych telefonów, aby domknąć całość, choć na konferencji prasowej odpowiedzialność na siebie wziął Michał Żewłakow.
Iordanescu miał poprowadzić Legię do mistrzostwa Polski. I choć początek miał obiecujący (zdobyty Superpuchar), 7 zwycięstw w 10 meczach, to im dłużej pracował, tym więcej rys pojawiało się na jego pracy. W drodze do Ligi Europy nie potrafił wyeliminować AEK Larnaka, żeby ostatecznie wymęczyć awans do Ligi Konferencji w dwumeczu z Hibernianem. Ekstraklasa? Legia zaczęła gubić punkty, a szkoleniowiec miał coraz więcej wymówek - od rozjechaniu się zawodników na mecze reprezentacji po zbyt słaby sen. Rumun zaskakiwał decyzjami, ot, jak choćby całkowitą wymianą jedenastki na mecz z Samsunsporem, żeby następnie przegrać z Górnikiem Zabrze. Czarę goryczy przelała porażka w 1/16 finału Pucharu Polski z Pogonią Szczecin. Tym samym, po 142 dniach Legia rozstała się z Edwardem Iordanescu. 24 mecze - 11 zwycięstw, 6 remisów, 7 porażek. To bilans, którego nie spodziewano się przy Łazienkowskiej. A wygrana Superpucharu czy kwalifikacja do Ligi Konferencji okazała się jedynie marnym pocieszeniem na tle uciekającej szansy na zdobycie prymatu w kraju.
Frekwencja - od 29055 kibiców na meczu z Chelsea przy Łazienkowskiej do 9429 fanów na grudniowej potyczce z Lincoln Red Imps. Spadek? Wyraźny. I choć to są dwie skrajne wartości, to bez wątpienia jesienią na Łazienkowską przychodziło mniej kibiców. Zaledwie 11 na 17 razy liczba fanów przekroczyła 20 tysięcy. Widmo wyprzedania wejściówek nie wisiało nad kibicami, którzy zwlekali z zakupem do samego końca. I trudno się temu dziwić. Liga Konferencji nie przyniosła atrakcyjnych rywali, a i granie w czwartek o 21:00 późną jesienią nie zachęcało. Szczególnie, że wyniki, postawa drużyny była daleka od ideału. A przecież nie było problemu, żeby w połowie marca stawić się w liczbie ponad 26 tys. kibiców na meczu z Molde. Ekstraklasa? Tu można było liczyć na mecze z Radomiakiem, Lechem, Arką, Pogonią czy wiosną z Widzewem. Nie zmienia to faktu, że choć średnia frekwencja jesienią wyniosła 21277 kibiców na meczu, to jest to spadek o 3,5 tys. fanów. Więcej na ten temat pisaliśmy tutaj.
Goncalo Feio - pierwsza połowa 2025 roku okazała się końcem pracy dla Goncalo Feio. Szkoleniowiec, który objął Legię w kwietniu 2024r. przepracował nieco ponad rok na swym stanowisku. Doprowadził drużynę do ćwierćfinału Ligi Konferencji, a także zdobył z nią Puchar Polski. Jednak to, co było istotne, czyli mistrzostwo kraju pozostało poza zasięgiem drużyny. Ostatecznie Legia uplasowała się na 5. miejscu, co było uznawane za porażkę. Dodatkowo, na jego niekorzyść miała przemawiać osobowość, co nie każdemu odpowiadało w klubowych gabinetach. I choć Michał Żewłakow był jednym z orędowników pozostawienia 35-latka na stanowisku, to ostatecznie obie strony rozstały się. Pełne podsumowanie pracy Goncalo Feio.

Head of Football Operations - czyli nie kto inny jak Fredi Bobić. Zatrudniony w połowie kwietnia miał odpowiadać “za długoterminową strategię w obszarze sportu, rozwoju procesów skautingu oraz wykorzystanie doświadczenia i kontaktów międzynarodowych w zakresie procesów”. A to, że brzmi częściowo jak zakres obowiązków dyrektora sportowego? A to, że ów długoterminowość koliduje z umową do końca obecnego sezonu? Kto by się przejmował. Choć jego zapowiedzi były głośne i maczał swe palce przy transferach, to nie można oprzeć się wrażeniu, że nie odcisnął dużego piętna na klubie. Przynajmniej w pozytywnym znaczeniu. Oliwy do ognia dolała niedawna wypowiedź Bobicia o rzekomym “braku jaj”, u niektórych zawodników. Wobec permanentnych zmian przy Łazienkowskiej, nikogo nie zdziwi ewentualne rozstanie z byłym niemieckim piłkarzem. Szczególnie, że zainteresowanie jego usługami wyraża Hannover 96. Tschüss, auf wiedersehen!
Inaki Astiz - gdy Legia rozstała się z Edwardem Iordanescu, oczywistym pytaniem było “Kto następny?”. A skoro klub nie miał gotowego zastępstwa, drużynę powierzono Inakiemu Astizowi. Hiszpan jest związany z Legią od 2007 roku z przerwą na występy na Cyprze. Gdy 4 lata drużyna szorowała po dnie, został włączony do sztabu Marka Gołębiewskiego. W roli asystenta, z mniejszymi bądź większymi kompetencjami, pracował u boku m.in. Kosty Runjaicia oraz Goncalo Feio. Przejął samodzielnie stery, co okazało się fatalne w skutkach. Legia popadła w marazm - stoczyła się do strefy spadkowej, straciła szanse na awans w Lidze Konferencji i do tego pobiła niechlubny rekord meczów bez porażki. Bilans? 10 rozegranych meczów - 1 zwycięstwo, 3 remisy, 6 porażek i 11-15 w bramkach. Sam zainteresowany, że nie był w pełni gotowy na powierzoną mu rolę. Czy zobaczymy Astiza w sztabie Marka Papszuna? 42-latek nie ukrywa, że jest otwarty na dalszą współpracę w strukturach Legii.
Jędrzejczyk Artur - W wygranym 2-1 meczu z Chelsea zaliczył swój 400. występ w barwach naszego klubu, żeby następnie przeskoczyć Jacka Zielińskiego w hierarchii. Obecnie licznik wskazuje 412 gier dla Legii, co daje mu drugie miejsce za śp. Lucjanem Brychczym (452). Do swego dorobku dołożył Puchar Polski oraz był częścią drużyny, która w Poznaniu sięgnęła po Superpuchar. Czy wiosenne miesiące będą ostatnimi dla 38-letniego zawodnika Legii? Nie można wykluczyć takiego scenariusza.

Koszykarze - 56 lat czekała Warszawa na mistrzostwo Polski koszykarzy Legii. Hasło "Odrodzenie potęgi" ziściło się. Zdobyty Puchar Polski, regularne bycie w TOP4 w ostatnich latach… W końcu się dopełniło. W decydującej serii Legia wygrała 4-3 ze Startem Lublinem i mogła wznieść upragniony puchar. "Dziś spełniło się moje największe marzenie" - mówił na gorąco prezes sekcji koszykówki, Robert Chabelski. Oczywiście nikt w klubie nie chce traktować mistrzostwa jako jednorazowego sukcesu. Legia chce nadal rozdawać karty na krajowym podwórku i mimo przeciwności losu (kontuzje) robi to pod wodzą szkoleniowca Heiko Rannuli. Dodatkowo, wszystko wskazuje na to, że w niedalekiej perspektywie legioniści zyskają dodatkowy atut, jakim ma być... nowa hala. Po wielu latach obietnic, politycznych perypetii, w końcu przegłosowano decyzję o budowie obiektu na terenach warszawskiej Skry. To tam w 2027 roku koszykarze mają zdobyć pierwsze punkty w obecności 6000 kibiców.
Liga Konferencji - od pokonania Chelsea na Stamford Bridge wiosną do… kompromitacji jesienią. Taką drogę przebyła Legia pod wodzą Goncalo Feio, Edwarda Iordanescu i Inakiego Astiza w europejskich rozgrywkach. W marcu potrafiliśmy wyeliminować Molde, choć potrzebna była dogrywka w rewanżu. Nagrodą był wspomniany dwumecz z Chelsea. A jesień? Liga Konferencji przypadła nam niejako jako forma pocieszenia po nieudanych eliminacjach Ligi Europy. Niemniej, mając za rywali m.in. NK Celje, Lincoln Red Imps czy Noah Erywań można było spodziewać się 7-9 punktów szukając szczęścia z Samsunsporem, Szachtarem Donieck czy Spartą Pragą. Ostatecznie Legia pod wodzą Edwarda Iordanescu i Inakiego Astiza pokpiła sprawę. 6 punktów pozwoliło na zajęcie 28. miejsce na 36. startujących. Nie tego oczekiwaliśmy w Warszawie.

Marek Papszun - Już cztery lata miał być blisko przyjścia do Legii. Dariusz Mioduski wysyłał jasne sygnały, na co Marek Papszun mógłby liczyć pracując przy Łazienkowskiej. Jednak będąca w kryzysie Legia postawiła na Kostę Runjaicia. Jednak co się odwlecze… Gdy Legia znalazła się w dołku, który miał się nie powtórzyć, ponownie wyciągnęła ręce w kierunku szkoleniowca z Białołęki. Problem w tym, że ten miał ważną umowę z Rakowem Częstochowa. Efekt? Byliśmy świadkami żenującego spektaklu, przeciągania liny, złośliwości, z setkami tysiącami złotych w tle. Ostatecznie zainteresowane strony doszły do porozumienia. Częstochowianie z Papszunem u steru zdobyli kilka punktów w Lidze Konferencji oraz w ekstraklasie, zgarnęli pieniądze za wykup od Dariusza Mioduskiego i spółki. Natomiast sam szkoleniowiec spełnił jedno ze swoich marzeń, stając się opiekunem Legii. Do oficjalnego ogłoszenia doszło tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Czy okaże się to trafiony prezent dla legijnej społeczności?
Napastnicy - w 2025 roku? Temat rzeka. Goncalo Feio musiał grać Markiem Gualem, myślącym o piłkarskiej emeryturze Tomasem Pekhartem oraz kupionym za 1,5 mln euro Ilją Szkurinem. Migouel Alfarela? W tym czasie próbował ratować zespół w Grecji, gdzie sam prezentował niezłą formę zdobywając 9 bramek w 17 meczach. I choć łapał minuty pod wodzą Edwarda Iordanescu, to wrócił do Hellady reprezentować barwy Arisu Saloniki, gdzie… błyskawicznie nabawił się kontuzji. Wspomniany Szkurin? Przeszedł do GKS Katowice. Szczególnie, że w Legii zaczął błyszczeć Jean-Pierre Nsame po powrocie ze Szwajcarii, z którym klub... chciał rozwiązać umowę! Natomiast Antonio Colak został sprzątnięty sprzed nosa Górnikowi Zabrze. Jednak hitem miał okazać się Mileta Rajović, który kosztował 3 mln euro! Pieniądze został wydane po to, by momentalnie zaczęły spłacać się na ligowych boiskach i przynosić sukcesy na europejskiej arenie. Nic z tego. “Dżej Pi” złapał kontuzję, która wyeliminowała go z gry na długie miesiące. Colak? Na pierwsze trafienie dla Legii czekał do 14. występu, który przypadł na rywalizację z Gibraltarczykami. Rajović? Zaliczył długą serię, ale… bez zdobytego gola. Pudłował na potęgę, ale Edward Iordanescu z Inaki Astizem stawiali na Duńczyka, wierząc, że ten się w końcu przełamie. Efekt był taki, że kontuzjowany od początku września Nsame przez długi czas był… najlepszym strzelcem Legii. Ostatecznie Mileta Rajović zakończył rundę z bilansem 28 meczów / 7 bramek. I oczywistym jest, że w przerwie zimowej znalezienie alternatywy dla "Rajo" powinno być jednym z celów osób odpowiadających za pion sportowy.

Oprawy - to już 20 lat, odkąd Nieznani Sprawcy nadają kolorytu trybunom zarówno w Warszawie, jak i na wyjazdach. Czy to ekstraklasa, finał Pucharu Polski na Narodowym czy wyjazdy w europejskich pucharach, "NS-i" potrafili przygotować godne oprawy. Syrenka z rac (Jagiellonia, liga), choreo z Molde czy "Fear no one" z Chelsea zapadną fanom w pamięć. A przecież sektor na Wyspach rozświetlił się od piro. Finał PP? To jeden z naszych znaków firmowych. Ot, choćby Wielka flaga “Legia” utworzona z małych flag wyglądała naprawdę efektownie. A przecież kilka dni później ponownie aparaty poszły w ruch na 30-lecie "Teddy Boys" przy okazji meczu z Lechem na Łazienkowskiej. Nowy sezon, ale w odróżnieniu do piłkarzy, nadal wysoki poziom opraw! "WARSAW" z syrenką na wyjście piłkarzy w potyczce z Hibernian czy "Pride of Poland" z Samsunsporem budziły szacunek.
Puchar Polski - podobnie jak w przypadku Ligi Konferencji, tak i w kontekście Pucharu Polski można mówić o wpadaniu ze skrajności w skrajność. Wiosną to były rozgrywki, które okazały się jedyną deską ratunku dla Legii, aby zapewnić sobie start w europejskich rozgrywkach. Goncalo Feio i spółka podeszli do zadania metodycznie - najpierw eliminując Jagiellonię w ćwierćfinale, a następnie rozbić Ruch Chorzów w półfinale. Finał z Pogonią Szczecin na stadionie Narodowym obfitował w wiele zwrotów akcji, ale ostatecznie "Portowcy" zostali z pustą gablotą, a trofeum trafiło po raz 21. w historii klubu na Łazienkowską. Do rewanżu doszło jesienią, kiedy to los skrzyżował obie ekipy już w 1/16 finału rozgrywek. W Warszawie potrzebna była dogrywka, w której to przyjezdni przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Dla Legii był to koniec marzeń o Pucharze Polski, a dla Edwarda Iordanescu koniec pracy ze stołecznym klubem.
Rekordy - czy 2025 rok był rekordowy dla Legii? Pod kilkoma względami tak. Na nowych trenerów musieliśmy czekać łącznie… prawie 70 dni! Zresztą, dyrektora sportowego wypatrywaliśmy niewiele dłużej! Finanse? Z UEFA za udział w Lidze Konferencji wpadło 50 mln złotych. Dodatkowo, włodarze z Łazienkowskiej nie szczędzili grosza na transfery. Zimą klub aktywował klauzulę wykupu za Rubena Vinagre płacąc za niego 2,3-2,5 mln euro, co wówczas było rekordem w historii klubu. Rekordem, który nie przetrwał zbyt długo, bo już latem Legia miała zapłacić za Miletę Rajovicia 3 "bańki" euro. Zresztą, niemałe pieniądze klub zarobił na transferach wychodzących - Jan Ziółkowski za 6,6 mln euro do AS Roma, Maxi Oyedele za 3,6 mln euro "na czysto" do Strasbourga, Ryoya Morishita za 2 mln euro do Blackburn. A przecież "drobne" wpadły za transfery Marka Guala, Macieja Kikolskiego czy Jakuba Zielińskiego. To dało latem łącznie ok. 14 mln euro! I choć te liczby działają na wyobraźnię, to dla kibiców liczą się przede wszystkim zwycięstwa. A przecież jesienią Legia zaliczyła 11 meczów bez wygranej z rzędu, co okazało się rekordowym wyczynem w historii klubu! Liczymy na to, że w 2026 roku drużyna zaskoczy nas w pozytywny sposób w tym aspekcie. Aha, oczywiście Dariusz Mioduski nie byłby sobą, gdyby nie zadbał o grupę zawodową, jaką są trenerzy. Aż czterech szkoleniowców formalnie miała Legia w minionym roku - Goncalo Feio, Edward Iordanescu, Inaki Astiz, a od 19 grudnia dołączył do nich Marek Papszun.

Subskrypcje - przed startem każdego sezonu jednym z powodów emocji kibiców są ceny karnetów oraz biletów. Porównania, analizy, co się bardziej opłaca, a w jakiej sytuacji klub przesadził i jest za drogo. Tym razem doszedł jeszcze jeden czynnik, czyli tzw. “subskrypcja roczna”. Z biznesowego punktu widzenia to model, który pozwala a) sprzedać to samo miejsce w przypadku braku kibica na meczu, b) odnowienie jest automatyczne. Nie wymaga od klienta decyzji, zdejmuje ciężar zakupu i wprowadza odruch bariery przed formalnościami związanymi z ewentualną rezygnacją. Nawet jeśli to są proste czynności. Jednak perspektywa kibica jest zupełnie inna. Odebrano to jak zamach na karnety, na wieloletnią tradycję kultywowaną przez lata. Szczególnie, że klub obniżył ich liczbę do 7500 na obecny sezon. I można się spodziewać, że klubowe analizy wykażą, że to był słuszny ruch i kontynuowanie subskrypcji rocznej w kolejnym sezonie ma sens.
Transfery - coś, co tygryski lubią najbardziej - szczególnie, gdy trwa przerwa letnia / zimowe i czas do kolejnego meczu nieco się dłuży. Rok zaczęliśmy od doniesień medialnych, jakoby… Karol Świderski znalazł się na celowniku Legii. Sondowanie tematu ówczesnego gracza Charlotte FC zakończyło się w momencie analizy kwestii finansowych. Zamiast reprezentanta Polski dostaliśmy… kadrowicza Armenii. Wahan Biczachczjan zmienił Szczecin na Warszawę. Jednak w tle trwały poszukiwania napastnika. Bożenik, Kallman, Pittas, Duah… i każde kolejne nazwisko “nie dla Legii”. Zamiast tego dostaliśmy Vladan Kovacevicia wypożyczonego z Portugalii i wykupionego Rubena Vinagre. W końcu Legia "wywaliła" 1,5 mln euro za Ilję Szkurina. Natomiast Jurgen Celhaka zszedł z listy płac.
Im bliżej było końca sezonu, tym spekulacje o odejściach się nasilały. Maximillian Oyedele znalazł się na radarach zachodnich klubów, żeby finalnie przenieść się do Francji. Wypożyczony Luquinhas nie został wykupiony przez Legię, a Tomas Pekhart wziął rozbrat z futbolem. Maciej Kikolski nie zagrzał długo miejsca w Warszawie, bo przeniósł się do Łodzi, a Jakub Zieliński kontynuuje swą przygodę w Niemczech. A skoro odchodzą, to jasne było, że będą zatrudniać. Przy Łazienkowskiej zaczęły pojawiać się sukcesywnie głośne nazwiska - Arkadiusz Reca, Damian Szymański, Karol Piątkowski czy Kacper Urbański. To musiało działać na wyobraźnię. Szczególnie, że całość uzupełnili m.in. Petar Stojanović, obiecujący Noah Weisshaupt czy Mileta Rajović. I choć odejścia m.in. Ryoya Morishity czy Janka Ziółkowskiego były dotkliwe, to wierzono, że przy Łazienkowskiej pojawili się godni następcy. Przed nami zimowe okienko pod wodzą nowego trenera. Co oznacza ni mniej, ni więcej, że możemy spodziewać się dalszych korekt w składzie.
Ulga - w minionym roku Legia miała dwa mecze “o wszystko”. Pierwszy - finał z Pogonią Szczecin w Pucharze Polski. Ostatecznie wygrany, co przyniosło ulgę, bo oznaczało, że klub weźmie udział w europejskich rozgrywkach 2025/2026. A nie trzeba nikomu przypominać, że jest to jedna z kluczowych pozycji w klubowym budżecie. A jak już przyszło nam się mierzyć o Ligę Konferencji, ostatnią deską ratunku okazała się rywalizacja ze szkockim Hibernian o Ligę Konferencji. I choć wygraliśmy 2-1 na wyjeździe, to przy Łazienkowskiej tak łatwo nie było. Juergen Elitim trafił na 2-3 w doliczonym czasie gry, czym doprowadził do dogrywki, w której Mileta Rajović wyrównał wynik spotkania. Dzięki temu w Legii ponownie odetchnięto z ulgą. Oznaczało to bonus z awans do LK oraz dodatkowe pieniądze do klubowej kasy.

Wyniki - osiągane rezultaty nie rozpieszczały warszawskiej publiczności. Do końca marca zdobyliśmy zaledwie 9 z 24 punktów w Ekstraklasie, co kazało nam z większą uwagą patrzeć na Puchar Polski. Tu zespół nie zawiódł i w dłuższej perspektywie zdobył krajowe trofeum. Całość urozmaicały mecze w Lidze Konferencji. Natomiast dla kibica spragnionego mistrzostwa, to był czas rozczarowań. Legia nie potrafiła punktować z czołówką - z Rakowem w Częstochowie czy z Pogonią, Lechem, Jagiellonią u siebie. To było bez różnicy. A przecież nie można zapominać o wtopach z Piastem czy Radomiakiem. To wszystko złożyło się na 5. miejsce na koniec sezonu 2024/2025. Wynik poniżej oczekiwań kibiców oraz… włodarzy, którzy rozstali się z Goncalo Feio. Letnie transfery, nowy szkoleniowiec miały być gwarantem dobrych wyników. Zaczęło się obiecująco - od wygrania Superpucharu w Poznaniu. Przepchnięcie dwumeczu z Hibernianiem dało europejskie puchary. Jednak to, co wyprawiali zawodnicy w lidze wołało o pomstę do nieba. Dość powiedzieć, że ostatnie zwycięstwo legionistów w ekstraklasie miało miejsce… 28 września z Pogonią Szczecin. Później ruszyła lawina zawstydzających rezultatów, które budziły pełen wachlarz emocji. Od złości, racjonalizowania sytuacji, po obojętność. Legia pobiła niechlubny rekord bez zwycięstw i zakończyła rok na… miejscu spadkowym! 17. miejsce, 18 meczów, 19 punktów. I tylko bilans bramkowy sprawia, że jesteśmy ciut wyżej od Termaliki Nieciecza. Wynik iście haniebny, ale… gorzej już być nie może, prawda?
Zarząd - były śmiałe plany, prężenie muskułów i ambicje, które… nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości. Legia nie potrafiła zarządzić sytuacją, w której się znalazła. Najpierw z dyrektorem sportowym, którego długo nie było aż w końcu zatrudniła dwie osoby o podobnej profesji. Dualizm, który nie sprzyja spójności w działaniach i potencjalnie rodzi konflikty. Nawet, jeśli na pierwszy rzut oka, obie osoby mogą się uzupełniać.
Legia przeszła całą grę, w negatywnym znaczeniu, jesienią tego roku. Perypetie z Edwardem Iordanescu, później farsa z wyjęciem Marka Papszuna. Rozegrani przez Raków Częstochowa jak dzieci przedstawiciele zarządu Legii. Oliwy do ognia dolewała medialna cisza ze strony klubu, gdy czekaliśmy na szkoleniowca z krwi i kości. Gdy Legia staczała się coraz niżej w tabeli. Nie było odważnego z ramienia zarządu, kto wyszedłby do kibiców, powiedział jak jest, uspokoił czy w końcu - przeprosił. Tyle mądrych głów, odważnych i wypinających piersi po ordery, gdy wszystko się układa. Tak niewielu, gdy Legia jest w kryzysie. Kibice stanowczo dali temu wyraz podczas ostatnich meczów 2025 roku. Ostatecznie, Dariusz Mioduski, jako główny winowacja postanowił usunąć się w cień. Choć pozostaje na stanowisku prezesa, wypchnął przed szereg Marcina "briefing" Herrę, który przecież zna przepis na mistrzostwo. Teraz to on ma wziąć na swoje barki model funkcjonowania Legii w nadchodzącym roku. A jaki to będzie rok? "Nie czas na słowa, a czas na działanie…".

