1. Dno
Legia znalazła się na dnie — może jeszcze nie absolutnym, bo jeszcze nie okupuje ostatniego miejsca w tabeli, ale z meczu a mecz jest coraz bliżej. To jest już poziom krytyczny, dno, w którym słychać echo własnej niemocy. I naprawdę nie trzeba kolejny raz wyciągać śledztwa, by ustalić winnych. W Warszawie doskonale wiemy od dziewięciu lat, skąd bierze się ten bałagan.
Niepojęte jest jedno: jak można być tak biernym, jak można tak beztrosko dryfować bez trenera przez ponad miesiąc? Trzydzieści osiem dni w zawieszeniu, trzydzieści osiem dni żenady, trzydzieści osiem dni pchania klubu na skraj przepaści. Czy wybór trenera stał się nagle rytuałem magicznym? Czy to jakiś obrzęd wymagający pełni księżyca, wyroczni i astrologów? Przecież kluby z dolnych rejonów tabeli radzą sobie z tym szybciej, sprawniej i — co najbardziej bolesne — mądrzej.
W całej Polsce śmieją się z Legii. I trudno im się dziwić, skoro klub wygląda jak firma bez prezesa, której wszyscy pracownicy przyszli do pracy tylko po to, by przeczekać dzień. A zarząd? Zadowolony. Pogodzony. Uparcie wpatrzony we własną wersję rzeczywistości, gdzie wszystko niby jest pod kontrolą. Problem w tym, że ta kontrola ma tyle siły, co kartka papieru przy próbie zatrzymania pędzącego w przepaść pociągu.
Widmo spadku już nawet nie puka do drzwi. Ono stoi w przedpokoju, patrzy w oczy i pyta: „kiedy mam się wprowadzić?”. A najgorsze, że Legia przeszła to piekło zaledwie cztery lata temu. Cztery! To nie była zamierzchła historia, nie jakaś opowieść sprzed dwóch dekad, o której można zapomnieć. I co robi klub? Dokładnie to samo. Ten sam błąd, ten sam chaos, ta sama bierność. Jakby ktoś prowadził klub według scenariusza, w którym w drugim sezonie obowiązkowo następuje autodestrukcja.
Legii nie trzeba już nowego planu. Trzeba jej człowieka, który potrząśnie tym towarzystwem, przestawi im myślenie i zacznie wymagać. Bez tego ta drużyna nie idzie w dół — ona jedzie windą na złamanie karku w kierunku I ligi. I naprawdę niewidomy by zauważył, że dalej tak się po prostu nie da.
2. Pomysł
Legia od dawna wygląda, jakby zupełnie zgubiła instrukcję obsługi własnej gry. Ani prawe skrzydło, ani lewe nie działają — podania rzadko dochodzą, dośrodkowania jeszcze rzadziej, a jeśli już wcisną się na boisko, to kończą na aucie albo pod nogami rywali. W Gliwicach to Piast sprawiał wrażenie drużyny, która ma nie tylko pomysł, ale i alternatywy. Legia – żadnej.
Gospodarze regularnie rozciągali grę do Leandro Sanki, a ten robił ze Stojanoviciem właściwie wszystko, na co miał ochotę. Prawy obrońca Legii biegał obok meczu, jakby dopiero przed chwilą ktoś go poinformował, że jednak musi dziś wybiec na boisko. Kiedy Piast nie mógł ugryźć Legii skrzydłem, schodził środkiem. Sanca wchodził do półprzestrzeni, Dziczek dominował w centrum i kasował wszystko, zanim Urbański czy Arreiol zdążyli choćby pomyśleć, co chcą zrobić z piłką. Pomysł, tempo i konkret były po stronie gospodarzy.
A Legia? Legia przez 90 minut zmontowała jedną - jedyną - akcję, w której coś się zazębiło. W 34. minucie udało się szybciej pograć piłką w środku, Urbański świetnie wystawił Rajoviciowi… który tradycyjnie postanowił nabić bramkarza zamiast siatki. I to tyle. Koniec listy.
Najbardziej przykre jest to, że nie widać nawet śladu planu na rozmontowanie rywala. Zero pomysłów, zero wariantów, zero zrozumienia, że przeciwnik też gra, też ma swoje najmocniejsze strony — i że wypadałoby je wcześniej obejrzeć na wideo, przeanalizować i przygotować odpowiedź. Tymczasem Legia wygląda, jakby nikt w tym sztabie szkoleniowym nie miał odwagi ani pomyśleć, ani podpowiedzieć, gdzie uderzyć, by Piast się zachwiał.
Bo dziś to Legia chwieje się przy każdym podmuchu. I wygląda, jakby sama już nie wiedziała, czy w ogóle chce stać prosto.
3. Rubik byłby dumny
Po meczu wiele osób wylewa frustrację na młodych – zwłaszcza na Jakuba Żewłakowa – ale prawda jest taka, że to oni powinni rosnąć przy doświadczonych. Tyle że ci doświadczeni w Legii zawodzą najbardziej. Dużo mówi się o Chodynie, Rajoviciu i kilku innych, ale mam wrażenie, że wyjątkowo cicho jest o postawie Pawła Wszołka, który od wielu tygodni zawodzi na całej linii.
We wtorek pisałem, że Wszołek na prawej pomocy nie daje absolutnie nic – i to się potwierdza w każdym kolejnym meczu. To zawodnik, który potrzebuje przestrzeni, żeby się rozpędzić, wejść w dynamikę i zrobić różnicę. Tyle że grając na skrzydle tej przestrzeni nie ma, bo rywale pilnują go blisko, a jego ograniczenia techniczne sprawiają, że w pojedynkach jest bezradny.
I tu dochodzimy do sedna problemu: Wszołek irytuje nie tylko słabymi decyzjami czy kolejnymi nieudanymi dośrodkowaniami. Najbardziej wkurza to, co dzieje się po stracie piłki. Zamiast spojrzeć na siebie, po każdej akcji ma pretensje do wszystkich wokół. Do kolegi, że nie wbiegł w odpowiednią strefę. Do następnego, że nie zagrał do nogi. Do jeszcze innego, że „powinien był przewidzieć”.
Ciągłe machanie rękami doprowadza kibiców do szału. Bo to nie jest casting do chóru u Rubika, tylko Legia Warszawa. Tu od doświadczonych piłkarzy wymaga się nie tylko podstaw - dobrego podania, sensownego dośrodkowania, ogarnięcia prostej sytuacji – ale także odpowiedzialności, podnoszenia młodszych, motywowania drużyny.
A Wszołek zamiast pociągnąć zespół, ciągnie go w dół swoją frustracją i szukaniem winnych wszędzie, tylko nie u siebie.
4. Trzy
Powinniśmy zatrzymać się na chwilę przy tym, co w ofensywie odstawili Mileta Rajović i Kacper Chodyna — bo to była piłkarska antyskuteczność w najczystszej postaci. Rajović miał dwie stuprocentowe sytuacje i jedną solidną, ale w jego wykonaniu wszystko wyglądało jak klasyczna powtórka z rozrywki. Najpierw, tuż na początku meczu, dostał idealne, długie podanie od Tobiasza. Wybiegł sam na sam i… oczywiście przegrał pojedynek z Plachem. W 34. minucie — kopia tego samego schematu. Kapitalne wystawienie od Urbańskiego, sytuacja jeden na jeden… i znowu to samo: strzał w bramkarza.
W drugiej połowie oddał jeszcze jedno uderzenie zza pola karnego, ale trudno to nazwać „sytuacją”, raczej półszansą, bo przy odrobinie rozsądku mógł odegrać do niekrytego Wszołka. Poszedł jednak sam - z wiadomym skutkiem.
Chodyna? Tu zrobiło się wręcz symbolicznie. Po znakomitym, prostopadłym podaniu od Jakuba Żewłakowa pędził samotnie przez połowę boiska jak sprinter na 60 metrów. I kiedy miał zrobić najprostszą rzecz w futbolu, czyli zmusić bramkarza do kapitulacji… wypalił w niego, jakby ktoś mu wyłączył prąd w ostatniej sekundzie. To jest właśnie to „co zawsze” - pełne gacie w kluczowym momencie.
Piłka nożna to najprostsza gra na świecie: masz jedną, drugą sytuację - musisz je wykorzystać. Bo jeśli nie, to przeciwnik zrobi to za ciebie, przy pierwszej możliwej okazji. I dokładnie tak było. Skuteczność naszych zawodników przypomina jakieś piłkarskie kuriozum, jakby chłopaki dopiero wczoraj dowiedzieli się, że w ten biały prostokąt trzeba trafić, żeby zdobyć gola. A najgorsze jest to, że ta nieporadność powtarza się mecz po meczu, jakby wpisano ją w DNA obecnej Legii.
5. Znów SFG
Ile Legia straciła już goli po stałych fragmentach gry? Odpowiem krótko: za dużo. I w meczu z Piastem - trzymajcie się mocno - znów dwie bramki gospodarzy padły w dokładnie ten sam sposób. To nie fatum, to nie pech. To systemowa katastrofa. Przyjrzyjmy się obu sytuacjom, bo każda z nich to osobny rozdział podręcznika pod tytułem „Jak nie bronić”.

Skupmy się tylko na finalnej fazie akcji. Tuż przed strzałem Chrapka Steve Kapuadi zajmuje się… pilnowaniem powietrza. Po prostu stoi i patrzy. Jakub Żewłakow dokłada do tego: odstawia nogę zamiast zablokować uderzenie. Ale to wszystko jest tylko efektem wcześniejszego, fundamentalnego błędu. Trzech zawodników Legii „pilnuje” zawodnika Piasta przy dośrodkowaniu – tak przynajmniej wynika z ustawienia – ale nikt nie ma impulsu, by zablokować piłkę. Zero agresji, zero wyjścia, zero decyzji.
A gdzie w tym wszystkim Augustyniak? W strefie defensywnego pomocnika – tej jego – jest dziura jak po wyrwanym zębie. I znowu: niby tam jest, ale jakby go nie było. Niby.

Jeszcze ciekawsza i jeszcze bardziej irytująca. Arkadiusz Reca przegrywa pojedynek główkowy, piłka spada pod nogi Wojtka Urbańskiego, który przyjmuje ją tak, jakby pierwszy raz widział futbolówkę. Chaos. Zamieszanie. Nerwowość. W końcu Reca – zamiast uspokoić sytuację, zamiast po prostu wybić piłkę – kopie rywala. No właśnie: po co? Dlaczego? Co go do tego popchnęło? Ta akcja nie miała w sobie żadnego zagrożenia. Żadnego. Obrona Legii sama wytworzyła sobie problem, którego nie było.
I to jest największa bolączka tej drużyny: Legia sama sobie robi syf w obronie. Nie potrafi się ustawić, nie potrafi reagować, nie potrafi panować nad własnym polem karnym. Każdy gra poniżej poziomu, lidera brak, odpowiedzialności brak, powtarzalności brak.
Może – tak tylko głośno myślę – gdyby na ławce był trener, to wyglądałoby to inaczej?
Kamil Dumała
