Legia Warszawa wyrównała niechlubny rekord dziesięciu meczy bez zwycięstwa z rzędu. Porażką w Erywaniu z miejscowym Noah pozbawiliśmy się już nawet matematycznych szans na awans do fazy play-off Ligi Konferencji UEFA. Ta degrengolada w wykonaniu piłkarzy Legii trwa w najlepsze. W tym spotkaniu wydarzyło się jednak coś, co wymaga odnotowania. Po 938 minutach bez gola do siatki trafił Mileta Rajović. To właśnie duńskiemu napastnikowi przyjrzeliśmy się w trakcie tego występu bliżej, czyniąc go głównym bohaterem tego tekstu.
Coś, na co nie można narzekać w ostatnich występach Duńczyka to jego dochodzenie do klarownych sytuacji bramkowych. Jednak co z tego, jeżeli on raz za razem je marnuje i nie zamienia na bramki. W spotkaniu z armeńskim zespołem już w 2. minucie dopadł do bezpańskiej piłki w dogodnej sytuacji i spudłował. Po strzale Goncalvesa piłka sparowana przez golkipera gospodarzy znalazła się w zasięgu Milety Rajovicia, który nie miał prawa w takiej sytuacji się pomylić - a może nie miałby, gdyby był napastnikiem na skalę Legii Warszawa, a niestety z każdym kolejnym spotkaniem udowadnia, że jest transferową pomyłką.
Zaledwie minutę później Rajović czujnie zachował się wykorzystując błąd w rozegraniu piłki od tyłu przez zawodników Noah. Defensor drużyny gospodarzy niechlujnie zagrał w stronę swojego bramkarza, a do piłki dopadł Rajović, który mijając bramkarza skierował futbolówkę do pustej bramki.
Mileta Rajović jest napastnikiem, który gdy tylko poczuje krew oddaje strzał z każdej możliwej pozycji, również tej nieprzygotowanej. W 6. minucie po krótkim rozegraniu piłki z Ermalem Krasniqim zdecydował się na uderzenie zza pola karnego, które zostało jednak zablokowane przez rywala i piłka wyszła za linię końcową.
Mimo krążących, obiegowych opinii na temat sposobu poruszania się Rajovicia potrafi on jednak wywrzeć presję na rozgrywających piłkę obrońcach rywala. W 25. minucie byliśmy bliscy zobaczenia sytuacji kopiuj-wklej z początku spotkania, ponieważ po raz kolejny Duńczyk chciał uprzedzić Timothy’ego Fayulu, lecz tym razem reprezentant Demokratycznej Republiki Konga wyszedł z opresji cało.
W 39. minucie meczu legioniści stworzyli sobie okazję bramkową, po której piłka zatrzepotała w siatce. Po trafieniu Kapuadiego wydawało się, że ten mecz może pójść po myśli drużyny gości. Sędzia zagwizdał jednak faul, który miał mieć miejsca chwilę wcześniej, gdy Rajović w walce o piłkę rzekomo faulował Fayulu. W mojej ocenie tego zdarzenia Duńczyk nie złamał przepisów gry, a jedynie wywarł presję na rywalu, który popełnił błąd i źle piąstkował piłkę. Rajovicia można jedynie pochwalić, a nie ganić, ponieważ skutecznie wymusił na bramkarzu takie, a nie inne zachowanie. Decyzja arbitra jednak nie była nawet rozpatrywana przez VAR, więc nie skłamię, jeśli powiem, że Legia została skrzywdzona przez zespół sędziowski.
Podsumowanie rundy jesiennej w wykonaniu najdroższego w historii ruchów przychodzących do klubu Milety Rajovicia musi być negatywna. Zaledwie 6 bramek w 26 spotkaniach to duży zawód w przypadku gracza, wobec którego były duże oczekiwania. Największym problemem tego zawodnika jest skuteczność, ponieważ praktycznie co mecz dochodzi on do sytuacji strzeleckich określanych mianem wielkich szans w terminologii statystycznej. Oznacza to, że expected goals w takich momentach to powyżej 0.38-0.40. Przy kilku takich szansach na mecz musimy wymagać zdobycia przynajmniej jednej bramki. Jeżeli ten gracz nie poprawi swojej skuteczności w rundzie wiosennej to będziemy mogli mówić o największej wpadce transferowej na Łazienkowskiej od lat.
