Déjà vu; naprawdę nie umiesz się ustawić?; podejmowanie decyzji; szansa Burcha i Wahana; jestem zmęczony - to najważniejsze punkty po niedzielnym meczu Legii z Piastem Gliwice, w którym legioniści przegrali 0-1.
1. Déjà vu
Oglądając ostatni ligowy mecz Legii w tym roku, miałem potężne déjà vu. Takie, które niepokoi, bo nie wynika z nostalgii, tylko z traumy. Przecież dokładnie tak samo wyglądało to tydzień temu z Piastem. Legia niby dłużej przy piłce, niby jakieś sytuacje, niby kontrola, a potem z garażu, piwnicy czy innego schowka wychodzi Michał Chrapek i jednym ruchem burzy cały plan legionistów. Jeśli w ogóle można mówić o planie.
Znów była „przewaga”. Znów była jedna znakomita sytuacja Milety Rajovicia, zakończona w jedyny możliwy dla niego sposób – przegraną sam na sam z Plachem. Znów bramkarz Piasta wyglądał jak ściana, a Legia jak zespół, który kompletnie nie wie, co zrobić z piłką pod polem karnym rywala. Wszystko wyglądało znajomo aż do bólu. I kiedy na murawie pojawił się Chrapek, gdzieś z tyłu głowy zapaliła się czerwona lampka. Przecież on już to robił. Tydzień temu. I zrobił to znowu.
Po straconej bramce Legia - jak zawsze - zniknęła. Nie było reakcji, nie było zrywu, nie było choćby chaosu, który mógłby dać nadzieję. Było bezradne patrzenie, jak kolejne minuty odpływają, a porażka staje się formalnością. Dokładnie tak samo, jak wcześniej.
To déjà vu nie dotyczy jednak wyłącznie meczów z Piastem. Ono sięga znacznie głębiej. Cztery lata wstecz. Do sezonu, w którym Legia balansowała nad przepaścią i ledwo uniknęła kompromitacji. Dziś obraz jest uderzająco podobny. Ta sama bezradność, to samo poczucie tymczasowości, ta sama wiara, że „jakoś to będzie”. Tylko że jakoś nie jest.
Można oczywiście powtarzać mantrę o spłaszczonej tabeli, o tym, że wystarczą dwa zwycięstwa. Problem w tym, że patrząc na tych zawodników, trudno uwierzyć, że oni są w stanie wygrać choćby jeden mecz. Ten zespół wygląda, jakby znał tylko jeden scenariusz - przegrać i przejść nad tym do porządku dziennego.
Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że w Legii niczego się nie uczą. Ani z porażek sprzed tygodnia, ani sprzed miesiąca, ani sprzed czterech lat. Te same błędy, te same decyzje, ta sama arogancja wobec rzeczywistości. A rzeczywistość jest brutalna: Legia znów flirtuje z katastrofą. I tym razem może się okazać, że déjà vu nie skończy się happy endem.
2. Naprawdę nie umiesz się ustawić?
Oczywiście, można wskazać palcem Kacpra Urbańskiego za stratę piłki przy linii bocznej, można też Marco Burchowi wytknąć kompletnie niepotrzebne kopnięcie rywala i sprokurowanie rzutu wolnego. To są fakty. Ale to, co wydarzyło się chwilę później w bramce Legii, wykracza poza zwykły błąd i wchodzi w rejony futbolowej groteski.

Kacper Tobiasz, zawodnik z doświadczeniem, a nie debiutant z juniorów, ustawił się tak, jakby postanowił ułatwić Michałowi Chrapkowi zadanie. W momencie strzału stał niemal przyklejony do jednego słupka, zostawiając po swojej lewej stronie autostradę szerokości Wisłostrady. Naprawdę, wystarczyłyby dwa, góra trzy kroki w bok i ta piłka lądowałaby prosto w jego rękach - albo, jak kto woli, w zębach.
Tymczasem Tobiasz nie tylko ustawił się fatalnie, ale też… nie zrobił nic. Zero reakcji, zero próby interwencji. Stał i patrzył, jak piłka wpada do siatki, jakby był widzem, a nie bramkarzem. I tu rodzi się pytanie zasadnicze: jak to możliwe, że ktoś grający na tym poziomie może popełniać tak elementarne błędy? I jeszcze ważniejsze - jak to możliwe, że nikt w sztabie tego nie widzi, nie koryguje, nie reaguje?
Bo jeśli trener bramkarzy tego nie dostrzega, to mamy problem. A jeśli dostrzega i nic z tym nie robi, to mamy problem jeszcze większy. To już nie jest pojedyncza wpadka, to schemat. Dramat w najczystszej postaci.
3. Podejmowanie decyzji
Piłkarze Legii mają dziś gigantyczny problem z podejmowaniem decyzji boiskowych. Takich, które na tym poziomie powinny być automatyczne, niemal odruchowe. W wielu sytuacjach aż prosi się o prostsze rozwiązania, o powrót do ustawień fabrycznych, bo przecież to nie są ludzie z łapanki spod Orlika. Oni potrafią grać w piłkę. Przynajmniej teoretycznie.
Seria porażek oczywiście sieje spustoszenie w głowach, mental leży i kwiczy - ale to nie jest okoliczność łagodząca, tylko dodatkowy zarzut. Tych piłkarzy nie można już dłużej traktować jak ofiary systemu, bo wielu z nich gra w Legii od lat, zna realia, presję, wymagania. I zarabia za to bardzo konkretne pieniądze. To nie są juniorzy uczący się zawodu.
Rzuca się w oczy choćby Paweł Wszołek, który pędzi prawą stroną i zamiast zagrać szybko, prosto, z wyprzedzeniem - poprawia piłkę, poprawia ją jeszcze raz, aż w końcu z pełnym przekonaniem pakuje dośrodkowanie w pierwszego lepszego obrońcę. Schemat znany, powtarzalny, niemal rytualny.

Ale to tylko jeden z objawów choroby. W 55. minucie Legia miała sytuację, która aż krzyczała: strzelaj. Wojciech Urbański miał miejsce, czas i kąt, by uderzyć albo zagrać do dobrze ustawionego Wahana Biczachczjana. Zamiast tego postanowił wejść w jeszcze jeden drybling. Zupełnie zbędny. Efekt? Akcja umarła śmiercią naturalną, jak dziesiątki innych wcześniej.
I tak to wygląda od tygodni. Gdyby Rajović podnosił głowę przed strzałem - może strzelałby częściej niż raz na kilka tygodni. Gdyby Wszołek potrafił dośrodkować - byłoby więcej sytuacji. Gdyby pomocnicy szybciej decydowali - byłaby przewaga. Ale w Legii ciągle jest „gdyby”. Tyle że tabela nie zna trybu warunkowego.
To właśnie suma tych złych decyzji, małych błędów i braku odpowiedzialności doprowadziła Legię tu, gdzie jest dziś. Nie przez pecha. Nie przez sędziów. Przez siebie.
4. Szansa Burcha i Wahana
Na swoją szansę od pierwszej minuty długo czekali zarówno Marco Burch, jak i Wahan Biczachczjan. Zwłaszcza ten drugi – regularnie wpuszczany z ławki, konsekwentnie trzymany z dala od pierwszego składu, jakby był planem awaryjnym, a nie realną opcją. I paradoks całej tej historii polega na tym, że gdy już dostali miejsce na boisku, wstydu nie było. Mało tego – momentami było solidnie.
Burch wyglądał jak obrońca, który wie, co robi. Bez kabaretu, bez katastrofalnych błędów, bez nerwowych interwencji rodem z ligi juniorów, do których przyzwyczaił nas ostatnio Kapuadi. Oczywiście, jego faul w końcówce meczu i rzut wolny, po którym padła bramka dla Piasta, to plama. Tyle że w obecnej Legii jedna plama na koszulce to i tak luksus, a nie wyjątek.
Biczachczjan z kolei przynajmniej próbował grać w piłkę. Szukał gry, brał na siebie odpowiedzialność, chciał coś wykreować, a nie tylko „być”. To on oddał groźny strzał sprzed pola karnego po pół godzinie gry, zmuszając Placha do solidnej interwencji. To on w drugiej połowie zagrał świetną, prostopadłą piłkę do Rajovicia - taką, po której napastnik powinien mieć obowiązek wpisać się na listę strzelców. Skończyło się jak zwykle: strzał w trybuny, a spalony był tylko detalem w tej farsie.
Problem w tym, że paliwa Ormianiowi starczyło na niewiele. Gdy schodził z boiska, wyglądał jak zawodnik po trzech meczach w tygodniu, a nie po jednym występie, na który czekał miesiącami.
5. Jestem zmęczony
Jestem zmęczony tym, co dzieje się w Legii i wokół niej. Piłkarze nie pomagają, sztab szkoleniowy również, a ludzie rządzący klubem – najmniej ze wszystkich. Wywiad Frediego Bobicia odbił się szerokim echem wśród kibiców i wcale mnie to nie dziwi. I nie chodzi nawet o słowa o tym, że piłkarze nie mają „jaj”, by grać w Legii – to akurat wiemy od dawna i nie jest żadnym odkryciem Ameryki. Problemem jest coś innego: chroniczne rozmywanie odpowiedzialności.
Bo to w dużej mierze Bobić wraz z Żewłakowem sprowadzili tych piłkarzy i to oni odpowiadają za obecny stan drużyny. Oczywiście największy udział w tym wszystkim ma Dariusz Mioduski – jego decyzje od lat rzutują na funkcjonowanie całego klubu. Niestety Bobić zdaje się wchodzić w dobrze już znany „mioducyzm”, czyli sztukę mówienia wszystkiego i niczego jednocześnie, bez większej refleksji i bez brania odpowiedzialności za własne działania.
Wystarczy przypomnieć wypowiedź o Marku Papszunie, która tylko potwierdza, że panowie chyba nie do końca orientują się w realiach swojego fachu. Skoro „dogadali się” z trenerem, to byli autentycznie zdziwieni, że Raków nie zamierza po prostu oddać go za darmo w trakcie sezonu. Jakby w profesjonalnym futbolu wystarczyło porozmawiać z jedną stroną i czekać na cud, że klub macierzysty nie zauważy, nie zaprotestuje i jeszcze się uśmiechnie.
Bo przecież normalnie, gdy chce się wykupić zawodnika, rozmawia się także z klubem i ustala konkretną kwotę. A nie liczy na to, że może jakoś się uda, może przejdzie bokiem, a najlepiej – za zero.
Jestem zmęczony tym, że nikt w Legii nie potrafi wziąć odpowiedzialności na siebie, zwłaszcza Dariusz Mioduski. Zamiast tego odpowiedzialność jest przerzucana, rozmywana i rozciągana na wszystkich wokół, byle nie na decydentów. Na szczęście przed nami jeszcze sparing z zespołem z Gibraltaru i chwila odpoczynku. Na ten odpoczynek zresztą piłkarze i ludzie z klubu też bardzo chcą iść – bo przecież, umówmy się, zasłużyli, prawda?
Kamil Dumała
