Ruszyła maszyna; on umie strzelać; zmarnowane sytuacje; z tymi bramkarzami to dajcie spokój; nowe rozdanie - zmiany to najważniejsze punkty po ostatnim meczu Legii w tym roku, w którym w końcu legioniści wygrali 4-1 z gibraltarskim Lincoln Red Imps FC.
1. Ruszyła maszyna
Byłem w ogromnym szoku, że Legii udało się wygrać ostatni mecz tego roku. A tak serio – oczywiście, że nie. Piłkarze doskonale wiedzieli, że za chwilę pojawi się nowy trener, więc nagle przypomnieli sobie, jak gra się w piłkę. Szok, prawda? Nie. Klasyka gatunku.
Jasne, rywal był z Gibraltaru, choć warto odnotować, że ta „egzotyczna” drużyna potrafiła wcześniej uzbierać więcej punktów niż „mocna” Legia. Wymowne? Bardzo. Tym razem jednak Legia w końcu się wzięła w garść i ruszyła do ataku. Wygrała pewnie 4-1, choć wynik spokojnie mógł - i powinien - być znacznie wyższy.
Nagle piłkarze odkryli, że trzeba uderzać w ten biały prostokąt, a gdy piłka zatrzepocze w siatce, to… uwaga… jest gol. Rewolucja. Maszyna ruszyła, jak w tym popularnym memie, tylko że stało się to za późno.
Bo prawda jest taka, że piłkarze, choć często pomijani w rozliczeniach, ponoszą za ten stan rzeczy ogromną odpowiedzialność. Znów zaczęli grać dopiero wtedy, gdy wszystko było już jasne, presja zniknęła, a stawka przestała istnieć. Jak zawsze – odważni dopiero wtedy, gdy nie ma już czego przegrać.
2. On umie strzelać
Antonio Čolak zdobył bramkę. Tak, dobrze czytacie — Čolak zdobył bramkę. Pamiętam sagę z jego transferem, kiedy Legia z dumą „odbiła” go Górnikowi Zabrze. Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że nie była to dobra decyzja, bo Antonio zwyczajnie nie jest napastnikiem na Legię. Brakuje mu jakości, instynktu, pewności. Dlatego gdy w 21. minucie otworzył wynik spotkania, byłem autentycznie w szoku.
Sama akcja nie była najwyższej próby, ale na pochwałę zasługuje Bartosz Kapustka, który instynktownie zgrał piłkę do Čolaka. Ten uderzył sprzed pola karnego i - ku zdziwieniu wielu - piłka wpadła do siatki. Dobrze, że zdecydował się na strzał, bo takich prób zza „szesnastki” w ostatnich tygodniach w wykonaniu Legii było jak na lekarstwo.

Na uwagę zasługuje również bramka Milety Rajovicia. I nie tylko ze względu na naprawdę świetne dogranie Jakuba Żewłakowa. Warto zwrócić uwagę na coś jeszcze. Do tej pory Rajović miał ogromny problem z poruszaniem się w polu karnym - stał jak kołek, najczęściej schowany za obrońcą, który bez większego wysiłku wygrywał z nim każdy pojedynek i wybijał adresowane do niego piłki.
Tym razem wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Rajović idealnie w tempo wszedł między dwóch defensorów i wykorzystał swoją okazję. To było spore zaskoczenie, bo takich zachowań u niego po prostu nie oglądaliśmy. Po zdobyciu bramki było widać ogromną ulgę - nie tylko u samego napastnika, ale też u pozostałych ludzi związanych z Legią. Jakby wszyscy na chwilę odetchnęli, że piłka jednak czasem wpada tam, gdzie powinna.
3. Zmarnowane sytuacje
Żeby jednak nie było tak słodko – Legia ten mecz powinna wygrać co najmniej dwiema, a spokojnie trzema bramkami więcej. Idealne sytuacje mieli Krasniqi, Żewłakow, Gonçalves czy Kacper Urbański. Każdy z nich znalazł sposób, by… nie trafić do siatki. Efekt? Zamiast pogromu mamy „tylko” 4-1, które tylko chwilowo maskuje problem, ale w ogóle go rozwiązuje.
Mam nadzieję, że nowy trener, Marek Papszun, poświęci na treningach trochę czasu na coś tak egzotycznego jak wykańczanie akcji, bo momentami wygląda to dramatycznie. I nie chodzi wyłącznie o ten mecz. To problem systemowy. Legia nie tworzy hurtowych ilości sytuacji bramkowych – wręcz przeciwnie, ma ich jak na lekarstwo – a skoro już coś stworzy, to z uporem godnym lepszej sprawy potrafi to zmarnować.
W poprzednich spotkaniach regularnie mieliśmy po dwie–trzy naprawdę dobre okazje, które kończyły się strzałem obok bramki albo pewnym chwytem bramkarza rywali. I później zdziwienie: przegrana albo remis. Trzeba w końcu nazwać rzeczy po imieniu – skuteczność to jeden z kluczowych problemów Legii. Nie jedyny, owszem, ale przy tak skromnej liczbie sytuacji podbramkowych marnowanie ich jest zwyczajnie zabójcze.
4. Z tymi bramkarzami to dajcie spokój
Dużo pretensji można mieć do Kacpra Tobiasza za występy w tej rundzie – i są to pretensje w pełni uzasadnione. W wielu spotkaniach nie tylko nie pomógł zespołowi, ale momentami wręcz ciągnął go w dół. Bywały mecze, w których jego błędy ważyły więcej niż wszystkie niewykorzystane sytuacje ofensywne razem wzięte.
W ostatnim meczu z Lincoln Red Imps FC szansę dostał Gabriel Kobylak. Miał być powiew świeżości, a wyszło… znajomo. Pracy wiele nie miał – goście oddali zaledwie cztery strzały na jego bramkę – ale to w zupełności wystarczyło, by stracić gola. Kobylak, niczym Tobiasz, miał problem z wyjściem z bramki. Dobitnie pokazała to sytuacja z końcówki pierwszej połowy, gdy znów błędy popełnili defensorzy Legii (szok, niedowierzanie), a bramkarz zamiast przeciąć akcję, zatrzymał się w pół drogi, jakby czekał na pisemne zaproszenie.
Stracona bramka również nie napawa optymizmem. Długie składanie się do interwencji, spóźniona reakcja i finał dobrze znany z wcześniejszych meczów – piłka w siatce, a my znów rozkładamy ręce. Deja vu? A jakże.
Legia ma dziś systemowy problem z bramkarzami. Żaden z dostępnych nie daje ani jakości, ani spokoju, ani poczucia bezpieczeństwa dla obrony. I nie mówimy tu o jednym słabszym meczu czy chwilowym kryzysie formy, tylko o powtarzalności błędów. Czy to kwestia szkolenia, treningów, mentalności, czy wszystkiego naraz – trudno powiedzieć. Jedno jest pewne: zimą trzeba sprowadzić podstawowego bramkarza, a nie kolejnego „do rywalizacji”. Kogoś, kto przyjdzie i po prostu będzie bronił. Przez kilka sezonów. Bez eksperymentów, bez nadziei, że „może tym razem zaskoczy”.
Bo w Legii bramkarz to dziś bardziej pytanie niż odpowiedź.
5. Nowe rozdanie
Legia zaprezentowała nowego trenera – Marka Papszuna. Czy to zapowiedź lepszego jutra? Jest jakaś nadzieja, choć uczciwie mówiąc: umiarkowana. W tym klubie, żeby realnie coś się zmieniło, potrzeba znacznie więcej niż nowej twarzy na ławce trenerskiej. Tu konieczne są zmiany personalne i strukturalne, bo dzisiejsza Legia coraz mniej przypomina klub aspirujący do Europy, a coraz bardziej korporację – taką, w której excele są ważniejsze niż jakościowa piłka.
Zaraz znów usłyszymy patetyczne deklaracje: że to moment przełomowy, że kończymy z gadaniem, a zaczynamy działać. Problem w tym, że ja te opowieści słyszałem już tyle razy, iż przestałem traktować je inaczej niż klubowy folklor. Legia uwielbia mówić o zmianach. Gorzej, gdy przychodzi do ich wdrażania – wtedy rzeczywistość brutalnie rozmija się z zapowiedziami.
Chciałbym wierzyć, że tym razem będzie inaczej. Że Marek Papszun popracuje tu dłużej niż półtora sezonu i faktycznie podniesie poziom całego projektu. Bo potencjał w tej drużynie jest, choć nie oszukujmy się – część zawodników należy po prostu pożegnać. Bez sentymentów i bez żalu. Zasiedzieli się, spowszednieli i przestali ciągnąć ten klub do przodu.
I nie, nie kupuję narracji o tym, że właściciel „usunął się w cień”. On tu będzie zawsze. I dopóki nie zrozumie własnych błędów, dopóty Legia będzie funkcjonować w tym samym, dobrze już znanym cyklu: jeden świetny sezon, potem gaszenie pożarów i nerwowe oglądanie się za siebie. Historia zatacza koło.
Trenerowi Papszunowi życzę wytrwałości, odporności na klubowy chaos i powodzenia – bo będzie mu to bardzo potrzebne.
Na koniec dziękuję wam za ten rok. Życzę wszystkim Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku – oby spokojniejszego niż ten, który właśnie żegnamy.
Kamil Dumała
