Już dawno nie mieliśmy okazji pojechać na mecz do Gdyni, bowiem Arka przez kilka ostatnich lat grała na zapleczu Ekstraklasy. Po raz ostatni gościliśmy na stadionie Arki 7 lat temu - w listopadzie 2019 roku, kiedy wypełniliśmy sektor gości w 742 osoby. Na wyjazd do Trójmiasta chętnych było zdecydowanie więcej niż miejsc dostępnych w gdyńskiej klatce.
Do Gdyni wyruszyliśmy tuż przed godziną 9 z dworca Warszawa Gdańska. Przejazd był iście ekspresowy, bowiem już kwadrans po godzinie 12, wysiedliśmy na Gdyni Głównej, skąd na stadion pojechaliśmy (niespełna 4 km) ośmioma podstawionymi autobusami. Dalej czekał nas bardzo krótki spacer pomiędzy niewielką halą GAK Gdynia a zaśnieżonym całkowicie boiskiem bocznym Arki, do wejścia do klatki. Za płotem boiska bocznego, w pogotowiu stała policja z czworonogami. Czasu mieliśmy aż nadto, więc bez problemu wszyscy zdołali wejść na trybuny na czas.
W sektorze gości, w większości ubrani na czarno, wywiesiliśmy jedną flagę - "W naszym życiu liczy się nie tylko FooTBall". Jako że na sektorze zasiedliśmy sporo przed pierwszym gwizdkiem, nie brakowało osób, które uważnie przyglądały się rozgrzewce piłkarzy, podczas której radowano się z celnych trafień duńskiego Messiego - Rajovicia. Aż czterokrotnie pokonał bramkarza, nie mając przeciwka - naprawdę możemy spodziewać się, że w końcu zaskoczy.
Kibice gospodarzy mieli przygotowanych przez klub (i sponsora) tysiąc darmowych kocy, a także darmową gorącą herbatę. Już wcześniej zapowiadali, że spotkanie będzie poświęcone stuleciu nadania miastu Gdynia praw miejskich. Na trybunach pojawiło się łącznie 12,5 tys. fanów - do kompletu zabrakło niewiele - ze dwa tysiące. Nasza grupa liczyła 742 osoby, w tym delegacja zaprzyjaźnionej Olimpii Elbląg. Nie mogło zabraknąć także legijnych FC z Kujaw i Pomorza, m.in. widocznej grupy legionistów z Chełmży.
Już kilkanaście minut przed meczem, dało się odczuć, że obie ekipy dawno nie miały okazji wymienić uprzejmości. "Arkaaaaa Gdynia ku.....a, świnia" - niosło się z naszej strony na powitanie. Kiedy miejscowi zaczęli ubliżać Legii, usłyszeli "Stare k...y was rodziły". I tak przez dobrych kilka minut w ramach przedmeczowej rozgrzewki.

Arkowcy na początek meczu zaprezentowali oprawę na trybunie prostej. Na czas jej prezentacji ultrasi przemieścili się z młyna na prostą (napinając się przy okazji przy klatce w kominiarkach). Rozciągnięta została malowana sektorówka wraz z transparentem "100 lat polskiego okna na świat. 1926-2026", a na górze odpalone zostały race (ok. 50). Na dole "odpalono" z maszyn pirotechnicznych wulkany. Ten ostatni element zupełnie nie pasował do całości - ale każda grupa ultras bawi się tak jak chce. Niektórzy przecież prezentują oprawy za pomocą telefonów komórkowych. Kiedy gdynianie mieli problemy z prawidłowym rozciągnięciem części sektorówki, skandowaliśmy "Hej k...y, oprawa roku". By po chwili dodać "Gdyńska k...a aejaejao".
Naszym dopingiem kierował Kamil, który starał się, by każdy obecny w klatce zdzierał gardła na miarę możliwości. Podczas pozdrawiania zgód, nie mogło zabraknąć pieśni "Legia i Olimpia, Olimpia i Legia". Przy okazji "pozdrowiliśmy" zgody Arki z Poznania i Krakowa. Z kolei przy wykonywanej kilkukrotnie pieśni "Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasza Legia gra", pojawiała się końcowa fraza "Arka ku...o". Oczywiście, nie mogło zabraknąć kultowej przyśpiewki, zapamiętanej głównie po finale PP z roku 2018 - "Co to jest za drużyna, co śledziem j...bie tak". Niby stare, a wciąż bawi. Jeśli wymieniać uprzejmości, to z naszej strony skandowane było także "Żółto niebieskie, to barwy czysto k...skie".

Na boisku stara bieda. Jeśli ktoś liczył, że piłkarze się przebudzą, to jak widać, czas na to jeszcze nie nadszedł odpowiedni. Po straconej w bezsensowny sposób bramce, miejscowi mieli powody do radości, my zaś skandowaliśmy "Legia grać, k... mać!". A chwilę później także "Mioduski, to twoja wina", "Sprzedaj klub i spier...j" oraz "Legia to my, Legia to my, ejaeja Legia to my". Arka z kolei po chwili namysłu zaczęła skandować w naszym kierunku "Pierwsza liga, pierwsza liga". Jeszcze k...y zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni, a komu przyjdzie w kolejnym sezonie rywalizować z pierwszoligowcami.
W pierwszej połowie ultrasi Arki zaprezentowali jeszcze drugą prezentację - tym razem w swoim młynie. Tam rozciągnięto transparent "Stoczniowcy, marynarze, rybacy, robotnicy", prezentując wycinaną, malowaną sektorówkę z ww. postaciami pomiędzy którymi znajdował się herb Gdyni. Całość uzupełniło kilkadziesiąt rac odpalonych po bokach. Chociaż dym z pirotechniki ulotnił się tak, że nie było żadnych problemów z widocznością, sędzia zarządził krótką przerwę w grze.

Spoglądanie na murawę bolało. Dramatycznie oglądało się popisy naszych graczy, którzy od początku drugiej połowy sami prosili się o drugiego gola... i w końcu się doprosili. Skrzydłowy z Kosowa zaliczył asystę przy bramce dla Arki i wydawało się, że nic już nie zdoła odmienić losów tego meczu. Tak samo myśleli miejscowi, którzy od razu zaczęli napinać się zza ogrodzenia. Śpiewali też antylegijne pieśni na dwie trybuny. My zaś domagaliśmy się, by nasze grajki zaczęły zapier...ć. Bardzo przyzwoicie wychodził nam "Hit z Wiednia", a także "Gdybym jeszcze raz", z którym ruszyliśmy m.in. po golu na 1-2 w 90. minucie spotkania. Niby zaczęła się tlić jakaś nadzieja, bowiem do końca spotkania były jeszcze 4 doliczone minuty, ale dotychczasowy antyfutbol w wykonaniu naszych piłkarzy, ani trochę tego nie zapowiadał. Ale tym razem to do nas uśmiechnęło się szczęście. W jednej z ostatnich akcji meczu, Colak doprowadził do wyrównania, co ucieszyło nas równie mocno, co zaskoczyło.
Kiedy sędzia gwizdnął po raz ostatni, śledziowi napinacze z okolic naszego sektora szybko wzięli dupy w troki i ruszyli do domu. "Wypier...ć, wypier...ć" - skandowaliśmy w ich stronę. Choć nasza sytuacja w tabeli zmieniła się nieznacznie, to przynajmniej w tamtym momencie, role się odwrócili - to my mogliśmy wyśmiewać pewnych siebie chwilę wcześniej arkowców. Piłkarze podeszli pod nasz sektor trochę jakby pewni siebie, po wspaniałym sukcesie - to jest remisie na trudnym terenie - boisku drużyny broniącej się przed spadkiem. Jakby zapomnieli, że nie wygrali meczu ligowego od blisko pięciu (!!!) miesięcy. "A jak spadniemy, to wszystkich was zaje...my!" - usłyszeli kilkakrotnie, zamiast spodziewanego zapewne podziękowania za walkę do końca. Pewnie, doceniamy, ale to cały czas zbyt mało. Tu trzeba zepier...ć 95 minut, a nie tylko w doliczonym czasie. Na odchodne niosło się jeszcze "Legia grać...".
Po meczu stadion bardzo szybko opustoszał, a i nas wypuszczono rekordowo szybko. Podczas gdy na stadionie Lechii bywa, że trzymani jesteśmy nawet 2,5 godziny po meczu, w Gdyni opuściliśmy stadion już 30 minut po końcowym gwizdku arbitra. Później chwilę poczekaliśmy na autobusy, którymi sprawnie zostaliśmy przewiezieni na dworzec główny w Gdyni. Podróż przebiegała bardzo szybko i sprawnie, i zgodnie z planem, w Warszawie zameldowaliśmy się o nietypowej porze - tj. przed 22.
Jeśli w Gdyni nie byliśmy dość dawno, to co powiedzieć o Katowicach, gdzie zagramy już w najbliższy piątek. Na wyjazdowym meczu z GieKSą nie byliśmy od dwóch dekad, a na Nowej Bukowej - jeszcze nigdy.
Frekwencja: 12 497
Kibiców gości: 742
Flagi gości: 1
Autor: Bodziach
Arka Gdynia 2-2 Legia Warszawa - Woytek / 82 zdjęcia

