1. Czy to ich napędzi?
Pewnie po takim meczu, jaki zobaczyliśmy w sobotę, to pytanie jest jak najbardziej zasadne. Problem w tym, że odpowiedź wcale nie napawa optymizmem. I choć sam chciałbym uwierzyć, że ten urwany punkt może być impulsem, to wszystko wskazuje na to, że nie napędzi on Legii absolutnie w żaden sposób.Dlaczego? Bo my już ten film widzieliśmy. I to całkiem niedawno. Legia potrafiła wygrać 2-1 z Szachtarem Donieck, rozbudzić nadzieje, a chwilę później w lidze znów remisować i przegrywać, po drodze kompromitując się choćby odpadnięciem z Pucharu Polski. Ten sezon brutalnie pokazuje jedno: pojedyncze zrywy nie znaczą tu nic, bo nie idzie za nimi żadna ciągłość, żadna reakcja, żaden proces.
Jest jeszcze kwestia mentalu. Mam wrażenie, że piłkarze Legii nie są już mentalnie na dnie - oni to dno dawno przebili. Jedenaście meczów ligowych bez zwycięstwa to nie jest przypadek, to nie jest pech, to jest stan permanentny. I naprawdę trudno dziś odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego akurat teraz miałoby się to zmienić? Rekord Ruchu Chorzów - 20 spotkań bez wygranej - coraz mniej brzmi jak ciekawostka historyczna, a coraz bardziej jak realny punkt odniesienia. Patrząc na obecną Legię, można odnieść wrażenie, że ten nie jest on wcale poza zasięgiem.
Bo w tym zespole nie działa nic. Ofensywa? Brak kreatywności, brak jakości, brak automatyzmów. Defensywa? Chaos, panika i zachowania, jakby część zawodników pierwszy raz w życiu zobaczyła piłkę nożną. Owszem, przyszedł Marek Papszun, ale bądźmy poważni - nie ma cudów, zwłaszcza gdy klub praktycznie nie robi nic, by realnie wzmocnić drużynę. Napastnika nie było, nie ma i nagle ma się pojawić… dzięki powrotowi Nsame? Jakbyśmy mówili o zawodniku w prime, a nie o piłkarzu wracającym po ciężkiej kontuzji, dopiero wchodzącym w rytm treningowy. To jest myślenie życzeniowe, a nie plan sportowy.

Oczywiście, mam nadzieję, że się mylę. Chciałbym, żeby ten remis faktycznie był punktem zaczepienia, od którego Legia zacznie odbijać się od dna i finalnie utrzyma się w Ekstraklasie. Ale uczciwie - wygląda to dziś gorzej niż za czasów Czesława Michniewicza, gdy widmo spadku również było bardzo realne. Wtedy przynajmniej były momenty, były impulsy, była walka za trenera Vukovicia. Dziś trudno wskazać jakiekolwiek pozytywy, które mogłyby dać kibicom choćby minimalną iskrę nadziei.
A bez tej iskry zostaje tylko strach. Strach, że nawet przepychane kolanem remisy w końcówkach nie wystarczą. I strach, że spadek stanie się faktem. A wtedy właściciel klubu zapisałby się w historii Legii na zawsze - i to nie dzięki wizjom, projektom czy „stabilizacji”, tylko jako ten, za którego kadencji klub znalazł się tam, gdzie jeszcze niedawno wydawało się to niemożliwe. I wówczas nawet granie w koszykówkę z Barackiem Obamą nie będzie już jego najbardziej pamiętnym „sukcesem”.
2. Podnieś głowę!
W Legii, poza problemem mentalnym, ewidentnie istnieje też problem… z głową. Tyle że nie w sensie psychologicznym, a czysto fizycznym. Ta głowa zaskakująco często ląduje gdzieś pomiędzy wiadomo czym, zamiast być uniesiona tam, gdzie w piłce nożnej powinna - nad boiskiem. Legioniści mają olbrzymi kłopot z najprostszą czynnością świata: podniesieniem wzroku i sprawdzeniem, gdzie stoi kolega z zespołu albo przeciwnik.Większość strat w meczu z Arką nie była efektem fatalnej murawy (choć ta swoje trzy grosze dorzuciła) ani dramatycznego przyjęcia piłki. To był problem koncentracji, a właściwie jej kompletnego braku. Problem polegał na tym, że nikt nie zadawał sobie trudu, by zeskanować boisko. Gra wyglądała tak, jakby zawodnicy byli przekonani, że reszta świata znika w momencie, gdy piłka znajdzie się przy ich nodze.

Ten nieszczęsny screen tylko to potwierdza - Wahan nawet nie sprawdził, czy ma opcję zagrania do Rajovicia albo Krasniqiego, nie zerknął, gdzie ustawił się bramkarz Arki. Cała uwaga skupiona na piłce, jakby była ostatnią deską ratunku na tonącym Titanicu. A taki „focus” kosztował Legię bardzo dużo. Raz pod nogi rywala zagrywał Tobiasz, innym razem zrobił to Krasniqi — i skończyło się golem na 0-2.
Oczywiście, dobrze, że piłkarze koncentrują się na piłce. Problem w tym, że w obecnym wydaniu ta koncentracja przypomina jazdę samochodem z nosem przyklejonym do maski. Bez skanowania boiska Legia generuje sobie więcej kłopotów niż pożytku. A czasem naprawdę wystarczy zrobić jedną, banalną rzecz: podnieść głowę.
3. Przewaga dla przewagi
Trener Papszun po meczu stwierdził, że Legia kontrolowała spotkanie z Arką - przynajmniej do momentu straty bramki. I trudno się z tym nie zgodzić… o ile przez kontrolę rozumiemy posiadanie piłki, krążenie nią w bezpiecznych strefach i systematyczne udowadnianie rywalowi, że nic z tego nie wyniknie. Legia miała mecz pod kontrolą, miała przewagę, ale była to przewaga dla samej przewagi. Estetyczna, sterylna i kompletnie bezzębna.Owszem, legioniści prowadzili grę, mieli więcej piłki, częściej meldowali się w środkowej strefie boiska. Tyle że pod bramką Arki Gdynia nie wynikało z tego absolutnie nic. W pierwszej połowie, poza dwoma uderzeniami z dystansu - Bartosza Kapustki i Kacpra Urbańskiego - Legia nie stworzyła żadnego realnego zagrożenia. Zero chaosu w polu karnym, zero sytuacji, w których obrońcy Arki musieliby ratować się rozpaczliwą interwencją.
Dopiero po przerwie coś drgnęło. Dwie bramki Colaka, sytuacje Wahana Biczachczjana czy strzał Jakuba Żewłakowa sprawiły, że mecz wreszcie zaczął przypominać spotkanie piłkarskie, a nie trening rozgrywania piłki w poprzek boiska. Tyle że to wciąż było za mało, by mówić o realnej dominacji.
Problem w tym, że przewaga Legii kończy się na statystykach. Kontrola środka pola i ograniczanie rywala to dziś tylko ładnie wyglądające cyferki, a nie skuteczne granie. Arka miała jedną okazję - strzeliła gola. Potem dwie kolejne, z czego jedna znów zakończyła się bramką. Brutalna efektywność kontra warszawska jałowość.
W obecnej Legii sama przewaga nie znaczy absolutnie nic. Brakuje kreatywności w środku, brakuje jakości na wahadłach, brakuje odwagi, by częściej i szybciej posyłać piłkę w pole karne. Z Koroną sytuacji było więcej - padła jedna bramka. Z Arką sytuacji było mniej - padły dwie. I weź tu bądź mądry.
Jedno jest pewne: jeśli „kontrola meczu” ma dalej wyglądać w ten sposób, to Legia może kontrolować, ile chce - punkty i tak będą uciekać szybciej niż piłka krążąca między stoperami.
4. Bramkarz liniowy
W piłkarskim slangu funkcjonuje wiele określeń bramkarzy. Mówimy o golkiperach dobrze broniących na linii, świetnych na przedpolu, „przyspawanych do linii” czy o typie Neuera - bramkarzu będącym pierwszym obrońcą zespołu. Ja natomiast spróbuję wprowadzić nową definicję, nieco nawiązującą do tego „przyspawanego” gościa. Będzie to bramkarz liniowy.Bramkarz liniowy to ktoś taki jak Kacper Tobiasz - stojący na linii bramkowej tak, jakby za jego plecami stała niewidzialna postać, poruszająca linkami, które nie pozwalają mu wyjść nawet metr dalej. I dokładnie tak dziś gra Tobiasz. Wiem, że to chłopak z Żylety, wiem też, że w pierwszym sezonie po powrocie z wypożyczenia do Stomilu Olsztyn dał Legii naprawdę sporo. Tyle że obecnie jego krytyka jest w pełni uzasadniona. W tym sezonie to już tylko cień tamtego zawodnika - i niestety ktoś, kto nie daje drużynie absolutnie nic.

Spójrzmy na pierwszą straconą bramkę. Oczywiście, błędy popełnili Piątkowski i Rajović, którzy nie potrafili wyskoczyć do główki. Ale to, co zrobił Tobiasz, przestaje być nawet zabawne - staje się po prostu przerażające. Jak to możliwe, że bramkarz przyjmuje uderzenie głową z około trzech metrów, stojąc naprzeciw rywala? Dlaczego nie wychodzi do dośrodkowania, nie próbuje przeciąć piłki, nie skraca pola gry?
Odpowiedź jest prosta: bo Kacper Tobiasz to bramkarz liniowy. Dla niego każda inna część pola karnego niż linia bramkowa jest jak dziecięca zabawa w „podłoga to lawa”. Boi się wyjścia ze swojej strefy komfortu, a przez to przegrywa nam mecze. I nie jest to teza na wyrost - w tych porażkach jego udział jest naprawdę duży.
W meczu z Arką odnotowałem jedno wyjście z bramki przy dośrodkowaniu. Jedno. Dla porównania, po drugiej stronie Damian Węglarz częściej wychodził do piłek w powietrzu (pomijając dwa gole w końcówce), aż momentami można było się zastanawiać, czy Tobiasz nie zapomniał, że pole karne to także jego terytorium.
Zresztą problemów jest więcej. Kacper nie ma dobrego wybicia piłki - najczęściej jest to wysoka świeca, a nie precyzyjne dogranie. Gra nogami wygląda coraz gorzej, bo częściej podaje do rywala niż do kolegi z drużyny. Być może to wada wzroku, a może problem z rozróżnianiem kolorów koszulek. Przy interwencjach też nie pomaga: przy drugim golu spokojnie mógł wyjść krok czy dwa i skrócić kąt, ale znów - niewidzialna osoba trzymała go na linach.
I tu pojawia się największy problem Legii. Skoro Kacper Tobiasz wygrał rywalizację z innymi bramkarzami, to jak słabi muszą być pozostali? Włącznie z nowym zawodnikiem, Otto Hindrichem. Od tego wszystkiego naprawdę może rozboleć głowa.
5. Dobre zmiany
Na koniec pochwała. Z dobrej strony pokazali się zawodnicy wchodzący z ławki rezerwowych. Mam tu na myśli debiutującego Samuela Kovačika, Jakuba Żewłakowa, Antonio Colaka oraz Wojtka Urbańskiego.Młodzi zawodnicy zagrali bez kompleksów, co rusz ożywiając ofensywę Legii i prezentując się znacznie lepiej niż starsi, bardziej doświadczeni gracze. Co śmieszne, a jednocześnie nieco przerażające - od momentu, gdy na boisku pojawił się debiutujący w pierwszym zespole Kovačik, wszyscy zaczęli grać właśnie do niego, jakby licząc, że to on zrobi coś z niczego. Strach w oczach starszyzny był wręcz namacalny - zamiast brać odpowiedzialność, przerzucali ją na barki młodego chłopaka.
To najlepiej pokazuje, w jakim stanie znajduje się dziś Legia, a przede wszystkim zawodnicy, którzy mieli ciągnąć ten zespół do góry. Tymczasem okazuje się, że to młodzi grają lepiej, z większą energią i odwagą. To im bardziej zależy, to im koszulka Legii nie ciąży - wręcz przeciwnie, dodaje skrzydeł. I właśnie dlatego „Wahany”, „Kapustyniaki” i inni powinni uczyć się ambicji, zaangażowania i woli walki od tych „dzieciaków”, bo obecnie nawet 5% tych cech u siebie nie pokazują.
Słowa uznania należą się również Antonio Colakowi, który dwukrotnie idealnie zachował się w polu karnym, zdobywając dwie bramki. Pokazał, że już teraz lepiej gra głową niż Rajović, który przecież miał być takim właśnie typem napastnika. Jestem bardzo ciekaw, czy w kolejnym meczu Colak wyjdzie w pierwszym składzie - bo bramkami na to zasłużył, podobnie jak młodzi swoją grą.
Kamil Dumała

