Remis 1-1 z GKS-em Katowice był dla "Wojskowych" 12. spotkaniem z rzędu bez zwycięstwa w Ekstraklasie, co jest najgorszą serią w 110-letniej historii klubu. Choć legioniści w pierwszej połowie zagrali nieźle, wyszli na prowadzenie po raz pierwszy od 28 września, to znów nie udało im się utrzymać koncentracji do końca. W drugiej części nie mieli już żadnych argumentów, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Zapraszamy na oceny, jakie przyznaliśmy zawodnikom stołecznego zespołu za ten mecz.
Patryk Kun - Wobec licznych kontuzji na pozycji wahadłowych, Kun wskoczył do wyjściowego składu na lewą flankę dopiero po raz 7. w tym sezonie. Porównując jego występ do wcześniejszych poczynań jego konkurentów na tej pozycji, a w szczególności dyspozycji Arkadiusza Recy od początku rundy rewanżowej, trzeba stwierdzić, że 30-latek niespodziewanie wypadł całkiem nieźle. Był waleczny, wybiegany i nie widać było u niego skutków braku regularnej gry. Widać było, że po prostu chce wykorzystać swoją szansę. Szczególnie w pierwszej połowie pracował dużo w ofensywie. Ochoczo wybiegał do przodu i pokazywał się do podań. W 13. minucie mógł zdobyć gola - pokazał się na lewej stronie pola karnego i próbował zamknąć dośrodkowanie "szczupakiem", ale dobrą interwencją popisał się bramkarz gospodarzy. Kun nie mógł zrobić w tej sytuacji wiele więcej. Trochę ponad 10 minut później Kun ponownie wszedł w pole karne, przytrzymał piłkę, popatrzył i świetnym dośrodkowaniem obsłużył Wahana Biczachczjana, notując 2 asystę w tym sezonie. W defensywie też nie można mu zbyt wiele zarzucić. Dobrze utrzymywał pozycję i asekurował w obronie. Nie był na przegranej pozycji zarówno w pojedynkach fizycznych, jak i szybkościowych z rywalami. Dodatkowo zanotował 6 odbiorów, które pozwalały drużynie na wyjście z kontrami. To był naprawdę udany występ Kuna i wydaje się, że nawet przy powrocie Recy do zdrowia, powinien otrzymać jeszcze swoją szansę.
Wahan Biczachczjan - Ormianin wszedł w ten mecz z dużą aktywnością. Kreował i próbował napędzać ataki na prawej stronie, często stosując indywidualne rozwiązania, ale szukając także porozumienia z partnerami, szczególnie Ermalem Krasniqim. W dryblingach i pojedynkach 1 na 1 radził sobie z przeciwnikami, potrafił uzyskać przewagę w ostatniej tercji. Był także jednym z najaktywniejszych zawodników w wysokim pressingu, w zasadzie wiele ataków na rozgrywającego piłkę przeciwnika rozpoczynało się od niego. W 26. minucie świetnie wyszedł na wolną pozycję, zaatakował dośrodkowaną piłkę na środku pola karnego i, choć był jednym z najniższych legionistów w wyjściowym składzie, pewnym i mocnym strzałem głową dał Legii prowadzenie, zdobywając swojego 5 gola w tym sezonie. Po tej akcji z minuty na minutę coraz bardziej gasł i tracił skuteczność w swoich atakach. Notował coraz więcej strat, a jego poczynania bardziej irytowały niż przynosiły jakiekolwiek korzyści. Sporo do życzenia pozostawiały także stałe fragmenty gry wykonywane przez Ormianina. Został zmieniony w 77. minucie.
Damian Szymański - To był bardzo aktywny występ pomocnika. Poza ponad 100 kontaktami z piłką pokazuje to również jego heatmapa, na której praktycznie całe boisko zaznaczone jest w jego aktywności. Zdecydowanie było to widać także w trakcie meczu. Szymański angażował się przede wszystkim w działania defensywne - często stanowił kolejnego, dodatkowego obrońcę - ale także był zaangażowany w budowanie ataków środkiem pola, a również poczynania ofensywne. W tym meczu w zasadzie to on był głównym rozgrywającym i budującym ataki stołecznego zespołu. Podobnie jak w meczu z Arką Gdynia, próbował przyspieszać ataki zespołu górnymi podaniami za linię obrony, choć w tym spotkaniu wychodziło mu to ze znacznie słabszą skutecznością. Górne piłki dogrywał również z rzutów rożnych - to on był głównym wykonawcą stałych fragmentów gry, choć jego centry również nie sprawiały większego zagrożenia, poza okazją Steve'a Kapuadiego z 57. minuty. Zdecydowanie bardziej skuteczny był we wspomnianych wcześniej działaniach defensywnych. Szymański niweczył wiele ataków gospodarzy środkiem pola, notując łącznie 8 odbiorów i przechwytów, a także wygrywając ponad 80% pojedynków z przeciwnikami. Gdyby nie błąd przy straconym golu i minimalne złamanie linii spalonego przez Szymańskiego, można byłoby uznać jego występ za pozytywny.
Kamil Piątkowski - Ze wszystkich trzech defensorów Piątkowski jako jedyny prezentował w tym meczu równy, dość pewny poziom. W obronie grał na odpowiedniej koncentracji i nie popełniał błędów. Dobrze trzymał się pozycji, potrafił odczytywać zamiary przeciwników i niweczyć ich ataki. Pełnił ważną rolę przy obronie stałych fragmentów gry, widać było, że odrobił lekcję z ostatnich meczów i poprawił swoje reakcje przy dośrodkowaniach rywali ze stojącej piłki. Zdecydowanie najlepiej reagował w tym elemencie, notując 6 skutecznych wybić piłki z własnego pola karnego. Warto pochwalić go za walkę i ofiarność m.in. z podwójnej interwencji w 19. minucie, kiedy ostatecznie zablokował mocny strzał w światło bramki barkiem. Trochę mniej niż zawsze angażował się w rozegranie piłki, choć szczególnie w pierwszej połowie decydował się na odważne wypady do ofensywy i wspomaganie drużyny w budowaniu ataków. Miał spory wkład w to, że katowiczanie w zasadzie rzadko zagrażali w tym meczu bramce Legii.
Steve Kapuadi - Dla reprezentanta Demokratycznej Republiki Konga był to pierwszy występ od początku grudnia. Kapuadi wrócił do gry po urazie i nieoczywistej sytuacji transferowej. Defensor był w tym meczu jednak tylko ciałem, bo duchem był chyba jeszcze we Włoszech. Od początku meczu brakowało mu koncentracji w każdym elemencie - przez defensywę, po rozegranie. Notorycznie popełniał głupie błędy, czy to w ustawieniu, czy podając piłkę wprost pod nogi rywala, co musiał naprawiać głupimi faulami. Grał po prostu od niechcenia, z przymusu, bez żadnej radości, chęci dążenia do zwycięstwa. Niejeden dzieciak z osiedlowego podwórka popełniałby takie same błędy jak Kapuadi w tym meczu, jednak dałby z siebie choć trochę więcej zaangażowania i chęci. Najlepiej jego występ obrazuje akcja z 32. minuty, kiedy całkowicie przysnął, źle ocenił tor lotu piłki i pozwolił do niej dojść w polu karnym Ilji Szkurinowi, co wprowadziło mnóstwo zagrożenia, a legioniści tylko cudem uratowali się przed stratą bramki. Jeśli ktoś liczył, że powrót Kapuadiego do gry spowoduje ustabilizowanie defensywy Legii, to ten pierwszy występ pokazał, że może to mieć całkowicie odwrotne efekty. Obrońca zszedł z boiska w 90. minucie.
Radovan Pankov - Serb był w tym meczu nieco bardziej uważny niż Steve Kapuadi, ale tylko nieco. W wielu sytuacjach również reagował z opóźnieniem, miał problemy z utrzymaniem pozycji i koncentracji. Najlepiej obrazuje to sytuacja z 76. minuty, gdy serbski defensor całkowicie spóźniony, w stykowej sytuacji, wjechał na wślizgu w nogi Bartosza Nowaka i tylko ugięcie nogi w ostatnim momencie uratowało go przed przedwczesnym zakończeniem meczu i osłabieniem zespołu na ostatni kwadrans. Żółtą kartką zdobytą w tej sytuacji Pankov zresztą wykluczył się z następnego meczu. Miał wyraźne problemy w elemencie rozegrania. Gubił się pod wysokim naciskiem gospodarzy, nie potrafił skutecznie wyjść z pod pressingu, co powodowało liczne błędy i zagrania wprost do nóg przeciwników i niweczyło budowanie akcji własnego zespołu. Pankov w tym meczu nie był sobą i może ten odpoczynek pozwoli mu bardziej skoncentrować się w następnym występie.
Kacper Tobiasz - To już kolejny mecz, w którym bramkarz Legii ma ewidentne problemy z grą na przedpolu, ale także drugie spotkanie z rzędu, w którym golkiper popełnia taki sam błąd w tym elemencie. Błąd niezwykle kosztowny, bo powodujący stratę bramki i w konsekwencji ważnych punktów. Nie było widać żadnej pewności w Tobiaszu przy tym wyjściu. Oglądając powtórki, ewidentnie można ocenić, że pierwszą myślą golkipera nie było opuszczenie linii bramkowej i próba interwencji przy tej centrze. Chwilowe zawahanie spowodowało, że Tobiasz był już spóźniony, nie miał szans dojścia do interwencji przed strzelcem i wybicia piłki z pola karnego. Mimo to, wydaje się, że Tobiasz mógł lepiej zareagować, lepiej ustawić się i podjąć próbę obrony tego strzału. Tymczasem wyskoczył do góry ni to z próbą wybicia, ni obrony i dał sobie strzelić bramkę między szeroko rozłożonymi rękama. Naprawdę trudno zrozumieć tok myślowy golkipera przy tej sytuacji. Podobnie było w interwencji z 32. minuty. Bramkarz próbował naprawić błąd Steve'a Kapudiego, zatrzymać tuż przed linią bramkową Ilję Szkurina... obejmując napastnika w pas. Tobiasz w tej sytuacji naprawdę miał dużo szczęścia, nie tyle, że piłka nie wpadła do bramki, ale że sędziowie nie zdecydowali się odgwizdać rzutu karnego. U golkipera od początku rundy wiosennej widać brak pewności, a do tego te fatalne próby wyprowadzenia piłki przez dalekie podania, które i w tym meczu zdecydowanie zawodziły. W zasadzie z występu w Katowicach można pochwalić go jedynie za wytrzymanie presji i obronę w sytuacji sam na sam z 92. minuty, bo choć strzelec i tak był na pozycji spalonej, bramkarz uchronił Legię przed startą bramki w ostatnich minutach.
Ermal Krasniqi - Było to już widoczne w Gdyni, lecz w Katowicach Kosowianin udowodnił to na przestrzeni pełnych 90 minut - Krasniqi nie nadaje się do gry na pozycji wahadłowego. Chcąc nie chcąc, zawodnik grając na tej pozycji ma zadania defensywne, z których nominalny skrzydłowy nie potrafi się wywiązywać. Nie tyle co zapomina o nich, choć i tak się zdarzało, lecz po prostu nie potrafi bronić. Krasniqi miał problemy z szarżującym Borją Galanem, przegrywał z nim pojedynki nie tylko fizyczne, ale także szybkościowe i zostawiał zawodnikowi GKS-u zbyt wiele wolnych przestrzeni. To jego stroną płynęło największe zagrożenie w tym meczu. Poza brakiem ogrania w defensywie, Kosowianin nie ustrzegł się prostych błędów. Szczególnie mowa tu o zupełnie niepotrzebnym faulu przy własnym polu karnym w ostatnich sekundach doliczonego czasu pierwszej połowy. Krasniqi miał piłkę pod kontrolą, a jednak utracił ją i ratował się beznadziejnym faulem, co ostatecznie doprowadziło do straty bramki po dośrodkowaniu z rzutu wolnego. W ofensywę Kosowianin także nie miał zbyt dużego wkładu. Poza akcją z 13. minuty, w której dobrze znalazł na dalszym słupku niepilnowanego Patryka Kuna, nie udało mu się wykreować niczego specjalnego. Większość jego indywidualnych ataków kończyło się stratami, których zanotował aż 20 - najwięcej z całego zespołu. Krasniqi w tym meczu po prostu zdecydowanie bardziej szkodził niż pomagał swojemu zespołowi.
Bartosz Kapustka - To był najsłabszy występ pomocnika od początku rundy wiosennej. Był zdecydowanie mniej zaangażowany niż w poprzednich spotkaniach. Można było odnieść wrażenie, że unika gry i odpowiedzialności, szczególnie w drugiej połowie, gdy zespół zdecydowanie potrzebował lidera środka pola, zawodnika, który weźmie na siebie ciężar budowania ataków. Kapustka był po prostu skryty, oddawał pole do popisu innym, a gdy już otrzymywał piłkę, niezbyt wiedział, co z nią zrobić, co często kończyło się zbyt długim przetrzymywaniem jej przy nodze czy oddawaniem do tyłu i zwalnianiem ataków. Był w tym meczu zdecydowanie bardziej zaangażowany w defensywę, przez co często brakowało go jako opcji do rozegrania ataku. Kapustka tym występem nawiązał do wielu wcześniejszych występów z tego sezonu, w których można było mieć do niego pretensje o mniejsze zaangażowanie i prostolinijną, mało zaskakującą grę. Został zmieniony w 90. minucie.
Kacper Urbański - Czas ochronny dla tego zawodnika powoli się kończy. Początkowo można było domniemywać, że nie potrafi odpalić przez nieodpowiednią pozycję, na której był wystawiany, ale od początku rundy wiosennej gra na swojej optymalnej pozycji, a wciąż nie może pokazać pełni swoich umiejętności. Jest to ewidentnie kwestia zaangażowania. Ofensywny pomocnik jest po prostu bierny, mało angażujący się w budowanie akcji zespołu. Od dawna jest typem "człapaka", który jednak nawet jak dostaje piłkę, nie potrafi zrobić z nią większej różnicy. W meczu z GKS-em miał tylko o 7 więcej kontaktów z piłką od Antonio Čolaka. Pochwalić można go jedynie za powalczenie o piłkę i skuteczne zastawienie się w 26. minucie, które było jednym z kluczowych elementów przy zdobytej bramce przez legionistów. Nie pokazał jednak nic więcej - zarówno w kwestiach rozegrania, jak i zwykłej walki o piłkę. Trener Marek Papszun przyznał na pomeczowej konferencji prasowej, że oczekuje od Urbańskiego więcej, a przedwczesne zdjęcie go z boiska w trzecim meczu z rzędu tylko udowadnia, że nie jest on obecnie w dobrej formie. Tym razem opuścił murawę po godzinie gry.
Antonio Čolak - Po świetnym wejściu z ławki rezerwowych w Gdyni i zdobyciu dubletu, Čolak musiał otrzymać w tym meczu swoją szansę w wyjściowym składzie. Niestety, w ogóle jej nie wykorzystał. W zasadzie od pierwszych minut nie zaprezentował się lepiej niż Mileta Rajović. Nie był wcale bardziej zaangażowany ani w budowanie akcji, ani intensywny nacisk na rywali. Przez cały swój występ napastnik miał zaledwie 17 kontaktów z piłką i wykonał tylko 9 celnych podań. Wygrał także tylko 1 z 5 pojedynków z rywalami. Miał duże problemy ze znajdywaniem wolnych przestrzeni w okolicy bramki rywali, nie potrafił odnaleźć się w polu karnym GKS-u i dać opcji ofensywnej. Wyglądał słabo, grając tyłem do bramki, miał widoczne problemy z odnalezieniem się na boisku i opanowaniem piłki w takich sytuacjach. Przez godzinny występ tylko raz dopadł do sytuacji strzeleckiej i była to bardzo dobra okazja, którą niestety zmarnował. W 45. minucie przy lekkim zamieszaniu po wykonaniu rzutu rożnego niepilnowany Chorwat mógł uderzyć z dogodnej pozycji, z woleja, jednak nawet nie zmusił bramkarza do interwencji, przestrzeliwując wysoko ponad bramką. Čolak tym występem tylko potwierdził, że wcale nie jest dużo lepszą opcją w ataku i przybliżył Rafała Adamskiego do szybkiego debiutu.
Zmiennicy
Jakub Żewłakow - Wszedł na boisko w 77. minucie. Miał mało okazji, by zaangażować się w grę ofensywną zespołu, gdyż ta praktycznie nie istniała. Żewłakow starał się utrudniać rywalom rozegranie piłki i aktywnie ich naciskał, co na pewno zasługuje na zauważenie. Wszedł z zaangażowaniem i starał się chociaż przeszkadzać przeciwnikom.
Jan Leszczyński, Wojciech Urbański - Pojawili się na boisku w 90. minucie. Grali zbyt krótko, by ocenić ich występ. Młodemu obrońcy gratulujemy oficjalnego debiutu w barwach Legii.
Kacper Chodyna - Został wprowadzony na boisko w 60. minucie. W zasadzie nie wiadomo na jaką pozycję, bo raz pokazywał się wysoko w ofensywie, a raz nisko w defensywie. Ani tu, ani tu nie wniósł jednak praktycznie nic, poza licznymi błędami. Przy jedynie 14 kontaktach z piłką, stracił posiadanie 6 razy, a najbardziej wymowną była sytuacja z 82. minuty. Chodyna zabrał się z piłką na pole karne, ale rywale znając go, pozostawili mu mnóstwo przestrzeni. Legionista oczywiście nie potrafił jej wykorzystać, zwlekał, co zamiast zagrożeniem bramce GKS-u, skończyło się prostą stratą. Koncentracji nie potrafił utrzymać także w obronie. W 84. minucie czekał we własnym polu karnym, aż dośrodkowana piłka dotrze do niego, nie widząc przy tym wybiegającego Galana, przez co Hiszpan wyprzedził Chodynę i doszedł do bardzo groźnej sytuacji strzeleckiej. To mogła być ostatnia okazja dla Chodyny, by udowodnić, że może być jeszcze przydatny.
Mileta Rajović - Duński napastnik w końcu zaczął mecz na ławce rezerwowych, a pojawił się na murawie na ostatnie pół godziny. Nie wniósł do gry nic, a w zasadzie po jego wejściu gra ofensywna zespołu całkowicie padła. Rajović nie zrobił dobrze po prostu niczego. Ani nie przeszkadzał rywalom, ani nie walczył o piłkę. Nawet w pojedynkach z przeciwnikami, szczególnie tych o górne piłki, nie potrafił wywalczyć żadnej korzyści, wygrywając zaledwie 2 z 9 takich przebitek. Zrobił sobie jedynie półgodzinny interwał, choć i tak to za dużo powiedziane.

