1. Nareszcie
W końcu. Po 146 dniach Legia Warszawa wygrała mecz w Ekstraklasie! Czekanie trwało absurdalnie długo - ostatni raz trzy punkty wpadły we wrześniu po zwycięstwie z Pogonią Szczecin. Od tamtego momentu przyszła seria rozczarowań: porażki przeplatane remisami i poczucie, że każdy kolejny tydzień niczego nie zmienia.
Pod wodzą Marka Papszuna w dwóch poprzednich meczach przynajmniej udało się uniknąć porażki - dwa remisy dawały cień nadziei. Teraz wreszcie przyszło zwycięstwo. Choć uczciwie trzeba powiedzieć: w drugiej połowie wszystko znów zaczęło pachnieć remisem. Legia cofnęła się głęboko, jakby broniła jednobramkowej przewagi w doliczonym czasie gry, a nie miała przed sobą jeszcze 45 minut. Swoje zrobiły też zmiany - wprowadzenie głównie zawodników defensywnych było czytelnym sygnałem: „utrzymać, nie stracić”.
Na szczęście pojawił się błysk jakości. Akcja Recy i Chodyny pozwoliły odwrócić fatalny trend, który ciągnął się przez 12 ligowych spotkań. I choć zwycięzców się nie sądzi, warto zachować proporcje - mecz nie stał na wysokim poziomie. Wisła Płock momentami wyglądała lepiej w operowaniu piłką, a Legia po przerwie zbyt mocno oddała pole gry, za co zapłaciła stratą bramki.
Pierwsza połowa? Jak na realia tego sezonu - naprawdę solidna. Było kreowanie sytuacji, była w miarę uporządkowana defensywa (poza dwoma momentami dekoncentracji), był środek pola, w którym Urbański próbował regulować tempo. Intensywności nie można odmówić żadnej ze stron - ponad 240 kilometrów łącznie przebiegniętych przez oba zespoły mówi samo za siebie.
Najważniejsze jest jednak coś innego: przełamanie. Ta wygrana może nie poprawiła jakości gry w sposób rewolucyjny, ale mentalnie może znaczyć więcej niż niejeden „ładny” remis. Bo takie mecze - przepchnięte, wyszarpane, nawet kolanem - są drużynie w kryzysie potrzebne jak rybie woda.
Teraz pytanie brzmi nie „czy”, ale „czy na pewno”: czy to początek serii, czy tylko jednorazowy oddech w długiej, sezonowej zadyszce.
2. Krycie
Zacznijmy od minusów, bo w grze Legii Warszawa one były - i to takie, które wracają jak bumerang. Najbardziej niepokoi to, co od dłuższego czasu dzieje się w defensywie. Tym razem nie było Kacpra Tobiasza, więc przynajmniej zniknął obrazek bramkarza „przyspawanego” do linii. Problem jednak nie zniknął, tylko przeniósł się wyżej - na środek obrony.
Najwięcej zastrzeżeń można mieć do Kamila Piątkowskiego i Rafała Augustyniaka. To właśnie ich zachowania w dwóch sytuacjach najlepiej pokazują, gdzie leży problem.

Spójrzmy na 39. minutę. Po błędzie Kamila Piątkowskiego napastnik Wisły Płock dochodzi do groźnej sytuacji, z której ratuje Legię nowy bramkarz. Do momentu oddania strzału wszystko wygląda poprawnie - Piątkowski kontroluje rywala wzrokiem, stara się ustawić między nim a bramką, reaguje na jego ruch. I nagle, w kluczowym momencie, traci kontrolę nad sytuacją. Gubi krycie, nie doskakuje, nie atakuje piłki. Co więcej, nie podejmuje nawet próby wyskoku do główki - przepuszcza piłkę, jakby liczył, że problem rozwiąże się sam.

W drugiej połowie podobny obrazek. Tym razem Rafał Augustyniak całkowicie odpuszcza walkę w powietrzu. Nie wyskakuje do piłki, choć ma ku temu warunki. Można się zastanawiać, czy nie powinien też lepiej asekurować go ustawiony za Wiktorem Nowakiem Piątkowski. Brakuje zdecydowania, brakuje agresji w ataku na piłkę. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że w tej konkretnej sytuacji istnieje pewne usprawiedliwienie. W momencie przyjęcia piłki przez Recę nasi obrońcy byli już mentalnie ustawieni pod ewentualną kontrę - zaczęli zmieniać pozycje, otwierać się do wyjścia z akcją, myśleć o fazie przejściowej.
Problem w tym, że piłka wciąż była w grze w strefie zagrożenia. Zabrakło koncentracji na „tu i teraz”. Zabrakło tej jednej dodatkowej sekundy uwagi, która w defensywie często decyduje o wszystkim. Bo zanim pomyśli się o kontrze, trzeba najpierw wygrać pierwszy kontakt z piłką.
I to jest sedno problemu. W defensywie Legii zbyt często widać pasywność przy dośrodkowaniach. Zawodnicy nie atakują piłki w najwyższym punkcie, nie skracają dystansu, nie „czyszczą” pola karnego. Zamiast tego stoją i czekają, aż sytuacja sama się rozwiąże. Momentami wygląda to tak, jakby liczyli, że piłka po prostu w nich trafi i zagrożenie minie.
Na tym poziomie rozgrywkowym takie zachowanie to proszenie się o kłopoty. Krycie to nie tylko obserwacja rywala - to decyzja podjęta ułamek sekundy wcześniej. A tej decyzji w tych fragmentach zwyczajnie zabrakło.
3. Proste straty
Drugi minus to coś, o czym pisałem już tydzień temu - niepotrzebne dryblingi i straty w najprostszych sytuacjach. Krasniqi znów próbował brać grę na siebie tam, gdzie rozsądek podpowiadał jedno podanie i wyjście na pozycję. Dokładnie tak, jak przy bramce - szybka decyzja, ruch bez piłki, konkret. Tymczasem w kilku innych akcjach wahadłowy Legii Warszawa wybierał wariant siłowy: wchodził w drybling bez przewagi i w banalny sposób tracił piłkę.
I to nie był jednostkowy przypadek. W drugiej połowie takich strat było więcej. Piłkę w prostych sytuacjach oddawali również Rajović, Szymański, Arreriol czy Arkadiusz Reca. Zamiast uspokoić grę i dać zespołowi chwilę oddechu, fundowali rywalom darmowe przejścia do ataku.

Szczególnie wymowna była jedna z sytuacji z udziałem lewego wahadłowego. Próba zejścia z piłką bliżej własnej bramki przy dwóch naciskających rywalach? To decyzja, która z góry pachnie kłopotami. Zawodnik widzi, że nie ma przestrzeni, że nie dostanie sekundy komfortu, a mimo to podejmuje ryzyko. Na tym poziomie to nie jest kwestia techniki, tylko oceny sytuacji.
Jeśli ten zespół chce realnie myśleć o spokojnym utrzymaniu i uniknięciu nerwowej końcówki sezonu, takie błędy muszą zniknąć. Tym bardziej że rywale doskonale wiedzą, gdzie uderzyć. Obrona Legii od miesięcy przypomina skład materiałów łatwopalnych - wystarczy mała iskra, by zrobiło się gorąco. A proste straty w środku pola czy w defensywie to właśnie te iskry, których trzeba unikać za wszelką cenę.
4. Mobilność
W meczu z Wisłą Płock swoją szansę na debiut otrzymał nowy napastnik Legii Warszawa - Rafał Adamski. I trzeba przyznać: był to debiut co najmniej przyzwoity. A nawet taki, który daje realne argumenty, by w kolejnym spotkaniu to Mileta Rajović rozpoczął mecz na ławce rezerwowych.
Adamski pokazał się z dobrej strony. Był aktywny, często pod grą, wygrał pięć z siedmiu pojedynków, dwa razy odebrał piłkę, choć zanotował też dziewięć strat. Statystyki nie są idealne, ale liczby nie oddają wszystkiego. Były zawodnik Zagłębia Lubin i Pogoni Grodzisk Mazowiecki robił jedną bardzo ważną rzecz - szukał wolnych przestrzeni za plecami obrońców i pozostawał przy tym niezwykle mobilny. Nie stał między stoperami, nie czekał. Pracował.

Oczywiście można by rozłożyć na czynniki pierwszą bramkę zdobytą przez Adamskiego - wyciśniętą z trudnej sytuacji, strzeloną po maksymalnym wykorzystaniu pół okazji. Właśnie tam najlepiej było widać jego atuty: ruch bez piłki, czucie przestrzeni, instynkt. To, co już wcześniej można było zaobserwować w Grodzisku Mazowieckim, że piłka „go szuka” w polu karnym. Tyle że to nie przypadek. Ona go znajduje, bo on wykonuje właściwy ruch w odpowiednim momencie.
Bardzo wymowna była też sytuacja z 22. minuty. Podanie Damiana Szymańskiego wyglądało na stracone - wydawało się, że piłka spokojnie wyjdzie na aut bramkowy. Adamski jednak nie odpuścił. Pobiegł do końca, odzyskał futbolówkę i choć chwilę później po jego niedokładnym zagraniu ta wyszła poza boisko, Legia szybko ją przejęła i w konsekwencji zdobyła pierwszego gola. To są detale, które budują przewagę.
Adamski daje dziś ofensywie więcej wariantów niż Rajović. Nie jest tak statyczny jak Duńczyk, częściej wychodzi do podań, lepiej pracuje ciałem, potrafi zablokować piłkę i kupić drużynie kilka sekund oddechu. Widać w nim głód gry i dynamikę, których ostatnio brakowało na „dziewiątce”.
Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, w Białymstoku to właśnie on powinien wyjść w pierwszym składzie. Bo na tę chwilę daje Legii coś, czego potrzebuje najbardziej - ruch i nieprzewidywalność.
5. Debiut Otto
W pierwszym składzie zadebiutował także Otto Hindrich i trzeba przyznać, że jego wejście było równie obiecujące, co debiut Rafała Adamskiego. Nowy bramkarz Legii Warszawa kilkakrotnie uratował zespół, zwłaszcza w drugiej połowie, kiedy Wisła Płock stwarzała najwięcej zagrożenia. Imponowało, że wiedział, jak interweniować na linii bramkowej, a co najważniejsze - odważył się raz wyjść przy dośrodkowaniu w pole karne! Tak, to niemal cud w Legii, bo do tej pory bramkarze zachowywali się, jakby byli przyspawani do linii - czekali, aż piłka minie ich bezpiecznie.
Oczywiście zdarzyła mu się jedna niepewna interwencja: próbował złapać piłkę, ale ostatecznie ją odpuścił i wyszła na aut bramkowy. Mimo tego błędu wrażenie jest pozytywne. Jeśli utrzyma formę, defensywa z jego udziałem może wreszcie wyglądać pewniej. Trzeba jednak pamiętać, że to dopiero pierwszy mecz Hindricha - ocena w pełni przyjdzie z czasem, ale na ten moment debiut jest zdecydowanie obiecujący.
Kamil Dumała

