W związku z fatalną postawą grajków trudno się dziwić, że rośnie odsetek kibiców, którzy snują czarne scenariusze odnośnie końcowego miejsca naszego klubu po sezonie 2025/2026. Na szczęście cały czas istnieją jeszcze tacy, którzy w powodzenie i wizję naprawy drużyny przez trenera Marka Papszuna wierzą. Tych w późny, sobotni wieczór zgromadziło się przy Łazienkowskiej niespełna 18500 i – jak się potem okazało – mieli oni doświadczyć miłej odmiany po końcowym gwizdku, czyli wygranej Legii!
Wspomnianą frekwencję należy uznać za wynik dobry, tym bardziej że – abstrahując już od kiepskich rezultatów sportowych – pogoda zdecydowanie nie zachęcała do pokwapienia się na stadion. Nad Warszawę nadciągnął zwiastujący odwilż front, który przyniósł opady – najpierw dość intensywnego śniegu, a potem deszczu, co w efekcie doprowadziło do tego, że chodniki w okolicach stadionu (nie wyłączając obszaru Legia Parku) zamieniły się w ślizgawkę.
Ci jednak, którym udało się przebyć tę trudną drogę i którzy ostatecznie dotarli na nasz obiekt, dawali z siebie wszystko, by wreszcie odczarować „klątwę” niemocy, jaką rzucono na nasz ukochany klub.
Tego wieczora naszym dopingiem dyrygował Kamil, który jeszcze przed początkiem spotkania zachęcał nas do wzmożonej pracy wokalnej. Przećwiczyliśmy zatem „Deszcze niespokojne”, a także kilka mało eleganckich przyśpiewek na temat Płocczan i ich zgodowiczów z Olsztyna. Tradycyjnie odśpiewaliśmy „Sen o Warszawie”, a następnie, gdy na murawę wyszli nasi zawodnicy, zaintonowaliśmy z nieskrywanym rozrzewnieniem „Mistrzem Polski jest Legia”. Co więcej, w trakcie samego meczu kilkukrotnie huknęliśmy gromkim „Legia i Olimpia, Olimpia i Legia!”, jako że na „Żylecie” gościliśmy liczną grupę naszych przyjaciół z Elbląga. Naturalnie nie zapomnieliśmy także pozdrowić naszych pozostałych zgód.
Od pierwszego gwizdka sędziego Przybyła wzięliśmy się ostro do roboty. Na całej trybunie machaliśmy dużymi flagami na kijach, a jednocześnie przez kilka dobrych minut uskutecznialiśmy „hit z Wiednia”. Chcieliśmy, aby nasze grajki poczuły pełne zaangażowanie z naszej strony i wreszcie się przełamały. Niefortunnie początkowo na boisku nie działo się przesadnie dużo, a gra Legii przypominała tę z poprzednich spotkań, co wielu z nas wprawiało w mało entuzjastyczny nastrój. Co jakiś czas próbowaliśmy dawać mu ujście, m.in. wymieniając „uprzejmości” z fanami „Petry”.

A skoro już o „Nafciarzach” mowa, to przyjechali oni do stolicy autokarami w 671 głów (wspierani przez 28-osobową delegację Stomilu Olsztyn i 25 przedstawicieli Hutnika Kraków), co przy Łazienkowskiej stanowi jeden z ich najlepszych wyników w ciągu ostatnich kilku lat. Warto jednak dodać, że fani Wisły w przeszłości potrafili się zmobilizować nawet w ponad 1200 osób. Cała grupa zajęła miejsca w górnej części sektora gości, gdzie wywiesiła osiem flag (w tym dwa płótna poświęcone zmarłym kibicom oraz pojedynczą fanę „Dumy Nowej Huty”) i starała się prowadzić zorganizowany doping dla swojej drużyny, przeplatany „wstawkami” o naszym klubie. Ten jednak sporadycznie przedzierał się przez śpiewy „Żylety” i był ledwo słyszalny.
Warto dodać, że co jakiś czas wyrażaliśmy nasze niezadowolenie względem włodarzy Legii, a zwłaszcza tego, że doprowadzili nasz klub do sportowej ruiny, i podkreślaliśmy, że „Legia to my”.

Gdy pomału rozkręcaliśmy się z przyśpiewką „Nasza Legio, będziemy zawsze z Tobą!”, „Wojskowym” udało się wyjść na prowadzenie. Strzelcem bramki okazał się debiutant – Rafał Adamski, który wykorzystał kiks golkipera z Płocka. Radość, jaka nam się udzieliła z tego trafienia, była ogromna. Już dawno nie pragnęliśmy niczego innego, jak poczuć smak objęcia prowadzenia przez nasz zespół na własnym stadionie. Przenikliwa odpowiedź na pytanie spikera „Ile goli ma Legia?!” niosła się echem daleko poza Łazienkowską.
Ten zastrzyk adrenaliny zmobilizował nas do dawania z siebie już nie stu, a dwustu procent naszych możliwości. Każdy marzył o tym, aby Legia odniosła wreszcie swój mały-wielki sukces. Zaangażowanie w śpiewy sięgało zenitu. Końcówka pierwszej połowy meczu to ponaddziesięciominutowe wykonywanie „Gdybym jeszcze raz miał urodzić się...”, wzbogacane momentami przez przysiadanie, a także ponowne machanie legijnymi flagami. Ponadto napędzaliśmy naszych grajków, aby jechali z wiadomo kim. Tu jednocześnie trzeba pochwalić naszego drugiego debiutanta, jako że Hindrich kilkukrotnie wyratował nas z opresji we własnym polu karnym. Na sam koniec tej części pojedynku krzyknęliśmy jeszcze wymownie w kierunku piłkarzy „Tylko zwycięstwo, hej Legio, tylko zwycięstwo!”.
Drugie 45 minut rywalizacji rozpoczęliśmy tradycyjnie od hymnu naszego klubu. Równocześnie na trybunach dało się słyszeć jęk zawodu, a nawet niezadowolenia, czy wręcz wściekłości, że w miejsce młodziutkiego Jana Leszczyńskiego trener Papszun wprowadził Steve’a Kapuadiego, który zresztą lada moment najpewniej „zdezerteruje” do łódzkiego Widzewa.
W tej części meczu „przerobiliśmy” wiele utworów z naszego legijnego repertuaru, m.in. „Za kibicowski trud”, „Hej Legia goooool!”, czy „Czarną eLkę”. Bardzo dobrze wyszło nam intonowanie zwrotne „Warszawy” na dwie części stadionu. Budujące było to, że zawodnicy Legii próbowali, walczyli i atakowali. Gorzej, że te próby dość szybko ustały i niestety wróciło stare – nieporadność, trudny do wytłumaczenia strach, nieprecyzyjne podania i głupie straty piłek.
Właśnie dlatego – w momencie ponownego uskuteczniania „hitu z Wiednia” – po błędzie legijnej defensywy padła bramka wyrównująca dla Płocczan. Poczuliśmy się tak, jak gdybyśmy dostali obuchem w łeb. Jako że do końca spotkania pozostawało niespełna dwadzieścia minut, nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko włożyć całą naszą energię w wykonywanie utworu „Nie poddawaj się!”, który „wałkowaliśmy” naprawdę długo. Trwało to do chwili, w której nasze czerwono-biało-zielone serca znów zaczęły szybciej bić. Najpierw ze zdumienia, jako że szkoleniowiec legionistów wpuścił na boisko karykaturę piłkarza, czyli Kacpra Chodynę. Łapaliśmy się za głowy, sądząc, że to już absolutny koniec i że o wygranej możemy już zapomnieć. Jak się jednak okazało, trener miał nosa. Ten wyszydzany przez nas od wielu meczów pomocnik stał się czarnym koniem końcówki potyczki z Wisłą. To właśnie bowiem za jego sprawą Legia ponownie objęła prowadzenie. Nie wierzyliśmy własnym oczom w to, co się właśnie wydarzyło. Emocje tak nam się udzieliły, że w try miga się rozebraliśmy i resztę pojedynku dopingowaliśmy bez koszulek. Dźwięk „Gdybym jeszcze raz...” wydobywający się z tysięcy głodnych wygranej gardeł miał w sobie istną petardę. Wiedzieliśmy, że tego wieczora nikt nam już nie zdoła wyrwać wiktorii z garści i że w trzynastym kolejnym, acz szczęśliwym, bo przełamującym zwycięską niemoc, meczu wreszcie usłyszymy od spikera „Kto dziś wygrał?!”.

Po końcowym gwizdku wrzawa przy Łazienkowskiej zdawała się nie mieć końca. Zaintonowaliśmy w kierunku piłkarzy donośnie „Walczyć, trenować...” oraz „Legia walcząca do końca!”. Ci podziękowali nam delikatnymi brawami, po czym udali się do szatni.
Porażka Wisły ewidentnie nie przypadła do gustu „Nafciarzom”, którzy próbując leczyć swoje kompleksy, kierowali w naszą stronę obelżywe okrzyki. Nie zwracaliśmy jednak uwagi na ich marnej jakości zaczepki.
Po niespełna pięciu (!) miesiącach posuchy wreszcie doczekaliśmy się ligowej wygranej „Wojskowych” i mogliśmy chociaż przez chwilę zdobyć się na uśmiech, jako że Legia uciekła ze strefy spadkowej, choć w naszym przypadku brzmi to co najmniej jak nieśmieszny żart. Jak się potem okazało, ten radosny moment trwał zaledwie kilkanaście godzin, gdyż w niedzielę Arka Gdynia pokonała u siebie katowicki GKS, czym ponownie zepchnęła nasz klub w otchłań strefy spadkowej. Najważniejsze jednak, że w naszym zespole wreszcie coś drgnęło i pozostaje wierzyć, że to niewielkie światełko w tunelu nie zgaśnie. Chyba każdy ma świadomość tego, że łatwe mecze już się skończyły i że wywalczenie każdego kolejnego jest na wagę złota.
Szansa na zdobycie kolejnych „oczek” już za kilka dni. Przed nami bowiem wyjazd na bardzo trudny teren. Już w najbliższą niedzielę udamy się na Podlasie, gdzie o 14:45 legioniści zmierzą się z aktualnym liderem – Jagiellonią Białystok.
P.S. Na „Żylecie” wywiesiliśmy następujące transparenty: „Remek, trzymaj się!” i „Daro, wracaj do zdrowia!”.
Frekwencja: 18 378
Kibiców gości: 671
Flagi gości: 6
Autor: Hugollek
Legia Warszawa 2-1 Wisła Płock - Mishka / 67 zdjęć
Legia Warszawa 2-1 Wisła Płock - Piotr Galas / 75 zdjęć
Legia Warszawa 2-1 Wisła Płock - Maciek Gronau / 102 zdjęcia
Legia Warszawa 2-1 Wisła Płock - Kamil Marciniak / 46 zdjęć
Legia Warszawa 2-1 Wisła Płock - Michał Wyszyński / 54 zdjęcia

