Wyjazdowa niemoc; rzuty rożne rozstrzygnęły; nie dostosowali się do Adamskiego; znów ta skuteczność; miesiąc prawdy - to najważniejsze punkty po piątkowym remisie Legii Warszawa 1-1 z Radomiakiem Radom.
1. Wyjazdowa niemoc
Gra Legii Legii na wyjazdach nie wygląda najlepiej. Niemoc trwa już od dawna, w meczach wyjazdowych w Ekstraklasie na 13 spotkań udało się wygrać tylko raz - z Koroną Kielce na początku sezonu. Poza tym Legia głównie remisuje (7 meczów) albo przegrywa (5 spotkań). Równie słabo wygląda bilans bramkowy. Legia zdobyła na wyjazdach 14 bramek, a straciła aż 20.
Niestety spotkanie z Radomiakiem nie poprawiło tych statystyk - Legia ponownie uciułała tylko jeden punkt. Niby daje on jeszcze szansę na wydostanie się ze strefy spadkowej, ale tak naprawdę niewiele zmienia w i tak bardzo trudnej sytuacji zespołu.
Jeśli ta niemoc się utrzyma, naprawdę ciężko będzie spokojnie utrzymać się w lidze. Tym bardziej że kolejne mecze wyjazdowe Legia rozegra z Pogonią Szczecin, Lechem Poznań, Bruk-Betem Termaliką Nieciecza oraz Lechią Gdańsk.
Lechia i Pogoń są w tej chwili tylko dwa punkty nad Legią, Lech walczy o mistrzostwo, a starcie z Termaliką może okazać się bezpośrednim bojem o utrzymanie. Patrząc na same statystyki wyjazdowe, trudno o optymizm - są one po prostu bezlitosne.
2. Rzuty rożne rozstrzygnęły
Legia ponownie straciła bramkę po stałym fragmencie gry. W ostatnich sezonach staje się to już wręcz smutną tradycją - praktycznie w każdym meczu pojawia się podobny problem. Zmiany trenerów, jak widać, niewiele w tej kwestii zmieniają. Warto jednak zaznaczyć, że Legia również potrafiła zagrozić po rzucie rożnym, a ostatecznie zdobyła po nim bramkę. Co więcej, warszawianie byli w takich sytuacjach naprawdę groźni pod bramką Majchrowicza.

Jeżeli dokładnie przeanalizujemy bramkę dla Radomiaka, to głównym winowajcą wydaje się młody Wojciech Urbański, który zgubił krycie Mauridesa. Dodatkowo pojedynek główkowy z napastnikiem z Radomia przegrał Rafał Augustyniak. Mam też wrażenie, że Otto Hindrich mógł wyjść do tego dośrodkowania, zwłaszcza że w kolejnych minutach spotkania robił to już znacznie odważniej.
Szkoda tej sytuacji, bo jeszcze przed tym rzutem rożnym Legia otrzymała wyraźne ostrzeżenie. Po rożnym wykonywanym z drugiej strony boiska blisko zdobycia bramki był Luquinhas, a jego uderzenie zdołał zablokować Adamski.

Z kolei przy rzucie rożnym dla Legii warto pochwalić nie tylko wykonawcę za dobre dośrodkowanie, ale również Kamila Piątkowskiego, który skupił na sobie uwagę dwóch zawodników Radomiaka. Ważną rolę odegrał też Radovan Pankov, który wygrał pojedynek główkowy ze strzelcem gola dla Radomiaka. Widać, że ten wariant rozegrania stałego fragmentu gry jest ćwiczony na treningach, bo w pierwszej połowie doszło niemal do identycznej sytuacji - wtedy jednak Radovan Pankov uderzył głową ponad bramką Majchrowicza.
3. Nie dostosowali się do Rafała
Najjaśniejszą postacią Legii Warszawa w meczu z Radomiakiem Radom był najnowszy nabytek legionistów, Rafał Adamski. To właśnie on jednym ruchem potrafił przyspieszyć akcję Legii i wprowadzić do niej dynamikę, której w wielu momentach brakowało całemu zespołowi. Był niezwykle skuteczny w dryblingach - na siedem prób tylko dwie zakończyły się niepowodzeniem.
Adamski oddał cztery strzały na bramkę Majchrowicza - trzy z nich były celne, a jeden został zablokowany. W starciu z Radomiakiem był praktycznie wszędzie. Potrafił pod własną bramką zablokować uderzenie Luquinhasa, by chwilę później w środku pola ogrywać defensorów rywali i napędzać kolejne akcje Legii. Kilkadziesiąt minut później pojawiał się już pod polem karnym przeciwnika, próbując zaskoczyć Majchrowicza strzałem z woleja.

Trzeba przyznać, że były zawodnik Pogoni Grodzisk Mazowiecki notuje bardzo dobre wejście do Legii. Imponuje jego zaangażowanie w każdym meczu, ale też odwaga w podejmowaniu nieszablonowych decyzji - jak choćby podanie piętą do Patryka Kuna czy idealne zagranie między dwóch defensorów Radomiaka do Nsame.
Gdyby więcej zawodników Legii prezentowało poziom zaangażowania i jakości zbliżony do tego, który pokazuje Adamski, zespół z Warszawy prawdopodobnie znajdowałby się dziś w zupełnie innym miejscu w tabeli. Bo właśnie takich piłkarzy - dynamicznych, odważnych i biorących odpowiedzialność za grę - tej drużynie w ostatnim czasie wyraźnie brakowało.
4. Znów ta skuteczność
Największa bolączka Legii Warszawa? Skuteczność. W ostatnich meczach wyraźnie widać poprawę w defensywie. Radomiak Radom - poza golem po rzucie rożnym i uderzeniem Luquinhasa - stworzył właściwie tylko jedną naprawdę groźną sytuację, gdy sprzed pola karnego strzelał Elves Baldé, trafiając w słupek.
Coraz lepiej wygląda też trzyosobowy blok defensywny: Kamil Piątkowski, Radovan Pankov i Rafał Augustyniak. Rywale mają dziś zdecydowanie mniej okazji niż jeszcze kilka tygodni temu. Problem polega jednak na tym, że nawet jeśli przeciwnik ma jedną sytuację w meczu, potrafi ją wykorzystać. Legia, niestety wciąż ma z tym ogromny problem.
A okazji przeciwko Radomiakowi nie brakowało. W pierwszej połowie gola mogli zdobyć Mileta Rajović, Wahan Biczachczjan, Rafał Adamski, Elitim czy Radovan Pankov. Po przerwie swoją szansę miał także wracający po kontuzji Nsame. Żadne z tych uderzeń nie znalazło jednak drogi do siatki - w dużej mierze za sprawą świetnie dysponowanego bramkarza Radomiaka, Majchrowicza.
I właśnie tu leży sedno sprawy. Jeśli Legia nie poprawi skuteczności, nawet najlepsza organizacja gry niewiele da. Bo zamiast zamykać takie mecze i dopisywać trzy punkty, zespół z Warszawy będzie wciąż skazany na mozolne „ciułanie” pojedynczych punktów. A to droga donikąd.
5. Powroty
Po 194 dniach przerwy do gry w barwach Legii Warszawa wrócił Jean-Pierre Nsame. W kilkanaście minut dał drużynie więcej niż Mileta Rajović przez znacznie dłuższy fragment meczu. Owszem, Rajović walczył, próbował, oddał jedno dobre uderzenie, ale to wciąż zbyt mało, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jego problemy w rozegraniu czy przyjęciu piłki.
Wejście Nsame od razu było zauważalne. Najpierw wywalczył rzut wolny, potem kilka razy wygrał pojedynki główkowe z rywalami, a w jednej z akcji sam był bardzo blisko zdobycia bramki. Jego strzał świetnie obronił jednak Majchrowicz. Mimo to był to powrót, który daje pewną nadzieję - że z mobilnym Adamskim i skuteczniejszym Nsame Legia może wreszcie zyskać więcej jakości w ofensywie.

Na boisko wrócił również Paweł Wszołek, który w 80. minucie zastąpił Kacpra Chodynę. Nie był to jednak występ, który zapadnie w pamięć. Wszołek przez końcówkę spotkania pozostawał raczej niewidoczny, a najbardziej zapamiętaną sytuacją z jego udziałem była chwila dekoncentracji przy wybiciu piłki przez jednego z zawodników Legii - zamiast ją utrzymać w grze, pozwolił jej wyjść na rzut rożny dla rywali.
6. Miesiąc prawdy
Przed Legią Warszawa ponad miesiąc prawdy. Miesiąc, który odpowie na jedno zasadnicze pytanie: czy klub utrzyma się w Ekstraklasie, czy przejdzie do historii jako jeden z najbardziej sensacyjnych spadkowiczów.
W najbliższych tygodniach Legię czekają mecze z Rakowem Częstochowa, Pogonią Szczecin, Górnikiem Zabrze, Zagłębiem Lubin i Lechem Poznań. W maju terminarz będzie wyglądał nieco gorzej, bo zagramy z zespołami w takiej samej sytuacji - spotkania z Widzewem Łódź, Bruk-Betem Termaliką Nieciecza, Lechią Gdańsk i Motorem Lublin - ale to właśnie końcówka marca i cały kwiecień będą kluczowe.
START: 15.03.2026 / KONIEC: 01.04.2026
Jeśli do meczu z Widzewem Legia zdoła wydostać się na dobre ze strefy spadkowej, szanse na utrzymanie znacząco wzrosną. Jeśli jednak nadal będzie balansować na jej granicy - albo, co gorsza, ugrzęźnie jeszcze głębiej - scenariusz spadku z najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce stanie się bardzo realny.
To będzie prawdziwy miesiąc prawdy. Moment, w którym okaże się, czy Legia sportowo zasługuje na dalszą grę w Ekstraklasie.
Ewentualny spadek byłby dla klubu dramatem. Kadra prawdopodobnie zostałaby gruntownie przebudowana - i w wielu przypadkach byłoby to wręcz konieczne. Pojawiłyby się poważne problemy finansowe, a nad całością wciąż wisiałoby pytanie o decyzje władz klubu, które dotychczas zbyt często sprawiały wrażenie przekonanych o własnej nieomylności.
Najbliższe tygodnie pokażą więc nie tylko sportową siłę drużyny, ale też prawdziwą kondycję całego klubu.
Kamil Dumała

