Ciułają; dzień dziecka; rozgrywał swój mecz; kabaret; lidera brak - to najważniejsze punkty po niedzielnym remisie Legii Warszawa z Rakowem Częstochowa.
1. Ciułają
Mecze lecą jeden za drugim, a dla Legii to - mam wrażenie - prawdziwa katorga, że w ogóle musi wychodzić na boisko. Jasne, nie przegrywamy od kilku spotkań, potrafimy nawet odrobić straty. Super. Tylko co z tego, skoro to jest wieczne ciułanie? Punkt tu, punkt tam, raz na jakiś czas trzy - i znowu wracamy do tej samej nijakości.
Prawda jest taka, że gdyby dół tabeli nie był równie słaby, Legia siedziałaby dziś głęboko w strefie spadkowej i nikt nie miałby złudzeń do tego co może nadejść. Teraz niby z niej wyszliśmy, ale to jest wyjście na chwilę - na kredyt. Do kolejnych drużyn wciąż tracimy punkty, a zespoły za nami praktycznie siedzą nam na plecach. Jeden mecz i znów możemy tam wylądować.
I tak, można się cieszyć z remisu z Rakowem. W końcu „czołówka ligi”, trudny rywal, ale oni grali mecz w czwartek, my nie. Tylko że to jest typowe zaklinanie rzeczywistości. Po pierwszej połowie ten punkt to cud, a nie efekt dobrej gry. I to jest właśnie największy problem – Legia nie wygląda jak drużyna, która kontroluje sytuację, tylko jak taka, która liczy, że „może się uda”.
A takie granie na „może” kończy się spadkiem.
Zostało osiem meczów. Do utrzymania potrzeba pewnie 42–43 punktów, czyli Legia musi jeszcze zdobyć 12–13. I teraz najlepsze - patrząc na terminarz, nie widać, skąd te punkty mają się wziąć. Pogoń Szczecin, Górnik Zabrze, Zagłębie Lubin, Lech Poznań, Widzew Łódź, Bruk-Bet Termalica Nieciecza, Lechia Gdańsk, Motor Lublin. Tu nie ma miejsca na „jakoś to będzie”.
W klubie mogli sobie marzyć o serii wygranych, zakładać komplet zwycięstw - tylko że boisko brutalnie to weryfikuje. W kolejnym kroku Legia się wyłożyła i to w stylu, który niestety znamy aż za dobrze.
Jeśli dalej będzie wyglądało to tak jak teraz - bez jakości, bez kontroli i z wiecznym liczeniem na cud - to te wszystkie „punkciki” nie będą żadnym ratunkiem, tylko prostą drogą do katastrofy.
2. Dzień dziecka
Dzień Dziecka jest dopiero 1 czerwca, ale to, co Legia wyprawia przy stałych fragmentach gry w defensywie, to regularne rozdawanie prezentów rywalom (21 bramek straconych w tym sezonie, w tym 5 z karnych). Od wielu meczów jest to ogromny problem „Wojskowych” i - jak widać - nie zmieniła tego nawet roszada w sztabie, gdzie Astiza zastąpił Węska. To, co Legia pokazuje w obronie, spokojnie nadaje się do podręcznika pt. „Jak nie bronić”.

Zacznijmy od początku - całej tej akcji w ogóle mogłoby nie być, gdyby Radovan Pankov kontrolował albo piłkę, albo przeciwnika. Nie kontrolował niczego. Swoje dołożył też Kamil Piątkowski, który zbyt łatwo przegrał pojedynek siłowy z Diaby-Fadigą.
I na tym się nie skończyło, bo obaj „bohaterowie” tej sytuacji byli zamieszani również w dalszy jej przebieg. W polu karnym Piątkowski i Pankov wyskoczyli razem do pojedynku główkowego z Oskarem Repką… i obaj go przegrali. Dwóch na jednego i żaden nie potrafi skutecznie interweniować - to mówi wszystko o organizacji defensywy Legii. Repka spokojnie oddał strzał głową i cała akcja mogła zakończyć się już wtedy.
Na koniec swoje „trzy grosze” dorzucił Nsame, który zamiast zostawić piłkę do złapania przez Hindricha, postanowił ją jeszcze „ratować” i w praktyce zaliczył asystę przy trafieniu Fadigi.
I tak wygląda dziś obrona Legii przy stałych fragmentach - chaos, brak komunikacji i seria złych decyzji, które kończą się prezentami dla przeciwnika.
3. Rozgrywał swój mecz
Widziałem, że po kilku ostatnich meczach chwalony był Wahan Biczachczjan i muszę przyznać, że gdy przyjrzałem mu się uważniej w meczu z Rakowem, zacząłem się zastanawiać, co on tak długo robił na boisku. Ormianin sprawiał wrażenie, jakby rozgrywał swój własny mecz - bez dziesięciu kolegów z drużyny i jedenastu przeciwników. Byli tylko on, murawa i trybuny. Spójrzmy na kilka sytuacji.

To jedna z wielu akcji, w których Wahan kompletnie się pogubił i tylko potwierdził, że gra „swoje”. Na poniższym screenie widać wyraźnie, że miał trzy opcje podania - najrozsądniejsze wydawało się zagranie do Elitima albo do wbiegającego prawą stroną Wszołka. Tymczasem zdecydował się na dośrodkowanie do Rafała Adamskiego, ale zrobił to tak niedokładnie, że piłka po prostu opuściła boisko.
Tuż przed przerwą Legia, po odbiorze Augustyniaka w środku pola, ruszyła z groźną kontrą. Raków nie zdążył się jeszcze ustawić w defensywie, więc była to świetna okazja do stworzenia sytuacji. Piłkę otrzymał bohater tego akapitu, ale zamiast poszukać lepiej ustawionych Nsame albo Wszołka, wszedł w drybling, który zakończył się zablokowanym strzałem.
I jasne - Wahan jest mobilny, szybki, potrafi coś zrobić technicznie. Tylko że to zdecydowanie za mało. Jego dryblingi zbyt często kończą się stratami, a strzały z dystansu przestały robić jakiekolwiek wrażenie na bramkarzach. Nie da się co mecz liczyć na to, że znów „siądzie” jakiś strzał życia.
Na ten moment Biczachczjan nie daje zespołowi argumentów, które powinny gwarantować mu miejsce w pierwszym składzie. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że jego zmiennicy wcale nie prezentują się lepiej.
4. Kabaret
Legia przy stałych fragmentach gry w obronie to kpina, ale prawdziwy kabaret - i to ten najniższych lotów — zaczyna się wtedy, gdy patrzymy na jej grę w ofensywie.
Zapędy Biczachczjana opisałem wcześniej, ale inni zawodnicy wcale nie wyglądali lepiej. Wszołek dobrze radził sobie z Amorimem i potrafił znaleźć przestrzeń po prawej stronie, jednak trzy dobre dośrodkowania, z których dwa Nsame zmarnował, posyłając piłkę nad bramką, to zdecydowanie za mało, jak na rywala pokroju Rakowa.
Po drugiej stronie Kun dopiero w drugiej połowie miał nieco więcej swobody w starciach z Jeanem Carlosem. Oddał jeden strzał po rykoszecie, po którym piłka przeleciała nad bramką, a potem dorzucił piłkę, po której – po uderzeniu Nsame – Legia dostała rzut karny. I tyle.
Środek pola praktycznie nie istniał w ofensywie. Adamski, Elitim czy Szymański próbowali coś kreować, ale było tego tak mało, że aż trudno to traktować poważnie.
Natomiast to, co Legia zrobiła po zdobyciu bramki, jest kompletnie niezrozumiałe. Zamiast pójść za ciosem, cofnęła się i oddała piłkę Rakowowi. Efekt? Strzał Iviego, słupek po uderzeniu Brunesa i ciągłe zagrożenie pod naszą bramką.
Legia znów wyglądała jak drużyna bez pomysłu i wyobraźni w ofensywie. Nie było żadnego planu na tworzenie sytuacji, żadnej jakości, żadnej odwagi. Końcówka meczu to już był czysty kabaret - zespół sprawiał wrażenie, jakby remis całkowicie go satysfakcjonował.
A przecież to był moment, w którym można było przycisnąć rywala i powalczyć o zwycięstwo, które w obecnej sytuacji jest na wagę złota. Tylko że jeśli większość tej drużyny wygląda, jakby była zadowolona z bylejakości i jednego punktu, to trudno oczekiwać czegokolwiek więcej.
5. Lidera brak
I to nie tego lidera w tabeli Ekstraklasy, panie Mioduski i panie Herra. Tu chodzi o brak lidera na boisku w Legii. Brak kogoś, kto potrafi przytrzymać piłkę, uspokoić grę, dać sygnał do ataku, stworzyć coś z niczego - jak robili to kiedyś Josué, Radović, Vadis czy Ljuboja.
I nawet nie chodzi o zawodnika ich formatu, bo na takiego przy obecnym zarządzaniu raczej nie ma co liczyć. Chodzi o kogoś, kto ma charakter. Kogoś, kto weźmie odpowiedzialność, kiedy drużynie nie idzie, kto pokaże: „gramy dalej, odwracamy to”. Tymczasem Legia strzela gola… i cofa się, jakby remis albo minimalne prowadzenie było spełnieniem marzeń. Tak nie gra zespół z ambicjami. Tak gra drużyna, która boi się własnego cienia.
START: 15.03.2026 / KONIEC: 01.04.2026
I trudno oczekiwać czegoś więcej, skoro liderów nie ma nawet wyżej - w strukturach klubu. Tam od dawna króluje bylejakość, pudrowana wywiadami i opowieściami o wielkich planach. W kuluarach słyszymy bajki o seriach zwycięstw i walce o puchary, a rzeczywistość jest taka, że Legia ma problem wygrać dwa mecze pod rząd.
Ta kadra to efekt pracy kilku osób, które ciągnęły w różne strony, bez spójnej wizji. Każdy „wie lepiej”, każdy chce postawić na swoim, a efekt jest taki, że na końcu cierpią kibice. Nie ma pomysłu, nie ma kierunku, jest tylko odbijanie się od ściany do ściany i wzajemne przekrzykiwanie się, kto ma rację.
Tylko że tu w ogóle nie chodzi o to, kto ma rację. Chodzi o to, jak ten klub jest zarządzany i jak budowana jest drużyna. A prawda jest brutalna - od lat wygląda to tak, że zamiast robić krok do przodu, Legia co chwilę ląduje w tym samym miejscu.
I dochodzimy do absurdu: w ciągu pięciu lat klub z taką historią i potencjałem znowu broni się przed spadkiem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że patrząc na reakcje z góry, wygląda, jakby nikogo to specjalnie nie obchodziło. Nawet prezes od kilku tygodni postanowił nie oglądać tego na żywo ze swojej loży. Codzienność.
Kamil Dumała

