- Nie, nie wyobrażam sobie, żeby Legia spadła z ligi. Nigdy. Taka myśl w ogóle nie mieści mi się w głowie. Wiem, w jakiej jesteśmy sytuacji… Przez siedem miesięcy nie było mnie na boisku, więc nie przeżywałem tego „od środka”, grając w meczach. Ale zawsze powtarzam kolegom, Frediemu Bobiciowi i wszystkim innym: nie jestem kimś, kto patrzy wstecz. Skupiam się wyłącznie na zwycięstwie - mówi Jean Pierre Nsame w wywiadzie, jakiego udzielił portalowi goal.pl.
- Nie boję się spadku Legii, jestem przekonany, że nie spadniemy. Nie skupiam się na negatywnym scenariuszu, choć wiem, że teoretycznie może się zdarzyć. Ale nie poświęcam mu uwagi. Jeśli to robisz, grasz pod presją, czujesz ją. Każdy mecz, każda zepsuta akcja staje się wtedy coraz bardziej przygniatająca. Nie spadniemy, bo jesteśmy Legią, bo mamy jakościowych piłkarzy, bo jesteśmy wielkim klubem z wielką historią. A przede wszystkim dlatego, że jesteśmy to winni naszym kibicom i wszystkim ludziom, którzy tu pracują. Nie wyobrażam sobie, żeby Legia spadła. To coś, czego nie biorę pod uwagę.
W czym tkwi problem?
- Co się stało? Nie wiem, czy istnieje na to jedna odpowiedź. Myślę, że nie. Uważam, że wszystkie wielkie kluby miewają takie okresy. Kluczowa jest ich zdolność do odrodzenia się i ponownego stania się główną siłą w kraju. Jestem przekonany, że Legia potrafi to zrobić. Oczywiście potrzebna jest stabilizacja. Odkąd przyszedłem, mam już trzeciego trenera. Czasami sprawy nie idą po twojej myśli i trzeba umieć to zaakceptować. Trzeba umieć zacisnąć zęby, pocierpieć, ale zachować pozytywne myślenie i wierzyć, że lepsze chwile nadejdą, jeśli będziemy szli w dobrym kierunku. W życiu zawsze tak jest. Jeśli ciężko pracujesz, to nawet jeśli teraz nie masz wyników, one w końcu przyjdą. Z drugiej strony, gdy jesteś w trudnej sytuacji i zmieniasz trenera w momencie, gdy coś zaczyna się zazębiać, to musisz od nowa adaptować się do nowej wizji. Trener musi poznać piłkarzy, niektórzy lądują na nowych pozycjach i muszą się do nich przyzwyczaić. Czasami idzie to szybko, ale częściej zajmuje dużo czasu. Pamiętam, co mówiłem na początku sezonu – zaczęliśmy dobrze, choć nie idealnie. Ale widać było proces, pewne rzeczy wskakiwały na swoje miejsce. Zwycięstwa dawały pewność siebie. Potem przyszło wielu nowych zawodników, trzeba było ich zintegrować. Nagle trener decyduje się odejść. Wtedy myślisz sobie: „znowu musimy zaczynać od początku”. Problem w tym, że taki restart to jak powrót do punktu wyjścia w samym środku sezonu. Myślę, że to właśnie podcięło naszą dynamikę, nawet jeśli nie była ona wtedy idealna.
- Musimy po prostu wygrać 2-3 mecze z rzędu, to nas przełamie i wprowadzi w inną dynamikę. A potem już pójdzie, tego jestem pewien. Dziś oczywiście musimy uniknąć spadku, a potem trzeba będzie ruszyć z nowym stylem. Mamy nowego trenera, sztab. Myślę, że przyszły sezon będzie tym, w którym naprawdę wystartujemy z tym trenerem na dobre. Do tego czasu będziemy już po 6 miesiącach wspólnej pracy, dobrze zrozumiemy jego metody i wszystko wdrożymy. Myślę, że potem będzie prościej.
W przyszłym sezonie walka o tytuły
- Ja nie gram o nic innego niż o tytuł. Po prostu nie potrafię inaczej. W moim DNA nie ma miejsca na granie o drugie czy trzecie miejsce, bo przywykłem do wygrywania. Uważam, że zawsze musimy mieć taką ambicję. Legia zawsze musi mierzyć w tytuł. To jasne, że inne kluby robią postępy, sprowadzają graczy, mają swoją filozofię. Widzę drużyny, które w zeszłym sezonie były w dolnej połowie tabeli, a dziś potencjalnie grają o puchary, a może nawet o tytuł. To pokazuje, że liga staje się coraz bardziej konkurencyjna i na pewno coraz trudniejsza. Ale Legia musi być wśród tych ekip, które biją się o zwycięstwo. Tak ja to widzę - mówi Nsame.
START: 15.03.2026 / KONIEC: 01.04.2026
Frustracja kibiców
- Szczerze mówiąc, nie należę do osób, które się boją. Rozumiem frustrację kibiców. Oni nie wiedzą o wszystkim, bo są na zewnątrz i widzą tylko końcowy wynik na boisku. Nie wiedzą, jak wygląda tydzień pracy. Myślę, że fani Legii ogromnie kochają swój klub. Chcą dla niego jak najlepiej. Chcą, żeby Legia wygrywała, żeby dominowała. Rozumiem to, to są emocje. Ten sezon na pewno zapadnie w pamięć kibicom i wielu innym osobom – biorąc pod uwagę potencjał i jakość naszej drużyny oraz to, co pokazaliśmy, a raczej czego nie pokazaliśmy na boisku. Oni widzą, jakich mamy piłkarzy i sami zadają sobie pytanie: „Jak to możliwe przy takim składzie, który jest jednym z najdroższych, jeśli nie najdroższym pod względem wartości?”. Zastanawiają się: „Jak to możliwe, że jesteśmy w takiej sytuacji? Co jest nie tak?”. Ale my jako piłkarze też jesteśmy sfrustrowani. My też jesteśmy wściekli, też tego nie chcemy. Ja jednak nie traktuję tego jako presji. Zawsze powtarzam: presję czują ludzie w szpitalu, ci, którzy muszą operować, by ratować ludzkie życie. Dla mnie gra dla Legii nigdy nie była presją, wręcz przeciwnie – to przyjemność. Myślę, że fani lubią oglądać graczy, którzy się nie boją, którzy stawiają czoła sytuacji i pokazują: „Rozumiem, że jesteście niezadowoleni, ale w następnym meczu wyjdę na boisko, będę walczyć i udowodnię wam to, bo jestem przekonany, że się utrzymamy”. Oni wyrażają frustrację. My jako piłkarze musimy umieć to zaakceptować, ale nie brać tego jako atak personalny. Nie wyobrażam sobie, żeby kibic Legii, nawet jeśli spadniemy, przyszedł pod dom piłkarza i zabił mu rodzinę – to dla mnie niewyobrażalne. To po prostu frustracja, trzeba to zrozumieć - mówi Nsame o okrzykach kibiców Legii i złości spowodowanej możliwością spadku.
Nowy kontrakt? Rozmów nie ma
- Na ten moment oficjalnie mój kontrakt wygasa w czerwcu. Miesiąc po kontuzji daliśmy sobie zielone światło na obniżkę pensji i nowy podział wynagrodzenia, tak jak to sobie wstępnie zaplanowaliśmy. Rozumiem obecną sytuację klubu. Na razie priorytetem dla nas wszystkich jest poprawa miejsca w tabeli. Mój kontrakt się kończy, więc tak, wyobrażam sobie sytuację, że zmienię klub. Ale zawsze powtarzałem, że chcę tu zostać, bo czuję stabilizację i to pierwszy raz od co najmniej 3 lat, kiedy spędziłem sezon w tym samym miejscu. Zawsze to powtarzałem, bo naprawdę chciałbym móc rozegrać tutaj, w Legii, pełny sezon, żeby kibice mogli zobaczyć, do czego jestem zdolny i jak długo potrafię utrzymać tę formę. Z drugiej strony, jeśli nie dojdzie do porozumienia i kontrakt nie zostanie podpisany, to szczerze mówiąc, nie martwię się o swoją przyszłość. Wiem, że niektórzy zawodnicy mogą czuć niepokój, gdy kończy im się kontrakt i to normalne. Ja jednak wiem, że mam bardzo mocnych agentów, którzy świetnie znają rynek, znają się na robocie i mają kontakty. Jeśli będę musiał opuścić Legię, będzie to smutne dla mnie, ale teraz cieszę się z tego, że wróciłem na boisko. Już strzeliłem gola, jestem zadowolony, staram się po prostu kontynuować tę passę, a potem zobaczymy, co się wydarzy.
Mileta Rajović ma to, co trzeba
- To chłopak, który od przyjścia pokazał, że chce grać jak najlepiej… Zbliżyliśmy się do siebie naturalnie. I zawsze mu powtarzam: „masz umiejętności”. Myślę, że przyszedł tutaj – podobnie jak ja wcześniej – z dużymi oczekiwaniami. A bycie napastnikiem numer jeden w Legii nie jest rzeczą łatwą. Musisz umieć radzić sobie z presją, oczekiwaniami. Jeśli drużyna nie gra dobrze, musisz też zaakceptować krytykę. A przede wszystkim musisz pokazać charakter. Rzecz w tym, że nie każdy z nas ma taki charakter. Po prostu nie wszyscy go mamy. Mam z Miletą mnóstwo świetnych rozmów. Bardzo dobrze się rozumiemy, nawet na boisku, piłkarsko. Widzieliśmy to na początku sezonu, kiedy graliśmy przeciwko Larnace. To działało bardzo dobrze. On jest otwarty, ja też jestem otwarty. I mówię sobie i jemu: nie traktuję cię jako konkurenta w negatywnym tego słowa znaczeniu. Zawsze traktowałem moich partnerów z drużyny jako osoby, które pomogą mi się rozwijać. Bo każdy z nas ma swoje własne zalety. Widzę jakość, którą masz, te dobre rzeczy u ciebie. I jeśli są rzeczy, które robisz lepiej ode mnie, pomożesz mi poprawić się również w tej dziedzinie. „Rajo” ma jakość. Ma to, co trzeba. Dużo pracuje dla drużyny. Czasami trafiają się sezony, w których po prostu nie wiesz, co się dzieje.
- Oczywiście, że jest jeszcze dla niego nadzieja. Z drugiej strony, nie siedzę w jego głowie. Decyzje należą do niego. (...) On przychodzi zapytać mnie, jak to wygląda z zewnątrz, gdzie według mnie może znaleźć wolne miejsce i tak dalej. Wszyscy jesteśmy różni. Myślę, że ja mam taką osobowość, która pozwala mi grać pod presją i bez presji. Nie każdy jest w stanie znieść taką presję i taką krytykę. Ale on się podniesie. Co do tego nie mam wątpliwości.
Całą rozmowę możecie przeczytać na goal.pl.

