Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Legia na mnie nie straciła

poniedziałek, 5 kwietnia 2004 13:09
Jerzy Engelźródło: Gazeta Wyborcza

Maciej Weber: W Legii był Pan tylko dziesięć miesięcy. Czy to porażka?

Jerzy Engel: Porażką byłoby, gdybym opuszczał klub w gorszej sytuacji, aniżeli był 10 miesięcy temu. Tymczasem Legia jest u progu rozkwitu, dostała nareszcie właściciela, który gwarantuje stabilność finansową. Kiedy przychodziłem do Legii, przez pierwsze miesiące trwały dywagacje, czy kiedykolwiek na koszulkach piłkarzy pojawią się nazwy sponsorów. Teraz jest ich tyle, że więcej już tam nie można wkleić. Od strony sportowej zespół też został zabezpieczony. Latem i zimą dokonaliśmy transferów pięciu zawodników. Prawie za darmo udało się zapewnić drużynie takie przygotowania do sezonu, jakich nie miał żaden klub w Polsce. Oprócz mnie pracowali nad tym prezes Edward Trylnik, dyrektor finansowy Andrzej Młotek, menedżer Janusz Olędzki i Piotr Strejlau. W tej chwili Legia jest faworytem do zdobycia Pucharu Polski i jednym z trzech kandydatów do mistrzostwa. To oczywiście głównie zasługa trenerów i piłkarzy.


Po co został Pan zatrudniony w Legii?

- Aby poprawić wartość sportową i finansową klubu.


Czy dyrektor sportowy nie powinien po prostu czuwać nad jego rozwojem sportowym?

- W klubach niemających mocnego właściciela kilka osób wykonuje różne, często niezależne od siebie zadania. Janusz Olędzki nie tylko zajmował się menedżerką, ale też jeździł i załatwiał obozy przygotowawcze, szukał funduszy itd. Dyrektor do spraw sportowych nie odpowiadał tylko za politykę kadrową. Brałem udział także w sprawach marketingowych, które tak naprawdę rzeczywiście do mnie nie powinny należeć.


Engela dla Legii nie wymyślił Pol-Mot, tylko szef Multico Zbigniew Jakubas.

- Pan Jakubas prowadził rozmowy w sprawie kupna klubu. Nie znałem go wcześniej. Pod koniec maja ubiegłego roku zadzwoniła do mnie jego sekretarka i umówiła nas na spotkanie. Wiadomo było, że z Legii odchodzi Dragomir Okuka, dostałem ofertę objęcia funkcji trenera. Przez miesiąc z menedżerem Olędzkim i Grzegorzem Kitą, który miał być dyrektorem od spraw marketingu, opracowywaliśmy strategię. Potem jednak okazało się, że pana Jakubasa w Legii nie będzie. Nieoczekiwanie tydzień później skontaktował się ze mną właściciel większościowego pakietu akcji, czyli szef Pol-Motu Andrzej Zarajczyk. Trenerem był już Dariusz Kubicki, ale pan Zarajczyk zaproponował mi zostanie dyrektorem sportowym.


W Polonii też pełnił Pan tę funkcję.

- Tam brałem również udział w pracy z zespołem na boisku. Wiedziałem, że w Legii to będzie wyglądało inaczej. Z tego względu, że tu już było czterech szkoleniowców odpowiedzialnych za sprawy pierwszego zespołu. Oprócz Kubickiego: Krzysztof Gawara, Lucjan Brychczy i Krzysztof Dowhań. Nonsensem byłoby wkładanie im jeszcze jednego szkoleniowca - piątego, który zacząłby mieć swoje pomysły. Miałem zająć się tym, aby właśnie jak najmniej im przeszkadzano. Pojawili się nowi piłkarze - Dickson Choto, Andrzej Krzyształowicz, Tomasz Sokołowski II, Manuel Garcia i Piotr Włodarczyk. Wszyscy po konsultacjach z trenerem Kubickim. Andrzej Zarajczyk uczciwie mi powiedział, że klub jest w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Pozyskaliśmy najlepszych w tej sytuacji.


Było czterech trenerów i nie miało sensu "wsadzanie jeszcze jednego szkoleniowca". A przecież i dyrektor sportowy już był - Janusz Olędzki. W momencie, kiedy Pan przyszedł, on został w klubie, ale zaczęto szukać nazwy dla jego funkcji. Nie było Panów przypadkiem o jednego za dużo?

- Pierwszego dnia wyjaśniliśmy sobie podział i zakres obowiązków. Jako jedyna osoba w klubie legitymuję się tytułem trenera klasy mistrzowskiej, a mam za sobą wieloletni bagaż doświadczeń szkoleniowych. Od strony merytorycznej byłem jedynym człowiekiem w klubie, który mógł rozliczyć trenera czy zawodników. Bardzo często rozmawiałem z zawodnikami - czy pojedynczo, czy grupowo - na temat tego, co dzieje się na boisku. Janusz Olędzki prowadził swoją politykę menedżerską, tzn. wynajdywanie zawodników dla zespołów i przygotowywanie ich do tego, by można z nich korzystać w pierwszym zespole. Dzisiaj mamy tego efekty, bo Gmitrzuk, Pulkowski, Petasz, Fedoruk to zawodnicy, których sprowadził Olędzki. W lipcu razem zmieniliśmy koncepcję pracy drużyny rezerwowej. Zrezygnowaliśmy z zawodników starszych i położyliśmy nacisk na tych z roczników 1985, 86. Ten zespół prowadzi w czwartej lidze i najpewniej awansuje do trzeciej.


Kto pilotował najważniejszy transfer - Piotra Włodarczyka?

- Pracowaliśmy obaj, ponieważ cena Włodarczyka jak na warunki Legii była bardzo wysoka. Właściciel karty piłkarza w pierwszej wersji zażądał 100 tys. euro i praktycznie sprawa odpadła. To było latem. Zaprosiliśmy Włodarczyka na rozmowy do Warszawy. Przyjechał. Przyjął nasze warunki, wyjechał, po czym dowiedzieliśmy się, że jest w Wiśle Kraków. Włodarczyka za cenę proponowaną przez pana Grajewskiego moglibyśmy kupić tylko w przypadku, gdyby z Legii udało się kogoś korzystnie wytransferować. Wiedząc o propozycjach, jakie miał Marek Saganowski, i licząc się z tym, że może odejść Stanko Svitlica, przez cały czas szukaliśmy gracza z polskiej ligi, który mógłby nas wspomóc. Zimą okazało się, że znowu z polskiej ligi został tylko Włodarczyk. W lecie kończył mu się kontrakt i jasne się stało, że jeżeli właściciel jego karty Andrzej Grajewski zechce zarobić, to jest okazja pozyskać go za zupełnie inne pieniądze. Cena zjechała o połowę. Akurat tę część negocjacji prowadziłem ja, ale z zawodnikiem przez cały czas kontakt utrzymywał Janusz. Następnie zaprosiliśmy zawodnika na Legię i wtedy już wspólnie rozmawialiśmy na temat kontraktu. Na każdym z kontraktów z pięcioma zawodnikami, którzy przyszli do klubu, od czasu kiedy ja w nim byłem, widnieje mój podpis. Ale przy każdej takiej rozmowie uczestniczył także Janusz. Oczywiście kontrakty musiały być parafowane przez prezesa Trylnika lub dyrektora Młotka, a następnie zatwierdzone przez zarząd klubu.


Ten transfer miał finansować prywatny sponsor. Ale mówi się, że nikogo takiego nie było, a taką wersję przyjęto, bo dla zadłużonego Widzewa to rozwiązanie wygodniejsze ze względów proceduralnych.

- To są nonsensy. Widzew był Włodarczykowi winien pieniądze. Za rezygnację z ich części piłkarz otrzymał swoją kartę zawodniczą. Jego prawa transferowe miał jednak nadal prywatny sponsor, czyli Andrzej Grajewski. I teraz my musieliśmy znaleźć sponsora z naszej strony będącego w stanie zrealizować transfer. Zgodził się mój znajomy, który pomagał już Legii wielokrotnie. Życzył sobie, aby pozostać w cieniu, nie mogę więc podać jego nazwiska.


Ale powiedział Pan Grajewskiemu, że chociaż sprawa się odwleka, to prędzej czy później za transfer zapłaci ITI.

- Kwestia ITI pojawiła się później. W momencie, kiedy został sprzedany Svitlica, stało się jasne, że Legia już ma fundusze, by przynajmniej z jednej szóstej pokryć zakup Włodarczyka. I wtedy nasz dobrodziej powiedział: Nie, panowie. Macie pieniądze, to ja już się w te rzeczy nie bawię. Wiadomo, jak sprzedaż Stanko została przyjęta przez kibiców, a on też jest kibicem.


I tu pojawiło się ITI. Chociaż, czy na pewno się pojawiło? Koncern interesował się Legią już w ubiegłym roku.

- ITI interesowało się różnymi klubami. Tylko problemem było, żeby ich do wejścia namówić. W gronie przyjaciół zaczęliśmy dyskutować, jak znaleźć kogoś, kto byłby na tyle bogaty, a jednocześnie na tyle zainteresowany sportem, by wspomóc Legię. Jeden z nich powiedział, że postara się kogoś znaleźć, a ja żebym się postarał podtrzymać wartość sportową klubu. Chodziło o to, by zawodnicy, myśląc o długach, nie stracili ducha walki, żeby nie upadło morale zespołu. A trudne momenty się zdarzały. Powiedziałem zawodnikom, że do końca lutego na sto procent dowiedzą się o nowym właścicielu i wszystko w Legii się zmieni. I chłopcy mi zaufali. Ja już wtedy wiedziałem, że chodzi o ITI, i byłem po rozmowach z panem Janem Wejchertem. Wskazywały wyraźnie, że tym razem się uda.


Co Pan czuł, gdy okazało się, że do Legii przychodzi Edward Socha jako konsultant koncernu do spraw sportowych?

- Nagle z Januszem dowiedzieliśmy się, że po naszych wielkich zabiegach o to, aby pozyskać chociażby Włodarczyka, nagle ktoś - nie wiem, czy akurat Edek Socha - podał, że mógłby takiego piłkarza pozyskać o wiele taniej. Wszyscy - także z panami Trylnikiem i Młotkiem - poczuliśmy się oszukani. Jeżeli czterech ludzi pracowało ponad pół roku nad pozyskaniem zawodnika, jeżeli udało nam się zbić cenę o połowę, a teraz ktoś przychodzi i mówi, że może zrobić to samo za jedną piątą tej kwoty, to myśmy się bardzo źle poczuli. I wtedy ten transfer o mało nie został stracony. Ale jak Grajewski usłyszał, co tu u nas się dzieje, zadzwonił do prezesa Trylnika i powiedział, żeby natychmiast odesłano mu zawodnika z powrotem do Widzewa. To było dla nas bardzo przykre, bo wchodził do klubu nasz kolega, jakby był z innej bajki.


Stąd Pańskie spotkanie z szefami ITI.

- Spotykaliśmy się praktycznie raz w tygodniu, bo to ja byłem jednym z tych, z którymi konsultowano wiele spraw mogących przyspieszyć wejście ITI do Legii. Wszystkim nam zależało, aby stało się to jak najszybciej.


Były chyba także różnice w koncepcji budowania drużyny? Pan chciał sprowadzać zawodników znanych, już ukształtowanych. Socha ma za zadanie sprowadzać młode talenty.

- Ja uważam, że Legia powinna zrobić następny, szybki krok do przodu. Ten zespół plasuje się już w czołówce ligi, najprawdopodobniej zdobędzie Puchar Polski. Nie rozumiem, po co czekać parę lat. Trzeba już zainwestować po jednym zawodniku w każdej z formacji i wtedy jest szansa na walkę o Champions League. Koncepcja biznesowa jest realna i być może powinno tak się robić - najpierw infrastruktura, spokojna budowa, zabezpieczenie stadionu, później szukanie młodych zawodników w niższych klasach rozgrywkowych, a dopiero na końcu budowa zespołu. To dobra koncepcja, przyszłościowa, rozłożona na lata. Ale według mnie nie w tym momencie. Legia jest zespołem, który musi walczyć o mistrzostwo Polski już dzisiaj.


Pańska umowa z klubem skończyła się 31 marca?

- Nie. 31 marca to była graniczna data, do jakiej ITI miało zadeklarować, czy wchodzi w Legię. Umówiłem się z obecnymi wciąż właścicielami klubu, że jeżeli do tego dojdzie, to rozstajemy się za porozumieniem stron. Panowie Zarajczyk i Trylnik zapowiedzieli jednak, że gdybym sobie życzył, to do końca czerwca mogę korzystać z mojego biura.


Gdyby ITI do Legii nie weszło, to Pan by w niej został?

- Zdecydowanie. Szukając nowego właściciela, rozmawialiśmy z kilkoma kandydatami. ITI chciało kupić całe 80 proc. udziałów, ale byli też tacy, którzy chcieli 40 proc. i wejść jako partnerzy.


A Królewskie? To Pańska zasługa?

- Nasza wspólna. Wcześniej Królewskie wspierało Legię, ale na poziomie siedmiokrotnie niższym. Bardzo blisko wejścia do Legii była inna kampania piwowarska. Z panami Trylnikiem i Kitą wymyśliliśmy, jak zainteresować browary zupełnie innym sponsoringiem. Każdy z nas spotykał się z przedstawicielami Królewskiego. Później rozmowy doprowadził do końca prezes Trylnik i umowa została dopięta.


Wiele spraw się udało, ale jak to bywa - nie wszystkie. Np. niektóre transfery. Już ogłoszono, że z Polonii do Legii przeszedł Marcin Kuś.

- Zawodnik był wtedy kontuzjowany, ale Legia chciała przejąć jego leczenie, poczekać, aż wróci do zdrowia. Kuś się zgodził.


Mówiło się, że do Pana jako byłego selekcjonera będą ściągać zawodnicy z mundialowej, reprezentacyjnej drużyny.

- Piłkarze, wracając do kraju z zagranicznych klubów, w pierwszej kolejności konsultowali się ze mną. Na Pawła Kryszałowicza nie było nas stać, Piotrka Świerczewskiego nie widział w składzie trener Kubicki. Był jeszcze Tomasz Kłos - w sumie także za drogi. Jestem w kontakcie z wieloma piłkarzami z tamtej reprezentacji. I cieszę się, że często kontaktują się ze mną nie tylko w sprawach zawodowych.


A z obecnych legionistów - kto powinien grać w reprezentacji?

- Widzę minimum trzech takich. Na pewno Artur Boruc. To największy talent w polskiej piłce nożnej, jeden z najlepszych bramkarzy. To będzie następca Jurka Dudka. Marek Saganowski - powoływany awaryjnie. I Tomasz Jarzębowski, najmniej doceniony. A może spełniać dwie role. Na pozycji, na jakiej teraz gra w Legii, czyli defensywnego pomocnika, sprawdziłby się na pewno. Jarzębowski daje jedną wielką przewagę, jaką dawał w mojej kadrze Radek Kałużny. Ma "łatwy gol". Świetne uderzenie - zarówno głową, jak i nogą. Oprócz tego, że wybroni, to jeszcze strzeli bramkę. Tego naszej reprezentacji potrzeba, bo nie należy liczyć tylko na napastników.


Wracając do transferów - Sebastian Olszar.

- Sprawę należy ograniczyć do mojej rozmowy z zawodnikiem i jego ojcem. Sebastian powiedział, że chciałby przyjść do Legii. Skontaktowałem się z jego klubem, Admirą Wacker. Wysłałem oficjalny faks do klubu i jego menedżera. Okazało się, że cena wynosi 200 tys. euro. Następnego dnia odpisaliśmy, że bardzo przepraszamy, dziękujemy za ofertę, ale nas nie stać i to wszystko.


Rozbieżności pomiędzy władzami Legii a Panem pojawiły się w przypadku transferu Stanko Svitlicy do Hannoveru. Powiedział Pan, że ta sprzedaż to działanie na szkodę spółki.

- Takie stwierdzenie z moich ust nigdy nie padło. Powiedziałem, że to było tylko działanie na szkodę zespołu. W takiej sytuacji dyrektor sportowy nigdy nie zgodzi się z dyrektorem finansowym. To nie znaczy, że nie było to pociągnięcie skuteczne dla spółki. Legia znajdowała się w bardzo ciężkiej sytuacji finansowej. Svitlica za pół roku odszedłby za darmo, jak obecnie Rasiak z Groclinu. Ja myślałem o wynikach zespołu. Stwierdziłem, że ja tego zawodnika bym w tym momencie nie oddał.


Do spięcia pomiędzy Panem a władzami spółki jednak doszło.

- Tak i wszystko sobie wyjaśniliśmy.


Piotrowi Włodarczykowi wypominano, że jest w Legii po raz trzeci. "Do trzech razy sztuka". Tak jak w Pańskim przypadku.

- Owszem, i za każdym razem w innej roli. Najpierw w latach 1984-88 pracowałem jako szkoleniowiec. Potem w 1996 jako menedżer zespołu odpowiedzialny za organizację szkolenia w trakcie Ligi Mistrzów. Kontrakt z panem Romanowskim podpisałem tylko na pół roku, bo właśnie na ten czas wziąłem urlop z cypryjskiego klubu. I teraz dziesięć miesięcy jako dyrektor sportowy. Myślę, że za każdym razem Legia nie straciła na Engelu. A wręcz odwrotnie.


W Polonii było trudniej?

- Było inaczej. W Polonii musiałem zmienić praktycznie cały zespół. Budżet był o wiele mniejszy. Jednak tam właściwie wszystko zamieniało się w złoto. Wszelkie decyzje były również trafione w dziesiątkę. Wystarczy przykład Emmanuela Olisadebe sprzedanego do Panathinaikosu za 3 mln dol. Właściwie nie było pomyłek. Doszli Emmanuel Ekwueme (reprezentant Nigerii), Piotr Dziewicki, Robert Gubiec, Mateusz Bartczak, Jarosław Mazurkiewicz - oni wszyscy się przydali. Były też bardzo korzystne transfery. Za 1,5 mln marek odszedł Grażvydas Mikulenas, za 650 tys. marek Donatas Vencevicius. Zarabialiśmy też na innych zawodnikach - wypożyczanych, sprzedawanych. Tamten budżet spinał się bardzo dobrze. Z Polonii do reprezentacji odchodziłem na urlop. Później jednak sam prezes Romanowski mówił, że nie byłoby dobrze, abym wracał do tego zespołu. Klub i zespół nie wyglądały dobrze. Przez rok po odejściu z reprezentacji nie brałem żadnych ofert. Przyjąłem propozycję Legii, bo to miasto powinno być nie tylko stolicą państwa, ale i piłkarską stolicą Polski.


Znów na stanowisku menedżera sportowego chce Pana zatrudnić Polonia. Kibice Legii mogliby nie zdzierżyć takiej zamiany.

- Skoro nie mogę zostać w Legii, to miłe, że mam propozycje. Decyzji jeszcze nie podjąłem.


Rozmawiał Maciej Weber

Podaj ten news dalej: