Czy mecz pucharowy w Białymstoku miał wpływ na przygotowania do spotkania z Wisłą?
Dariusz Kubicki: Nie ma żadnego wpływu. Zawodnicy są tak przygotowani do sezonu, żeby mogli rozgrywać mecze co trzy dni. Wczoraj rano, a więc kilkanaście godzin po przyjeździe z Białegostoku, wszyscy poddali się odnowie biologicznej i będą w pełni sił. To, że my graliśmy, a Wisła nie, nie ma żadnego znaczenia.
Ale piłkarze Wisły nie byli tak narażeni na kontuzje jak pańscy gracze...
- To jest rzeczywiście problem, mam jednak nadzieję, że drobny. Tomek Jarzębowski narzekał na ból stawu kolanowego i dlatego zszedł z boiska już w 18 minucie, a Marek Saganowski grał przez kilkanaście minut z kontuzją stawu skokowego i też woleliśmy nie ryzykować. Wystarczyło, że wytrzymał do przerwy. Wczoraj doktor Machowski zabrał obydwu na badania USG, które ostatecznie określą, na ile te urazy są poważne. Wydaje się, że nie na tyle, aby wykluczały udział tych zawodników w sobotnim meczu. Lekarz jest optymistą.
A Jacek Zieliński? On też zaraz po przerwie opuścił boisko.
- Jacek jest zdrowy. Widząc, że opanowaliśmy sytuację i ze strony Jagiellonii niewiele nam grozi, postanowiliśmy niepotrzebnie go nie eksploatować. On ma swoje prawa. Wczoraj już był na zwykłym rozruchu.
Czy do meczu z Wisłą przygotowujecie się inaczej niż do pojedynków ze słabszymi przeciwnikami?
- Normalnie, jak do każdego innego meczu. Jeden trening dziennie, w piątek wyjazd, nocujemy gdzieś pod Krakowem, ale nawet nie wiem dokładnie gdzie.
Jesienią Legia wygrała z Wisłą na Łazienkowskiej 4:1. Wtedy, bodaj po raz pierwszy, wystawił pan nie czterech, lecz trzech obrońców. Ustawienie zdało egzamin i od tamtej pory gracie właśnie tak. Czy i tym razem czymś pan zaskoczy trenera Kasperczaka?
- Trudno mówić o zaskoczeniu, kiedy wszyscy dobrze się znają. Wtedy zdecydowałem się na trzech obrońców, bo byłem do tego zmuszony przez kontuzję Tomka Jarzębowskiego, a w drugiej linii miałem spory potencjał i żal było go nie wykorzystać. Jacek Magiera był wówczas w znakomitej dyspozycji i szkoda było zostawiać go na ławce kosztem bocznego obrońcy. Tym bardziej że boczni - Jarzębowski czy Wojtek Szala - grali wprawdzie dobrze, ale ich akcje ofensywne nie były tak efektywne, jak byśmy chcieli. Po ich rajdach nie padały bramki, nie było ostatniego podania. Ówczesne ustawienie stanowiło więc efekt przemyśleń, do jakich zostaliśmy zmuszeni.
Co się zmieniło od tamtej pory?
- Usprawniliśmy ten system. Gramy daleko od swojej bramki, w linii, ale z dobrą asekuracją nie tylko przez ostatniego obrońcę, ale każdego, który w danym momencie nie pilnuje rywala. Ta innowacja ułatwia nam grę w środku boiska, bo przeciwnik ma mało miejsca. Podział zadań jest dokładnie rozpisany. Każdy wie, co ma robić, kiedy my mamy piłkę, i jak się zachować, kiedy ma ją przeciwnik. Działa to chyba nieźle, skoro w każdym meczu strzelamy bramki, a rzadko je tracimy.
Czy drużyna ma świadomość, o co gra w sobotę?
- Mam swoją filozofię, którą staram się wpoić zawodnikom. Najważniejszy jest najbliższy mecz, bez względu na to, kto jest przeciwnikiem. Powiedziałem piłkarzom w Białymstoku, że jeśli ktoś przed spotkaniem z Jagiellonią będzie myślał o Wiśle, to może do tej Wisły nie doczekać w pierwszym składzie.
Czyli jak u Małysza, który dobrze wychodził na tym, że koncentrował się na najbliższym skoku...
- Ale w przypadku Legii to się sprawdza cały czas.
Czy nie ma pan wrażenia, że piłkarze Wisły źle psychicznie znoszą takie ważne mecze?
- Mam swoje przemyślenia na ten temat, ale na pewno publicznie nie będę się nimi dzielił.
Jakieś szczególne wspomnienia z meczów w Krakowie?
- Dwa lata temu przypieczętowaliśmy tam tytuł mistrza Polski. Frankowski strzelił gola już w drugiej minucie. Gospodarzom dobrze się grało z taką przewagą, ale w drugiej połowie Stanko Svitlica wyrównał. My zajęliśmy pierwsze miejsce, a Wisła drugie. Jedno nie ulega wątpliwości - oni umieją grać i my też. Powinien być dobry mecz.