Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

W Alpach jest "Spoko"

środa, 21 kwietnia 2004 09:30
Kenneth Zeigboźródło: Życie

Zamykam oczy. Jest rok 1997. Widzę 73. minutę meczu Legia - ŁKS, dośrodkowanie Tomasza Sokołowskiego i w powietrzu Kennetha Zeigbo, strzelającego gola cudowną przewrotką. 17. minuta spotkania Legia - Widzew: Kenneth kładzie na ziemię Tomasza Łapińskiego i Rafała Siadaczkę, i strzela nie do obrony. Pamięta to Pan?

Kenneth Zeigbo: Oczywiście! Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego gola dla Legii, w Superpucharze z Widzewem Łódź - piękny lob. Albo bramka wbita drużynie ŁKS na Łazienkowskiej. Legia ma wspaniałych kibiców, wciąż widzę ich reakcję po moim trafieniu. Grałem też w Pucharze Zdobywców Pucharów, w meczu z Vicenzą. Pamiętam również wszystkich moich kolegów z drużyny. Czas spędzony w Warszawie był dla mnie wyjątkowy, polecam wasze miasto znajomym.


Co się z Panem działo przez te wszystkie lata po odejściu z Legii?!

Oj, zwiedziłem wiele miejsc. Latem 1998 roku przeniosłem się z Warszawy do AC Venezia. Po roku okazało się, że bardzo chcą mnie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie wygrałem ligę! W zespole był polski lekarz - sporo o mnie wiedział i było bardzo miło pracować z waszym rodakiem. Potem wysłano mnie do Libii, a po roku trafiłem do beniaminka Serie B - L´Aquila Calcio. Teraz jestem zawodnikiem AC Belluno z Serie C2 (odpowiednik naszej IV ligi - przyp. red.). Piękne alpejskie miasteczko, podobne do Zakopanego. Wspaniale się tu czuję.


Nie ma Pan większych ambicji?

Wie pan, jaki jest futbol: znajdujesz się na szczycie, a za chwilę na dole. Nie widzę w tym problemu. Wiem, że jeszcze będę wysoko.


Są jakieś propozycje?

Jasne, na przykład z Belgii, a także z Serie A. Ale konkretów nie mogę zdradzić.


Od początku pobytu we Włoszech ma Pan problemy ze zdrowiem.

To prawda. Gdy byłem w Emiratach czy Libii, problemy się kończyły, i grałem na maksa. A we Włoszech - od kontuzji do kontuzji. Może to kwestia cięższych treningów, trudno powiedzieć. Czasami to pomaga piłkarzowi, innym razem go "zabija". Nigdy nie byłem zły na los - nad wszystkimi czuwa Bóg, za co jestem wdzięczny. Jestem mocno wierzącym człowiekiem.


To prawda, że reprezentacje Szwajcarii i USA chciały mieć Pana w swoich szeregach?

Tak! Miałem propozycje, by tam pojechać, jednak przeszkodziły mi w tym kontuzje. I tak nie mógłbym tam grać, ponieważ występowałem już w reprezentacji swojego kraju, co jest marzeniem każdego młodego Nigeryjczyka. Ostatni raz zagrałem w niej w grudniu 1999 roku, w meczu z Ghaną. Niestety, w moim ojczystym związku piłkarskim nie dzieje się dobrze, za dużo tam polityki i chaosu.


W 1997 roku został Pan uznany najlepszym piłkarzem turnieju w Tunezji.

To był wspaniały okres i cenne wyróżnienie.


Co Pan myśli o tym, że Emmanuel Olisadebe gra w polskiej kadrze.

Oli to mój dobry kolega i superpiłkarz. Kiedy przyjechał do Warszawy, mieszkał u mnie. Próbowałem namówić szefów kadry Nigerii, by go wypróbowali, ale oni wiedzieli swoje i wysyłali powołania komu chcieli. Nawet się na mnie z tego powodu troszkę pogniewali. Fajnie, że Oli gra dla Polski. Doradzałem mu: jeśli chcesz zrobić karierę - myśl o sobie. Wiem, że Emmanuel jest z tego powodu teraz dumny.


Dobrze Pan sobie radzi z włoskim?

Tak jak z angielskim, czyli nieskromnie mówiąc - perfekcyjnie. W końcu jestem na Półwyspie Apenińskim od przeszło pięciu lat.


A po polsku coś Pan pamięta?

Jasne! Na przykład "bardzo dobrze", albo "spoko, spoko" - tak mnie nawet nazywali.


Pana idolami są Ronaldo i George Weah, ale czy nadal Pan uważa, że najlepszym piłkarzem świata jest... Kenneth Zeigbo?

Można mówić, że chciałoby się grać jak Pele czy Maradona, ale ja jestem sobą i chcę grać jak tylko najlepiej potrafi właśnie Kenneth Zeigbo! Wiele osób pyta, co ja robię w czwartej lidze, ja im na to, że gram dla siebie. Mam jeszcze czas, by być kimś lepszym, a zarazem zostać sobą. Mam jeszcze mnóstwo czasu, jeśli Bóg pozwoli - będę najlepszy.


Założył Pan już rodzinę?

Mam piękną żonę Precious i dwójkę wspaniałych dzieci.


Małżonka jest Włoszką?

Nie, nie mógłbym ożenić się z nikim spoza Nigerii.


Pamięta Pan coś szczególnego z pobytu w Polsce?

Macie śliczne Stare Miasto w Warszawie, gdzie w każdą niedzielę chodziłem z ówczesną dziewczyną, Adaorą, do kościoła i kawiarni. Raz zdarzyła mi się sympatyczna przygoda. Zaparkowałem mojego kochanego Poloneza w centrum i postanowiłem przejechać się autobusem. Wsiadłem i od razu paru kibiców Legii zaczęło szeptać: "O rany to chyba Kenneth, o k..., to Spoko, Spoko!", a inny: "nie, to nie on. Zeigbo nie jeździ autobusami". Tak słuchałem, aż w końcu podszedłem i powiedziałem: "Tak, to ja, macie problem z Kennethem w autobusie?". Zdziwili się i zapytali, co się stało z moim samochodem. Odpowiedziałem im, że chciałem być jak oni i normalnie poruszać się po mieście. Podarowałem im parę autografów i pośmialiśmy się. Pobyt w waszej stolicy wspominam naprawdę wyjątkowo. Zatem pozdrawiam wszystkich Polaków!


Ostatnio w Warszawie bardzo popularny był Serb Stanko Svitlica, król strzelców polskiej ligi. Kochało go całe miasto.

To właśnie specyfika tego miejsca. Gdy coś się zrobi dla tych ludzi, będą to pamiętać. Nie mówię tak z czystej kurtuazji czy z chęci przypodobania się, ale kocham Warszawę. Zaznałem tu wiele ciepła. To sprawia, że chce się tam wrócić.


Był Pan najdroższym piłkarzem, który opuścił Polskę w 1998 roku.

Cieszę się, bo zarobiła na mnie Legia, a ja tym samym się wypromowałem. Taki jest futbol.


Czy były propozycje gry w Polsce?

Jakiś czas temu chciały mnie kupić Wisła Kraków i Amica Wronki, jednak mój klub podyktował za dużą cenę. Takie jest życie piłkarza - gra gdzie go chcą. Jeśli miałbym wrócić do Polski, to jednak wyłącznie do Legii. Wiele jej zawdzięczam i jeśli tylko by się zgłosiła, wróciłbym z radością. Lecz tak naprawdę, niczego nie można w życiu wykluczyć.


Człowiek żyje wspomnieniami...

Nie da się ukryć. Do ostatniego tchu moje serce będzie biło dla trzech krajów: Nigerii, Włoch i Polski. To właśnie moje wspomnienia.


Rozmawiał Tomasz Pazdyk

Podaj ten news dalej: