Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Mój najdziwniejszy mecz

sobota, 15 maja 2004 10:01
Marek Jóźwiakźródło: Życie

Gdy w połowie lat dziewięćdziesiątych odszedłem z Legii, zwiedziłem kawał Europy. W roku 1996 wylądowałem we francuskim mieście Guingamp, gdzie grałem z powodzeniem w tamtejszym klubie. Pięć lat później miałem przygodę w chińskim Szenjang Jinde, ale trwała bardzo krótko. Ciekawe, że rozgrywki w Azji przypominają trochę ligi zawodowe w Stanach Zjednoczonych - koszykarską NBA czy hokejową NHL. Proszę sobie tylko wyobrazić, że gdy mieliśmy mecz w sobotę, to wyruszaliśmy już w... czwartek! Do przyjemności to nie należało, jednak kiedyś na zgrupowaniu w Seulu "urwałem" się i - w krótkich spodenkach, z plecakiem - po piętnastu godzinach byłem w Warszawie i zrobiłem żonie niespodziankę. Po weekendzie z powrotem znalazłem się w Pekinie. Troszkę się nalatałem, ale miałem zniżki w Air France.

Wracając do pobytu nad Sekwaną. Mój najdziwniejszy mecz odbył się w sezonie 1999-2000 - z LB Chateauroux na naszym stadionie. Wtedy zapewniliśmy sobie awans do ekstraklasy, zanim to jednak nastąpiło, przeżyliśmy chwile grozy właśnie z tym przeciwnikiem. Na trybunach zasiadło wielu gorąco reagujących kibiców, którzy byli przekonani o łatwym zwycięstwie Guingamp. Niestety, nasz plan był realizowany tylko do sześćdziesiątej minuty, kiedy strzeliliśmy gola na 2:0. Wtedy goście wzięli się do roboty. Zaczęli grę ze środka boiska i w pierwszej akcji władowali nam bramkę! Nic to - pomyśleliśmy - zdarza się przecież. Teraz to my ustawiliśmy futbolówkę w centralnym punkcie boiska, ale... po jakichś piętnastu sekundach już ją straciliśmy. Piłkarze Chateauroux przeprowadzili akcję, po której... wyrównali pięknym strzałem w samo okienko.

Stadion, krótko mówiąc, ucichł. Nasi napastnicy znów zaczęli od środka. Tym razem po pół minuty goście przechwycili piłkę i pokonali naszego bramkarza po raz trzeci! Nie wiedzieliśmy, o co chodzi, byliśmy w szoku i każdy chciał już opuścić murawę. Przegraliśmy spotkanie, którego nie mieliśmy prawa nie wygrać.

Na szczęście Guingamp ma kibiców, którzy są ze swoimi pupilami na dobre i na złe. Wszystkie gole straciliśmy dosłownie w ciągu czterech minut i trzydziestu sekund... Pamiętam takie szczegóły, bo po prostu tego meczu nie zapomnę do końca życia, takiego szoku nikt z nas nie przeżył. Mógłbym to porównać do spotkania Legia Warszawa - Widzew Łódź, w którym nie grałem, ale pamiętam, że zwycięskie gole dla łodzian padły bodaj w ciągu pięciu minut.

Był to jeden z ostatnich meczów Guingamp w sezonie. Dzięki Bogu mieliśmy dość pokaźną przewagę punktową nad trzecią drużyną, więc mogliśmy sobie pozwolić na nieoczekiwaną porażkę. Choć przez te stracone trzy punkty musieliśmy z większym stresem przystępować do kolejnych meczów, by zapewnić sobie awans.

Najśmieszniejsze było to, że napastnik, który strzelił nam wtedy dwie bramki, w następnym sezonie przyszedł do naszej drużyny. Śmiał się, że musieliśmy się z nimi męczyć przez godzinę i strzeliliśmy dwa gole, a oni załatwili nas w cztery i pół minuty...

Podaj ten news dalej: