Ta historia mogłaby posłużyć za scenariusz filmu. Waldemar Makarewicz z Ełku dzięki miłości do Legii wyrwał się z alkoholizmu i zaczął pomagać wychowankom domu dziecka.Przyjeżdżam z Ełku na Legię od ponad 30 lat - mówi z uśmiechem pan Waldemar Makarewicz. - Zawsze czekają na mnie i moich podopiecznych z Domu Dziecka w Ełku bilety wstępu. Teraz decyzją pana Mariusza Waltera otrzymałem karnet. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego prezentu - dodaje. - Pochodzę z Pragi. Ojciec był prawdziwym kirusem ze Szmulek. Pił, bił i tak na okrągło. Kiedyś zabrał mnie na Legię. Był rok 1948. Legijka wygrała z Ruchem Chorzów. I tak mi już zostało na resztę życia - zakochałem się w tym klubie.Ojciec stoczył się na dno. Matka nie mogła tego wytrzymać i wyjechała do Ełku, zabierając mnie ze sobą. Pokonywałem więc pół Polski, aby przyjeżdżać na mecze Legii. Zdarzało się, że dwie godziny spędzone na Łazienkowskiej kosztowały mnie dwie doby poniewierki po towarowych wagonach, nocach spędzanych byle gdzie i o suchym pysku. Ale musiałem być na meczu... Niestety, zacząłem się też staczać, jak ojciec. Prawdopodobnie skończyłbym gdzieś pod płotem, gdyby nie szczęśliwy traf. Popijaliśmy piwo w trawce nad brzegiem ełckiego jeziora. Okazało się, że wybraliśmy boisko miejscowego domu dziecka. Dzieciarnia biegała obok nas, usiłując wbić jakąś szmaciankę do bramki. Byłem trochę na rauszu, przyznaję, chciałem im wyrzucić tę piłkę. Podniosła się wrzawa.Uniosłem się honorem i obiecałem, że przywiozę im prawdziwą piłkę, z Warszawy, co wywołało śmiech - wspomina. Makarewicz pojechał na Łazienkowską na trening drużyny. Czatował na piłkę, która poleci w trybuny. Udało się, ale nie zdołał z nią uciec. Złapał go Kazimierz Deyna. - Wyjaśniłem, że chciałem ją dać chłopcom z domu dziecka. Nie mogli uwierzyć. Zatelefonowali do Ełku. Gdy usłyszeli potwierdzenie, cała drużyna złożyła na piłce autografy. Deyna zorganizował jeszcze zrzutkę i do Ełku wracałem z jedenastoma nowiutkimi piłkami - dodaje. Znajomość z piłkarzami Legii przerodziła się w patronat klubu nad domem dziecka. Chłopcy otrzymywali już nie tylko piłki, ale również sprzęt sportowy, gadżety, a przede wszystkim stroje. - Byli z tego dumni. Żadna drużyna w tamtym regionie nie miała tak fantastycznych ubiorów. Jeździliśmy na Legię dość regularnie. A ja, dzięki tej działalności, zdołałem wydźwignąć się z nałogu - wyznaje niemal ze łzami w oczach Makarewicz.- Teraz coraz trudniej zorganizować przyjazd dzieci na mecz, choć klub niezmiennie rezerwuje nam miejsca. Brakuje pieniędzy na opłacenie autokaru. Wkrótce może okazać się, że wycieczka na mecz finałowy rozgrywek Pucharu Polski będzie ostatnią w historii ełckiego domu dziecka. Władze powiatowe zamierzają bowiem zlikwidować tę placówkę - kończy niezwykły sympatyk warszawskiego klubu.