Zadebiutowałeś w Legii dwa razy. Najpierw był pierwszy mecz w barwach nowego klubu przeciwko Arce, potem musiałeś przedstawić się fanom na Łazienkowskiej w spotkaniu z Austrią Wiedeń. Mimo, że za drugim razem strzeliłeś gola, występu nie możesz zaliczyć chyba do udanych.
Junior: To prawda. W Gdyni grało mi się znacznie lepiej, bo... wystąpiłem na optymalnej pozycji, czyli rozgrywającego. W meczu z Austriakami trener kazał mi grać jako napastnik. Tak naprawdę pierwszy raz w karierze przyszło mi wystąpić na takiej pozycji. Strzeliłem gola, co mnie bardzo ucieszyło, ale nie mogłem pokazać wszystkiego, na co mnie stać. Zwłaszcza w pierwszej połowie nie wyglądało to najlepiej.
Może debiut przed kibicami trochę cię zdeprymował?
- Jestem doświadczonym zawodnikiem i takie rzeczy nie mają na mnie wpływu. A co do kibiców, to dużo słyszałem o ich dopingu i rzeczywiście wyglądało to świetnie. Warto grać dla takiej publiczności. Atmosfera na stadionie była świetna. Jestem pewien, że Legia znów zacznie wygrywać.
Przyszedłeś do drużyny w trudnym momencie. Wszyscy oczekują, że za twoją sprawą zespół wyjdzie z kryzysu. Wytrzymasz tę presję?
- Wiem, co robić, by pomóc zespołowi. Zresztą, każdy z pozostałych zawodników myśli podobnie. Mamy jeden wspólny cel.
Podpisując kontrakt, wiedziałeś, że Legia pogrążona jest w kryzysie?
- Propozycję gry w tym klubie otrzymałem zanim mistrz Polski zmierzył się z Szachtarem Donieck. Dlatego z wielką uwagą śledziłem losy tej drużyny. Wiedziałem jak gra Legia, jakie uzyskuje wyniki. Słabsze momenty zdarzają się każdemu. Najważniejszą sprawą było dla mnie to, że polski klub walczy o wyższe cele. Do tej pory występowałem w Tawrii Symferopol, więc przejście do Legii oznaczało sportowy awans.
Jednak liga ukraińska stoi na wyższym poziomie niż polska. Europejskie puchary dobitnie to pokazały...
- Na pewno Szachtar jest poza zasięgiem Legii. Grają tam naprawdę dobrzy piłkarze. Jest jeszcze jedna rzecz, która odróżnia polską i ukraińską piłkę: tam futbol bardziej przypomina brazylijski. W Polsce królują siła i taktyka. Wszystko jest podporządkowane tym elementom.
Czy ty także traktujesz Legię jak trampolinę, dzięki której będziesz miał szansę wskoczyć do lepszego, zachodniego klubu?
- W ogóle nie interesują mnie takie dywagacje. Traktuję grę w piłkę jako zawód. Może tak się stać, że będę grał w Legii nawet i pięć lat. Jeżeli wszyscy będziemy z tego zadowoleni, niech tak zostanie.
Ale na pewno masz jakieś marzenia piłkarskie. Może liczysz na występ w brazylijskiej kadrze?
- O tym już dawno zapomniałem. Są ode mnie lepsi i nie zaprzątam sobie tym głowy.
A czym?
- Nigdy nie byłem mistrzem kraju. Teraz występuję w drużynie, która broni tego trofeum. Chciałbym z Legią sięgnąć po tytuł. No i powalczyć o coś w europejskich pucharach. Nic więcej do szczęścia mi nie trzeba.
Grając w Symferopolu, nauczyłeś się jezyka rosyjskiego. Czy teraz podejmiesz próbę opanowania polskiego?
- Dopiero po roku gry zacząłem mówić w nowym języku. Może teraz szybciej nauczę się polskiego, bo to pokrewne języki. Tak, mam zamiar nauczyć się waszego języka. To dla mnie oczywiste.
Szybko się aklimatyzujesz?
- To zależy od otoczenia. Symferopol to małe miasteczko, mocno zaniedbane, nawet trochę zacofane. Jakby z innej epoki. Co innego wasza stolica. Wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Nawet ten apartament, w którym teraz rozmawiamy, to zupełnie inny standard. Myślę, że w Warszawie nie będę miał żadnych problemów z aklimatyzacją. Pochodzę z wielkiego miasta. Dla mnie korki uliczne to nic takiego. Jeżeli macie dość tych w waszej stolicy, to zapraszam do Sao Paulo.
Masz już samochód?
- Nie, ale lada moment dostanę - jezeli nie z klubu, to sam kupię. Nie boję się jazdy w wielkim mieście.
Nocnych klubów też nie brakuje.
- Ha, ha... Słyszałem, że był tu jakiś problem. Mnie nie spotkacie w takim miejscu. Mieszkam przecież z żoną i córeczką. Wolny czas chcę poświęcić tylko im. Choć może nie do końca. Nie mam siły chodzić z nimi po sklepach. Wciąż nie mogę zrozumieć, jak można tak długo wybierać ciuchy.
Na szczęście nie jesteście jedynymi Brazylijczykami w Warszawie.
- Właśnie. W Symferopolu byliśmy sami, a tu możemy spędzać wolny czas z rodakami. Moja żona Fernanda zaprzyjaźniła się z żonami Hugo i Edsona. Poza tym chciałbym podkreślić jedną rzecz: na Ukrainie wielokrotnie spotykaliśmy się z przejawami rasizmu. Tam obcy traktowani są z niechęcią. Nikt nie chce pomóc, gdy słyszy inny język. Na szczęście w Polsce jest na odwrót. Jak nie słowem, to na migi, ale ludzie z dużą ochotą pomagają.
Wspomniałeś, że pochodzisz z dużego miasta. Czy był dla ciebie jedyną szansą na zmianę statusu społecznego?
- Niestety pochodzę z biednej rodziny i piłka nożna była najlepszą okazją, by coś w życiu osiągnąć. Bardzo mocno wspierała mnie mama. Potem moja dziewczyna, obecna żona. Zawsze marzyłem o własnym domu czy choćby apartamencie w Sao ulo. Dziś mam jedno i drugie. Mogę powiedzieć, że osiągnąłem sukces.
Jeszcze kilka lat pograsz w piłkę, a co potem? Będziesz trenerem, a może menedżerem?
- Nic z tych rzeczy. Po pierwsze nie skończyłem żadnej szkoły. Niestety piłka całkiem mnie pochłonęła. Ale nie żałuję tego. Po zakończeniu kariery piłkarskiej odejdę od futbolu. To środowisko jest dla mnie zbyt skomplikowane. Poza tym chcę więcej czasu poświęcić rodzinie. Przez półtora roku byłem sam w Symferopolu. A moją małą córeczkę zobaczyłem pierwszy raz dopiero gdy miała cztery miesiące! Mam więc co nadrabiać. Na mecze piłkarskie będę chodził, ale tylko jako kibic.