Z przyczyn religijnych nie mógł grać meczów w sobotę, a na najważniejszą w karierze imprezę przyjechał bez piłkarskich butów. Nowy obrońca warszawskiej Legii, Herbert Dick, ma za sobą wiele dziwnych przeżyć. Do Legii ściągnął go menedżer Wiesław Grabowski, ten sam, który do Polski sprowadził jego rodaka i kolegę z reprezentacji Zimbabwe, Dicksona Choto.
Herbert Dick, czyli człowiek po przejściach
- Miałem już wyjechać do Chin i podpisać tam kontrakt, kiedy pan Grabowski zadzwonił do mnie i powiedział, że ma dla mnie klub w Polsce - opowiada. - Od razu przedzwoniłem do Dicksona, a on powiedział mi, że Polska jest w porządku i że mają tu całkiem niezłą ligę, lepszą niż... w Zimbabwe.
Nie dość, że poziom u nas jest wyższy niż w Zimbabwe, to jeszcze Legia może rozgrywać mecze w każdy dzień tygodnia. To dla Dicka miła odmiana. Właścicielem AmaZulu - klubu, z którym gracz Legii był związany niemal całą karierę - był afrykański bogacz Delma Lupepe. Milioner był nie tylko bogaty, ale również bardzo religijny.
- Był gorliwym wyznawcą Kościoła adwentystów i zabraniał nam rozgrywać mecze w sobotę, która dla niego jest dniem świętym - opowiada Dick. - Cały czas udawało się przekładać spotkania na inne dni, aż wreszcie jeden rywal się na to nie zgodził.
AmaZulu nie przyjechało na mecz, za co piłkarskie władze zdyskwalifikowały klub... na pół roku. - Lupepe zamiast inwestować dalej w futbol, zaczął budować kościoły. I nie ma już AmaZulu - dodaje smutno obrońca Legii.
Rok temu o Dicku rozpisywały się wszystkie afrykańskie gazety. Powołany w ostatniej chwili na Puchar Narodów Afryki w miejsce kontuzjowanego kolegi z reprezentacji, piłkarz w pośpiechu zapomniał zabrać ze sobą do Egiptu piłkarskich butów. - Skąd to wiesz?! To nie byłem ja, tylko ktoś inny! - wybucha śmiechem, zapytany o tamtą historię.