Transfery na linii Legia – Wiedzew zawsze wyzwalają duże emocje wśród kibiców obu klubów. W historii nie brakowało spektakularnych zakupów obu stron. Piłkarz decydując się na tak drastyczną zmianę barw, musi pamiętać, że pośrednio na własne życzenie skazuje się na kibicowską krytykę. W jednej chwili z bohatera może stać się największym wrogiem.
Z Widzewa do Legii - z Legii do Widzewa
Przekonał się o tym Dariusz Dziekanowski, który w 1985 r. przeniósł się z Widzewa do Legii. Kupiony dwa lata wcześniej za szokującą wówczas cenę 21 mln. zł piłkarz szybko stał się wrogiem numer jeden łódzkiej publiki. Jakby tego było mało swój pobyt w Łodzi „Dziekan” skwitował słowami, które przeszły do historii: „Łódzkie powietrze mi zaszkodziło i kiedy tylko mijam tabliczkę z napisem Warszawa, natychmiast otwieram okno samochodowe, aby nasycić się świeżym powietrzem”. Dziekanowskiego za te słowa znienawidzono w Łodzi, a z otwartymi ramionami przyjęli go kibice w Warszawie.
O emocjach towarzyszących przeprowadzce z Warszawy do Łodzi przekonał się Maciej Szczęsny. Po zdominowaniu z Legią rozgrywek ligowych i awansie do ¼ finału Ligi Mistrzów, Szczęsny zdecydował się na przejście do Widzewa. Wywołało to oburzenie kibiców, gdyż bramkarz choć miał trudny charakter, to był przez nich lubiany. Od słowa do słowa na linii Szczęsny – kibice Legii rozpoczęła się mała wojna. Bramkarz skarżył się, że kibice terroryzują jego rodzinę a nawet usiłowali obrzucić kamieniami jego samochód. Sam określał fanów mianem „bydła”. Gdy przyjeżdżał na Łazienkowską ze swoją nową drużyną nie był więc mile witany.
Prawdziwy łódzki zaciąg zagościł w Warszawie wraz z objęciem funkcji trenera przez Franciszka Smudę. Szkoleniowiec sprowadził na Łazienkowską Marka Citko i Tomasza Łapińskiego. Jeżeli dołączyć to tego ściągniętych z zza granicy, a mających za sobą widzewską przeszłość, Rafała Siadaczkę i Pawła Wojtalę, to z elką na piersi grało aż czterech ekswidzewiaków. Choć próbowali wszelkimi sposobami zdobyć przychylność kibiców (Citko po bramce strzelonej w meczu z Zagłębiem Lubin ucałował nawet herb Legii), to ulubieńcami trybun nie zostali. Łapiński przez trzy sezony pobytu na Łazienkowskiej rozegrał... pół meczu ligowego, a cały czas leczył kontuzję. Podobnie było z Wojtalą, który także ciągle skarżył się na kontuzje.
Najnowsza historia warszawsko-łódzkich transferów to osoby Piotra Włodarczyka i Jakuba Rzeźniczaka. „Włodar” do Legii pierwszy raz trafił w 1997 r., ale nie zagrzał na Łazienkowskiej zbyt długo miejsca. Swych sił w barwach Wojskowych próbował jeszcze raz, aż w końcu wylądował w Widzewie. Tam przypomniał sobie jak strzelać bramki. Szybko znalazł się więc w orbicie zainteresowań Legii. W Warszawie przyjęto go z otwartymi ramionami a „Władeczek” choć marnuje sytuacje i czasami doprowadza kibiców do szału, jest na trybunach lubiany.
Gorzej jest z Rzeźniczakiem. Ten rodowity łodzianin mając 18 lat przeniósł się z Widzewa do Legii. Pod okiem Jacka Zielińskiego miał wyrosnąć na ostoję defensywy. Nie mógł jednak wywalczyć miejsca w wyjściowym składzie i wypożyczono go do Widzewa. Podczas ostatniego meczu z Legią nie wytrzymał napięcia i kopnął bez piłki Eltona. Wywołało to natychmiastową reakcję kierownika Legii Ireneusza Zawadzkiego, który wybiegł na murawę i w ostrych słowach wytłumaczył „Rzeźnikowi” co myśli o takim zachowaniu. Swoje wiedzą też kibice i Rzeźniczak może przeżywać trudne chwile po powrocie z wypożyczenia.
Teraz z problemami towarzyszącymi przeprowadzce z Łodzi do Warszawy musi poradzić sobie Bartłomiej Grzelak. Gdy pojawiła się informacja, że zostanie zawodnikiem Legii, wzburzyli się kibice Widzewa. Opinie „mogłeś odejść wszędzie, ale nie tam” lub „życzę ci wszystkiego najgorszego” nie należą do rzadkości. Na szczęście dla Grzelaka wiosną Legia zagra z Widzewem na własnym stadionie.