Kiedy zapadnie decyzja w sprawie objęcia przez Pana stanowiska dyrektora sportowego?
- To zależy od przedstawicieli warszawskiego klubu. Gościłem w stolicy, rozmawialiśmy na temat mojej pracy, ale decyzji jeszcze nie podjęto.
Gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze...
- Celowo nie chciałem rozmawiać o kwestiach finansowych. Wolałem, byśmy się najpierw poznali i przedstawili, co mamy sobie do zaoferowania.
Czeka Pan na telefon w sprawie finalnych rozmów?
- Jestem w kontakcie z przedstawicielami Legii. Wkrótce sprawa się wyjaśni. Ja nie chcę naciskać. Funkcja dyrektora sportowego to poważne stanowisko. Z tego, co się orientuję, właściciele Legii chcieliby, aby taka osoba znalazła się także w zarządzie klubu. Nie sądzę więc, by decyzja mogła zapaść w dwa czy trzy dni.
Za co miałby Pan być odpowiedzialny w Legii?
- Dyrektor sportowy powinien zająć się wszystkim. Musi być dozorcą. Zobowiązany jest do reprezentowania klubu poza nim, czuwania nad transferami i znać się na szkoleniu młodzieży. Właściciele warszawskiego klubu dokonali niebywałej rzeczy, porządkując wszystko w Legii w ciągu trzech lat. Teraz chcą zatrudnić więcej ludzi, by sztab sportowy mógł normalnie pracować. By uporządkować klub nie tylko pod względem organizacyjnym, co już się udało, ale także pod względem sportowym.
Jakie ma Pan pomysły?
- O młodzieży wspominałem. To dla mnie priorytet, choć wiem, że wszyscy głównie patrzą na pierwszy zespół. Nie przychodzę z pomysłami uzdrowienia klubu. Prowadzenie Legii jest pracą żmudną, ale przede wszystkim długofalową. Trzeba określić filozofię budowania przez lata pierwszej drużyny. W klubie jest trener, który czuwa nad wynikami zespołu, są ludzie, jak dyrektor sportowy, którzy muszą myśleć o przyszłości. Będę musiał stworzyć bazy danych, standardowe próby wydolnościowe, siłowe i szybkościowe. Nie ma metodologii pracy ani opisów zawodników, czyli co mają w sobie dobrego, co złego, żeby było wiadomo kto, kiedy, ile i jak trenował. Jeśli podejmę pracę w Legii w tym sezonie, będę miał ograniczone możliwości, by cokolwiek zmienić. Przecież muszę mieć czas na poznanie piłkarzy, przyjrzenie się im oraz ich badaniom, odbycie rozmów z trenerami wszystkich grup, aby na tej podstawie stworzyć raport. Dopiero w perspektywie czasu, może nawet drugiego półrocza, mógłbym zacząć normalnie działać.
Nie obawia się Pan, że zbyt łatwo może Pan wejść w kompetencje trenera?
- Byłem tyle lat piłkarzem, jestem trenerem, więc nauczyłem się, co należy do obowiązków szkoleniowca, a co leży w gestii dyrektora sportowego i członka zarządu. Trener ustala skład, zgrupowania, treningi. Klub ma swoją politykę i swoje spojrzenie na przyszłość. Trener broni interesów drużyny, a dyrektor sportowy - klubu. Wyobraźmy sobie, że trener Realu Madryt Fabio Capello prosi o transfer Fabio Cannavaro. A prezes mówi, że go nie chce, bo ma 33 lata i trzeba mu płacić 10 mln euro. Cóż z tego, że zawodnik podnosi poziom sportowy drużyny, ale klub przez to staje się biedniejszy, skoro on i tak niebawem nie będzie grał.
Ma Pan tytuł trenera międzynarodowego po czterech latach nauki fachu w Hiszpanii. Nie korci Pana zostać trenerem, a nie dyrektorem sportowym?
- Gdyby była propozycja objęcia niezłej drużyny, pewnie bym spróbował. Ale Legia zaoferowała mi stanowisko dyrektora sportowego. Dla mnie to ogromne wyzwanie. Dlatego warto powstrzymać ambicje trenerskie. Zawsze jednak powtarzam, że jeśli nie może się być piłkarzem, najatrakcyjniejszą formą związania z futbolem jest zostanie trenerem.