1 stycznia 2007 roku skończyłeś 30 lat. Piłkarze w twoim wieku nie myślą raczej o zakończeniu przygody z piłką.
Jacek Magiera: To nie jest tak, że uciekam od futbolu. On wciąż jest bardzo ważną częścią mojego życia. A skoro jesteśmy przy datach... 19 grudnia to dla mnie istotny dzień. W 1996 roku podpisałem właśnie wtedy umowę na grę w Legii. Dziesięć lat później zostałem trenerem w tym klubie.
Będziesz pracował z młodzieżą?
- Tak to można nazwać. Będę odpowiedzialny za sportowy rozwój młodych piłkarzy, zarówno z zespołów młodzieżowych, jak i seniorskich Legii. Będę pomagał też Radkowi Mroczkowskiemu w reprezentacji młodzieżowej.
Jeszcze kilka tygodni temu Jacek Magiera był w kręgu zainteresowań kilku klubów z I i II ligi.
- Byłem, ale 14 grudnia zakończyłem negocjacje w tej sprawie, wybierając ofertę szkoleniową z Legii. Nikogo nie oszukiwałem, nie kluczyłem. Sprawę przedstawiłem jasno. Teraz przede mną nowe wyzwania.
Nie ciągnęło cię do Częstochowy, do Rakowa? Przecież przez pół sezonu występowałeś na trzecioligowych boiskach.
- Raków to klub, który darzyłem i darzę szczególnym sentymentem. Wiele bym dla niego oddał i oddałem. Przez wiele sezonów, choć grałem w Legii, robiłem co mogłem, by przetrwał najgorszy czas. Dlatego zdecydowałem się, gdy pojawiła się taka możliwość, na półroczne w nim występy. Z Legii nikt mnie nie wyrzucał. Mogłem zostać w niej, odcinać kupony i zarabiać dobre, jak na nasze warunki, pieniądze. Niektórzy uważali, że jestem szalony, bo sparingi w Hiszpanii zamieniłem na mecze towarzyskie w Kleszczowie, gdzie butem na śniegu sam wyznaczałem linię, a występy na obiekcie we Wrocławiu, gdzie na mecz Polaru z Rakowem przybyło dokładnie 46 kibiców, z których 40 to byli kibice z Częstochowy, nad wspaniałe widowiska przy Łazienkowskiej.
Raków z Magierą w składzie uplasował na piątej pozycji w III lidze. Po rundzie jesiennej był dopiero trzynasty. Twój wkład w lepsze wyniki zespołu był więc niezaprzeczalny.
- Nie mnie to oceniać. Po pół roku wróciłem jednak do Legii. Potem zdecydowałem się, tylko dzięki trenerowi Białasowi, na grę w Cracovii. Nie czułem się tam dobrze. Na każdym kroku dawano mi do zrozumienia, że jestem "legionistą". Na dodatek przekonałem się, że nie wszystkie kluby w polskim futbolu są profesjonalnie prowadzone.
Nie korciło cię, żeby po nieudanym epizodzie w Cracovii znów pograć dla Rakowa?
- Oczywiście, tym bardziej, że sam sobie narzuciłem reżim treningowy i widziałem siebie w tym klubie. Ale w listopadzie dano mi do zrozumienia, że moja obecność będzie tam stwarzała zły klimat. Mówiąc wprost, poczułem się jak osoba niechciana w tym klubie. To przelało czarę goryczy.
Masz to szczęście, że bardzo płynnie przechodzisz z kariery zawodniczej do kariery trenerskiej. Nie wszystkim się to udaje.
- Rzeczywiście. To cenna sprawa. W głębi duszy drzemie jednak pewien zawód, że moje pokolenie zawodnicze nie potrafiło zrobić takiej kariery, na jaką zasługiwało. Że coś zawalono. Że Maciek Terlecki, Mariusz Kukiełka, czy nawet Mirek Szymkowiak nie trafili do największych europejskich klubów. Przecież kiedy zdobywaliśmy mistrzostwo Europy do lat 16, mówiono o nas jako cudownych chłopakach polskiego futbolu. A taki Tomek Kosztowniak, zawodnik o ogromnym potencjale, nawet nie kopnął piłki na pierwszoligowych boiskach.
Gdzie popełniono więc błędy?
- Nie uczono nas, tylko wrzucano do grania. Drużyna seniorów, rezerwy, rozgrywki juniorów... Obciążano nas zbyt wieloma piłkarskimi obowiązkami. Nie rozwijaliśmy się zarówno sportowo, jak i mentalnie.
Chcesz to zmienić?
- Chcę. Bez tego nie mamy szans dogonić najlepszych. Wychowanie piłkarza to bardzo złożony proces. Z każdym zawodnikiem trzeba rozmawiać. Trzeba mu tłumaczyć pewne rzeczy, jak ma się odżywiać, ile ma wypoczywać, jak poukładać sobie naukę w szkole. Do tego dochodzą treningi. Nie tylko te stricte piłkarskie. Trzeba pracować na wielu płaszczyznach. Czerpać wiedzę z całego sportu, ze wszystkich dyscyplin. Nauczyć zawodnika poruszania się po boisku. Analizowania pewnych sytuacji.
Skończyłeś studia na Wydziale Filologiczno-Historycznym Akademii Jana Długosza i nawet sami wykładowcy wyrażali się o realizowaniu przez ciebie obowiązkach uczelnianych z najwyższym podziwem.
- Jestem zdania, że wszystko można w życiu pogodzić. Nie jestem może tutaj odkrywczy, ale i piłkarze mogą zdobywać wykształcenie. Do studiowania w Częstochowie chcę nawet namówić zawodników Legii.
Rozmawiał Andrzej Zaguła