Sezon 2006/07 piłkarsko był dla nas zupełnie nieudany. Blamaż we wszystkich możliwych rozgrywkach, a na koniec sezonu ledwie awans do Pucharu Intertoto, to wynik znacznie poniżej naszych oczekiwań. Jak wobec tego przez ostatnie pół roku prezentowali się fani Legii? Zapraszamy do kibicowskiego podsumowania rundy wiosennej.
Kibicowskie podsumowanie rundy wiosennej
Po zimowej przerwie po raz pierwszy na trybunach zasiedliśmy w końcówce lutego. Rozgrywki Pucharu Ekstraklasy przyspieszyły początek wiosny dla legionistów. Zainteresowanie tymi rozgrywkami nie jest jednak zbyt duże, więc 6,5 tysiąca fanów trzeba uznać jako dobry wynik. 
Wyjazdy do Płocka od jakiegoś czasu cieszą się większym zainteresowaniem legionistów. Tym razem wizyta w oddalonym o zaledwie 114 km Płocku nie była jednak tak atrakcyjna - spotkanie rozpoczynało sie bowiem we wtorek o godzinie 17.

Dodając do tego rozgrywki PE, mamy dobre wytłumaczenie zaledwie trzech setek warszawiaków. Zresztą frekwencja w sektorze gości była i tak zupełnie przyzwoita patrząc na wypełnienie całego obiektu im. Kazimierza Górskiego. Tym bardziej, że kibice Legii po raz kolejny jako jedyni w kraju musieli przechodzić przez całą inwigilacyjną procedurę, w której chyba tylko przez pomyłkę zapomniano wymagać szczepień oraz odcisków palców.
O ile wyjazd do Płocka nie wzbudził większego zainteresowania, to druga w ostatnich latach okazja pojawienia się na Cracovii była łakomym kąskiem.

Trzeci wyjazd w tygodniu i po raz kolejny niewiele ponad trzy stówki legionistów. Bełchatów. Niby kibicowska prowincja, ale organizacyjnie o parę klas wyżej od Cracovii. Wokół stadionu spotkać można było liczne grupki poubieranych w barwy warszawiaków. Wejście na sektor było kulturalne, bilety zaś nabywać można było na miejscu. Mimo fatalnej postawy i wysokiej porażki naszej drużyny, pokazaliśmy się bardzo dobrze od strony dopingu.

Mimo fatalnej postawy piłkarzy z Dyskobolią, na mecz do Bełchatowa udało się zmobilizować rzadko spotykaną rzeszę fanów. "Inwazja" na Bełchatów przebiegała bardzo sprawnie, głównie dzięki zaangażowaniu SKLW, które pomagało organizatorom w sprawnym wpuszczaniu kibiców na obiekt. 
zawiedzionych fanów.
Jesienią pojawiliśmy się na stadionie ŁKS-u, tylko dzięki pomocy fanów z Al. Unii. Przy okazji meczu o PE, mogliśmy już bez problemu zasiąść w sektorze za bramką. Niedogodny termin sprawił, że zainteresowanie było znacznie mniejsze niż pół roku wcześniej. 
Tydzień później gościliśmy ełkaesiaków na naszym stadionie. Tym razem stawką spotkania były ligowe punkty. W rewanżu za jesienną gościnę, odwdzięczyliśmy się gościom większą niż zwykle pulą biletów. Aby to osiągnąć, SKLW musiało się mocno nabiegać, a w dniu meczu zabezpieczać przemarsz przyjezdnych z dworca na stadion i z powrotem. 
Jak święta Wielkanocne, to oczywiście wyjazd. Z domowych porządków wykręciło się ponad 700 legionistów i fanów Zagłębia. Niestety, na miejscu dały się we znaki błędy informacyjne Stefana Dziewulskiego. Ci którzy próbowali zaparkować pojazdy zgodnie z wytycznymi "Szeryfa", wracali do stolicy bez szyb. 
Mecz Legii z Arką początkowo miał się nie odbyć, ze względu na zawieszenie MZKSu w rozgrywkach krajowych. Część fanów skorzystała więc z wolnego, jak się spodziewali, weekendu, co miało wpływ na nie najlepszą tego dnia frekwencję. 
Kolejny wyjazd do Płocka nie był już tak liczny jak zeszłoroczne, ale minimum przyzwoitości zachowaliśmy. 
Mecz z Koroną miał dać odpowiedź, czy fatalnie spisująca się Legia ma jeszcze szansę powalczyć o mistrzostwo. Na trybunach odnotowano komplet widzów. Była też efektowna oprawa z hasłem przewodnim "Walczyć, trenować! Warszawa musi panować!". Na odkrytej kibice podnieśli do góry folie aluminiowe i kartony, a całość utworzyła eLkę na tle złotych folii. 
Wyjazdy na Wisłę zawsze cieszyły się sporym zainteresowaniem. Zawsze jednak brakowało biletów dla wszystkich chętnych. Tym razem, mimo że o trzymaliśmy po raz pierwszy 950 wejściówek, te rozeszły się w mgnieniu oka, a setki zainteresowanych, nie miały okazji dopingować Legii przy Reymonta. Na ten mecz legioniści podróżowali pociągiem specjalnym, który ruszał nietypowo, bo z Dw. Gdańskiego. 
Na naszym stadionie po raz ostatni, miejmy nadzieję na krótko, rozgrywany był mecz przyjaźni z Pogonią. "Portowcy" w przeciwieństwie do brazylijskich gwiazdeczek nie dali plamy i zameldowali się na skrajnym sektorze Żylety w 400 osób. Po raz pierwszy legioniści mogli zasiadać również w sektorze pod zegarem, choć miejsca te nie cieszyły się akurat zbyt wielkim powodzeniem. Spotkanie przyjaźni zapamiętamy głównie dzięki zabawie, która wyniknęła zupełnie przypadkiem. Otóż starano się śpiewać jedynie pieśni posiadające słowo "Hej!". Mimo deszczowej pogody, zabawy było co niemiara. Kibice pożegnali również swojego byłego prezesa okrzykiem – „Zygo nie wracaj!".
Już wyjazd do Krakowa pokazał, że jak tylko chcemy, potrafimy dopingować doskonale. 
Mecze Legii z Widzewem nie decydują już o mistrzowskiej koronie, ale cały czas przyciągają kibiców na trybuny. 
Po prestiżowym meczu z Widzewem, czekał nas nie mniej atrakcyjny wyjazd na Lecha. Chętnych rzecz jasna nie brakowało. Ostatecznie udało się "wytargować" jedynie 1300 biletów, ale w podróż specjalami SKLW ruszyło więcej osób, którzy liczyli, że podobnie jak Widzew parę dni wcześniej, wejdą na stadion bez problemu.


Nieudany dla nas sezon kończył mecz z Zagłębiem Lubin. Pojedynek, który mógł decydować o tym, kto zostanie mistrzem Polski. 
Puchar Ekstraklasy nie tylko przyspieszył nam rundę wiosenną, ale i ją wydłużył. Na koniec czekały nas bowiem dwie potyczki z Łęczną, a później - jak wszyscy myśleli - jeszcze trzy spotkania w tych rozgrywkach. 

U siebie

Minione pół roku nie było z pewnością najlepsze w naszym wykonaniu. Frekwencja była co prawda lepsza niż w rundzie jesiennej. Także kibice gości znacznie liczniej odwiedzali nasz stadion niż w poprzedniej rundzie. Doping, mimo że również poszedł w górę, dalej pozostawia wiele do życzenia. Niestety, coraz częściej kibice z odkrytej skupiają się na wydarzeniach na boisku zamiast zdzierać gardła. Jak widać, cel postawiony przez Pana Waltera i spółkę pt. "Wymiana publiczności" jest powoli realizowany...
9 spotkań w minionej rundzie rozegranych było przy Łazienkowskiej. Trzy z nich rozgrywane były w piątek, 4 w sobotę i dwa w niedzielę. Na zainteresowanie meczami nie miał większego wpływu dzień jego rozgrywania, a atrakcyjność przeciwnika. Nic dziwnego, że działacze doszli do wniosku, że właśnie pod tym kątem należy różnicować ceny wejściówek na mecze. Na spotkaniach ligowych, mniej niż 10 tysięcy fanów przyszło tylko dwukrotnie - na Arkę (mecz początkowo miał się nie odbyć) oraz na spotkanie przyjaźni z Pogonią. Frekwencja z Pucharu Ekstraklasy to już zupełnie inna historia. Pierwszy z meczów z ŁKS miał miejsce po przerwie zimowej, więc przyciągnął i tak sporo, bo 6500 kibiców. Ostatnie spokanie z Górnikiem Łęczna, nie dość że odbywało się po fatalnym meczu z Lubinem, to ceny były identyczne jak na mecze ligowe. Pod tym względem nasi spece od biletów nie po raz pierwszy wykazali się pomysłowością.
Frekwencja na meczach w Warszawie wyniosła 8860 osób, jednak biorąc pod uwagę rozgrywki ligowe wynik jest bardziej optymistyczny - 10.177. Najliczniej na naszym stadionie stawili się kibice ŁKS-u oraz Zagłębia Lubin - po 1200 osób. Ku naszemu zdziwieniu, dobry na wyjazdach Widzew zjawił się w 680 osób. Fakt, tyle właśnie biletów otrzymali, dziwić może jednak, że - jak oficjalnie utrzymuje KP – łodzianie nie wystąpili o zwiększenie puli biletów. W minionej rundzie ani razu nie zabrakło kibiców pod zegarem. Najbliższej tego było w ostatnim meczu z Łęczną, tym bardziej, że Górnicy zapowiedzieli nawet swoją absencję. Ostatecznie zdecydowali się pojawić w stolicy w skromnym, 8-osobowym składzie i ku własnemu zdziwieniu, byli świadkami awansu ich zespołu do 1/2 finału PE. Zdecydowanie poniżej oczekiwań pokazali się Arkowcy, którzy dotarli w ledwie 70 osób, w ten sposób znacznie przebijając swoją słabą zeszłoroczną liczbę. Wystarczy powiedzieć, że na Legii parę razy lepiej pokazali się fani... Dyskobolii!
Biorąc pod uwagę mecze ligowe i wystawiane przez nas oceny dopingu, runda wiosenna wygląda znacznie lepiej niż jesienna (wiosną średnio 7,6, jesienią 6,8). Mimo to mamy nadzieję, że wraz z nowym sezonem zanotujemy jeszcze większą poprawę. Kibice gości, którzy nie prowadzili dopingu, lub którzy krzyknęli raz-dwa w czasie meczu to wspomniana Arka, ŁKS (PE) i Łęczna. Przyjezdni lepiej dopingowali od nas (tzn. głośniej, proporcjonalnie do liczebności) raz - w ostatniej kolejce ta sztuka udała się lubińskiemu Zagłębiu.
Wyjazdy

Co może być dla nas zaskoczeniem po rundzie jesiennej, w ostatnim półroczu ani razu nie zostaliśmy ukarani zakazem wyjazdowym. Czy to oznacza, że na wyjazdach jest już zupełnie spokojnie? Nie do końca. Ekstraklasa woli karać kluby, nie kibiców i zamiast kar, których i tak nie jest w stanie wyegzekwować, bardziej interesuje ją przelew kasy z konta ukaranego klubu.
Aż 12 wyjazdowych meczów mieliśmy okazję obejrzeć od lutego do maja. Odwiedziliśmy osiem miast i dziewięć stadionów. Dzięki rozgrywkom PE dwukrotnie wizytowaliśmy stadiony w Bełchatowie, Płocku i Łęcznej. Zdecydowanie najlepiej wyszedł nam wyjazd do Bełchatowa, gdzie zameldowało się nas 2500! Nawet mimo
stosunkowo niedużej odległości dzielącej oba miasta, jest to wynik do pozazdroszczenia. Jeszcze na trzech innych meczach nasza liczba mogła robić wrażenie. W Poznaniu (1300) i Krakowie na Wiśle (950) byłoby nas znacznie więcej, gdyby nie limity organizatorów. Lepiej mogliśmy wypaść w Płocku, gdzie zjawiło się nas "zaledwie" tysiąc osób (mecz we wtorek). Co godne uwagi, na żadnym wyjeździe nie zanotowaliśmy liczby mniejszej niż 300 kibiców. Biorąc pod uwagę fakt, że poniżej trzech setek nie schodziliśmy nawet w PE, jesteśmy wciąż najlepiej jeżdżącą ekipą w kraju. Jest to wynik godny pozazdroszczenia, tym bardziej, że aż 9 z 12 wyjazdów miało miejsce w tygodniu! Aż pięć razy przyszło nam podróżować we wtorki, raz w środę, trzy razy w piątek. Zaledwie dwa mecze wyjazdowe mieliśmy w sobotę (1300 w Poznaniu i 700 w Wielką Sobotę w Zabrzu) oraz jeden w niedzielę (Bełchatów w 2,5 tysiąca!). Aż strach pomyśleć, jak byśmy pokazali się, gdyby więcej spotkań nasz zespół grał w weekendy ;) Po raz ostatni, przynajmniej na jakiś czas, odwiedziliśmy w tej rundzie Płock i Łęczną.
Nasz doping na obcych stadionach zazwyczaj stał na wysokim poziomie (trochę lepiej niż jesienią). Najlepiej pokazaliśmy się na Wiśle Kraków oraz w Łęcznej (dwukrotnie). Nieźle było także w Płocku, gdzie do zdzierania gardeł nakręcał nas Artur Boruc. Znacznie poniżej poziomu wypadliśmy na Cracovii oraz Lechu. Zwłaszcza nasz doping przy Bułgarskiej należy ocenić in-minus. W Poznaniu w ostatnich latach prezentowaliśmy się znacznie lepiej.
Z miast, które odwiedziliśmy, najlepiej pokazał się Poznań. Lechici nie tylko głośno śpiewali, ale i przygotowali ciekawą oprawę. Nie mniej ciekawie było przy Reymonta oraz w Zabrzu. Najsłabiej, naszym zdaniem, prezentowali się Płocczanie (PE) oraz fani Cracovii.
Na każdym wyjeździe w sektorze fanów z Warszawy pojawiały się flagi. Zazwyczaj było ich około dziewięciu. Najmniej płócien zawisło na Cracovii – zaledwie 3. Najwięcej zabraliśmy ze sobą do Bełchatowa, gdzie wisiało aż 20 legijnych flag. Oprócz naszych znanych od lat flag, coraz częściej wywieszaliśmy dwa banery – "Jesteśmy Waszą stolicą" i "Nowe logo dla nikogo". Tego drugiego prawdopodobnie już nie zobaczymy.
W rundzie wiosennej przejechaliśmy łącznie ok. 5100 kilometrów (w obie strony). Średnio podróżowaliśmy do miast oddalonych ok. 245 km (w lidze) i 145km (w PE). Naszym najdalszym wyjazdem był ostatni ligowy – do Wodzisławia. Najbliżej mieliśmy do Płocka, gdzie stawialiśmy się dwukrotnie – niewiele ponad 100 kilometrów. Jako, że płocka Wisła spadła z ekstraklasy, w najbliższym sezonie najbliżej będziemy mieli do Łodzi.
Podsumowanie
Sezon 2006/07 nie był udany dla naszego klubu. Piłkarze dali ciała na całej linii, odpadając ze wszystkich możliwych rozgrywek, nie zdobywając mistrzostwa Polski i ledwie awansując do Pucharu Intertoto. Na trybunach był to sezon również nie do końca udany. Walka o pirotechnikę nie przynosi na razie rezultatów, przez co coraz częściej śmiałkowie, którzy odważą się odpalić "zakazane" race, lądują na dołku i na dłużej muszą się pożegnać z czynnym kibicowaniem. Kolejnym naszym problemem, którego nie udało się rozwiązać, jest inwigilacja publiczności. Każdy, kto chce obejrzeć mecz nie dość, że musi podać swoje dane, to jeszcze zmuszony jest stać w długich kolejkach. W nagrodę otrzymuje mało atrakcyjny "towar". Jeszcze gorzej ma się sprawa z wyjazdami. Już tradycyjne listy wyjazdowe miały negatywny wpływ na frekwencję wyjazdową. Teraz zaś, jako jedyni w Polsce, musimy spowiadać się, w jaki sposób zamierzamy udać się na miejsce. Co więcej, w klubie należy zostawić dokładna trasę przejazdu, a wzorem mogą świecić ci, którzy opróżnianie pęcherza zaplanują kilka dni przed wyjazdem.
Jednym z plusów, jakie należy odnotować (choć tylko w perspektywie rundy wiosennej), był brak zakazów wyjazdowych dla naszej ekipy. Nie trudno przecenić nasze jesienne ignorowanie wspomnianych zakazów - zapewne dzięki temu, Ekstraklasa SA postanowiła nie karać klubów w sposób, którego kar wyegzekwować nie potrafi. Mimo zimowych treningów wokalnych nasz doping wciąż pozostawia wiele do życzenia. Pojawiło się nowe nagłośnienie, bębny, "Staruch" robi wszystko co w jego mocy, ale dystans między nami a resztą kraju już dawno zaniknął. Wiele osób twierdzi, że jedyną szansą na powrót do dawnej atmosfery sprzed lat jest... wprowadzenie "terroru". Faktem niezaprzeczalnym jest, że jak chcemy, to potrafimy. Przekonały o tym głównie spotkania wyjazdowe oraz mecz z Widzewem w Warszawie. Co zrobić, aby "chciało" się zawsze i wszystkim? To pytanie na najbliższe tygodnie, bowiem już 7 lipca skończy się nasza przerwa międzysezonowa i znów ruszymy w drogę, aby sławić jej dobre imię.