Za panem pierwsze dni pracy z Koroną Kielce? Jak pracuje się z nową drużyną?
Jacek Zieliński: Na razie wszystko jest w porządku i nie narzekam na żadne kłopoty.
Przez 15 lat był pan jednak związany z Legią, a dziś przyszło panu pracować w innym klubie. Przyzwyczaił się już pan do nowej roli?
- Myślę, że jeszcze nie do końca. Jednak Korona podała mi pomocną dłoń w momencie, gdy Legia mnie odtrąciła. Z tego względu łatwiej było mi założyć dres z godłem kielczan.
Czy patrząc na wszystko z perspektywy czasu, uważa pan, że był sens zostawania trenerem Wojskowym na 10 spotkań ligowych?
- Miałem obiekcje przed objęciem tego stanowiska. Wiedziałem, że drużyna jest rozbita psychicznie i fizycznie. W rozmowie z prezesem Miklasem powiedziałem, że zostając trenerem w tej sytuacji bardzo dużo ryzykuję. W bardzo łatwy sposób mogłem przekreślić swoje szanse na prowadzenie Legii w przyszłości. Prezes odpowiedział mi, że w klubie zdają sobie sprawę, jakie są warunki i w przypadku niepowodzenia zostanę usprawiedliwiony. Ale zdawałem sobie sprawę, że takich usprawiedliwień i tak nikt nie będzie brał pod uwagę. Dlatego miałem duże opory przed objęciem posady pierwszego szkoleniowca. Jednak już raz w takiej sytuacji zdecydowałem się podjąć ryzyko i tak samo zrobiłem tym razem. Postanowiłem pomóc zespołowi i zrobiłem to z dobrym skutkiem. Może właśnie tu popełniłem błąd. Może gdybym nie wygrał tylu spotkań, to nadal pracowałbym w Legii.
Tylko czy liczba zwycięstw w ogóle miała jakieś znaczenie? Gdy zastąpił pan Dariusza Wdowczyka, Mirosław Trzeciak nie ukrywał, że jest to rozwiązanie tymczasowe. Prasa była pełna nazwisk pana potencjalnych następców.
- Sytuacja była wówczas ciężka, a ja skupiłem się na tym, żeby pomóc zespołowi. Nie czytałem więc prasy i nie rozmawiałem za często z dziennikarzami. Koncentrowałem się tylko na pracy z piłkarzami. Myślałem co można szybko zrobić, żeby zmobilizować ten zespół i uratować jego twarz. Moje myśli krążyły więc tylko wokół Legii. Na plotki i domysły nie miałem wówczas czasu.
Po plotkach przyszły konkrety, a klub zaproponował panu objęcie drużyny szykowanej do występów w Młodej Ekstraklasie, choć nadal nie wiadomo czy w ogóle dojdzie do takich rozgrywek. Nie odebrał pan tego jako ujmy?
- Dla mnie to była taka grzeczniejsza forma wypowiedzenia z pracy.
Prezes Miklas tłumaczy, że nie było dla pana bardziej prestiżowej funkcji.
- Chyba najlepszym komentarzem z mojej strony, będzie tu milczenie. A przecież wystarczyłyby dwa słowa wyjaśnienia ze strony prezesa. Tymczasem usłyszałem, że zaczynamy od zera, ale nie mam pojęcia, co to znaczy.
Większym szacunkiem darzą pana kibice, którzy stawiają pana w jednym rzędzie z Kazimierzem Deyną i Lucjanem Brychczym.
- To bardzo miłe. Dziś mam pewność, że kibice nie zapomną tego, co wspólnie z kolegami osiągnąłem dla Legii. Mistrzostwa Polski, puchary, Liga Mistrzów... Nie zapominam jednak, że i ja wiele Legii zawdzięczam. Grałem w tym klubie i co sezon biłem się o najwyższe laury. Rzadko kto ma szansę być tak blisko sukcesów. Gra w dużym i dobrym klubie pozwoliła mi na to.
W tym klubie spędził pan 15 lat. Kiedy pana Legia była najsilniejsza?
- Nie muszę zastanawiać się nawet chwili. Bez wątpienia najlepsza była drużyna, która grała w Lidze Mistrzów. Lata 1994-95 to czasy, gdy mieliśmy świetną pakę i bardzo dobrych zawodników. To byli charakterni piłkarze.
Czy w takim razie dziś nie ma już tych charakternych? Aż tak zmieniła się mentalność piłkarzy w ostatnich latach?
- Mentalność zawodników rzeczywiście ulega zmianie. W pewnych sprawach na korzyść, ale w innych już zdecydowanie na niekorzyść. Może lepiej nie wnikajmy w szczegóły.
Był taki moment podczas pana gry w Legii, że poczuł się pan rzeczywiście szczęśliwy?
- Cały czas byłem szczęśliwy grając w Legii, broniąc barw tego klubu i grając dla tych kibiców. Nie mówię tego, żeby się przypodobać fanom. Zresztą łatwo można zauważyć, że rzadko wypowiadałem się na ten temat. Po prostu starałem się wygrywać dla Legii tak dużo, jak tylko się dało. Moje czyny miały przekonywać, że rzeczywiście tak jest. Całą karierę piłkarską i trenerską poświęciłem właśnie temu celowi.
Całą karierę poświęcił też pan Legii. Nie żałuje pan, że nie spróbował swoich sił na zachodzie? Propozycji przecież nie brakowało.
- Nie mam czego żałować. Choć z perspektywy czasu wydaje się, że dłuższy lub krótszy pobyt zagranicą, okazuje się niesamowitym plusem, jeśli ktoś chce zostać trenerem. Taką osobę ocenia się przez pryzmat tego gdzie był, a nie kim jest. Nie ocenia się jego wiedzy i doświadczenia.
Nawiązuje pan do osoby Jana Urbana?
- Nie, nie. Generalnie wydaje mi się, że jest teraz u nas taka tendencja. Jak przeanalizuje się przypadki byłych piłkarzy, którzy wracali z zagranicy i zostawali trenerami w Polsce, to nie zawsze kończyło się to sukcesem.
Jak by pan zareagował, gdyby za jakiś czas zadzwonił do pana Leszek Miklas i powiedział „Jacek przyjeżdżaj. Potrzebujemy cię w Legii”?
- Nie mógłbym tego zrobić i na pewno nie zdecydowałbym się na taki krok. Korona podała mi rękę, gdy czułem smutek i byłem sfrustrowany po tym co się stało. Dostałem propozycję dzięki, której mogę się realizować jako trener. Mogę robić to co lubię i kocham.
Czyli Legia to już dla pana zamknięta kwestia?
- W żadnym wypadku. Ja się nie obraziłem na Legię. Mogę mieć żal do niektórych działaczy, ale nie mam żalu do Legii.
Rozmawiał Tomek Janus