Tymi słowami niejaki Kokeszko zwrócił się do szabrownika oferującego mu względy pewnej "wdówki" w zamian za przymknięcie oczu na rabunek młyna w kultowym filmie "Sami swoi". Kota w worku nie miał zamiaru też kupować Mirosław Trzeciak, dyrektor sportowy Legii i dlatego najpierw postanowił przetestować przydatność kilku afrykańskich piłkarzy w trakcie zgrupowania w hiszpańskiej Esteponie. Jaki zatem jest ten transferowy worek, w którym znajdować mają się prawdziwe "koty"?
"Najpierw piłkarze z Warszawy, w dalszej kolejności z Polski, a dopiero na końcu gracze zagraniczni" – taka miała być kolejność poszukiwania graczy mogących wzmocnić zespół made by Mirosław Trzeciak. No i cóż widzimy? Ten z Mazowsza nie, bo po co nam kolejny skrzydłowy? Ten z Wielkopolski nie, bo za drogi, chimeryczny i w ogóle nie wiadomo czy przystosuje się do życia w wielkim mieście. Ten grający w Anglii to już w ogóle wymysł z księżyca, bo sam nie wie czego chce, a my przecież nie mamy "obsesji transferowej".
Ten z Belgii jest do wzięcia za darmo, może on? Kiedyś strzelał sporo bramek, może forma wróci w Warszawie? W końcu to warszawiak. Ciekawe co do powiedzenia ma nasz dyrektor sportowy na temat czołowych strzelców II ligi z Pruszkowa? Za wcześnie? Jeszcze nie udźwigną presji? No był już taki jeden rok temu, błyszczący w - nomen omen - Zniczu. On się nie nadawał. Minęło 12 miesięcy i facet jest Odkryciem Roku "Piłki Nożnej", ociera się o kadrę i notuje udane występy w lidze. Ale co tam! Do Legii, potrzebującej wzmocnień przede wszystkim w ataku i na lewym skrzydle, przyjeżdżają trzy tuzy z Republiki Południowej Afryki - piłkarze defensywni i środka pola. A nie, przepraszam, mieli dotrzeć również ci najbardziej pożądani, ale jakoś było im nie po drodze. Wspomniana trójka wystąpiła nawet w sparingach. Tzn. tylko jeden zagrał w obu, bo dwaj pozostali najpierw bez sensu biegali w pierwszym meczu, a w drugim trener Jan Urban zlitował się i nie męczył dłużej ich grą siebie, innych piłkarzy i samych zainteresowanych. Krótko mówiąc: nie nadają się, a w miarę korzystne wrażenie na sztabie szkoleniowym wywarł tylko 20 – letni środkowy obrońca Mario Booysen. Warto to nazwisko zapamiętać, bo niewykluczone, że będziemy go oglądać wiosną w barwach Legii. Może jeszcze nie w meczowej koszulce, ale już prawdopodobnie w dresie z "elką".
Cała ta sytuacja martwi. Legia miała nie kupować kota w worku. Chciała go wyciągnąć za uszy, obejrzeć z każdej strony. Problem w tym, że w ogóle ten piłkarski worek jest pusty! Na razie nie widać w nim zawodnika, który realnie mógłby wzmocnić zespół.
Owszem, zgadzam się, że kadra "Wojskowych" jest szeroka i mamy dobrych piłkarzy, którzy są w stanie ograć każdego w lidze. Problem w tym, że Orange Ekstraklasa to za mało. Jeśli zawodnicy mają cokolwiek zwojować w Europie (czyt. faza grupowa Pucharu UEFA), to należy zwiększyć konkurencję w zespole, sprowadzić graczy gotowych na grę w pierwszej "jedenastce". Trzeba myśleć perspektywicznie, a nie zasłaniać się tym, że najważniejszy jest stadion i wiążące się z nim wydatki. W sytuacji obecnego konfliktu z publicznością nawet najnowocześniejszy stadion będzie stał pusty, jeśli ludzi nie ściągną dobre wyniki piłkarzy. Nie tylko w lidze, ale przede wszystkim w pucharach. Naprawdę łatwo wyobrazić sobie sytuację, że mamy obiekt na 35 tys. widzów, a frekwencja wynosi 7 tys.
Prawda jest taka, że jak się nasi spece postarają, to potrafią za niewielkie pieniądze wyłowić prawdziwe perły. Potrzeba nam jednak wyważenia proporcji. Warto czasem wydać więcej (byle z głową!), nie tylko po to by zadowolić kibiców, ale także aby wzmocnić drużynę, pokazać się w Europie i dzięki temu zarobić na transmisjach, reklamach czy sprzedaży najlepszych zawodników. Legia ma działać jak przedsiębiorstwo – przynosić zyski.
Nie zarobi się jednak na piłce, jeśli nie będzie się w nią regularnie inwestować, zarówno w drużynę, jak i w infrastrukturę. A póki co ITI na klubie podobno tylko traci. Może czas już wyciągnąć z tego wnioski?