Legionisci.com
LEGIONISCI.COM

Krótki rys historyczny spotkań Legii z Widzewem

sobota, 22 marca 2008 09:07
Krótki rys historyczny spotkań Legii z Widzewem
Artur Boruc świętuje zdobytą bramkę z rzutu karnego w meczu z Widzewem - fot. Woytek
Hugollekźródło: własne

Rywalizacja pomiędzy łódzkim Widzewem a warszawską Legią od dziesięcioleci elektryzuje całą piłkarską Polskę. Z tego względu kibice obu drużyn, którzy nie pałają do siebie zbyt wzniosłymi uczuciami, z niecierpliwością i wytęsknieniem oczekują kolejnej konfrontacji, by móc głośno zamanifestować wzajemną niechęć.
Mimo to lata świetności - czasy, w których naszym futbolowym krajem niepodzielnie rządziły te dwie potęgi, które jako jedyne z polskich klubów osiągnęły w elitarnej Lidze Mistrzów najwięcej (Legia ćwierćfinał, a Widzew fazę grupową) - minęły chyba bezpowrotnie.

O ile „wojskowi” nadal utrzymują się w czołówce najlepszych zespołów, o tyle „jogurtowy” mają już za sobą dwuletni pobyt w niższej klasie rozgrywkowej, do której zresztą powrócą po zakończeniu bieżącego sezonu w wyniku korupcyjnych zawirowań. Przypomnijmy jednak kilka ciekawszych spotkań.


Zacznijmy od tego, podczas którego padła największa liczba goli (8). Warto podkreślić, iż dla stołecznego klubu spotkanie to odbywało się pod znakiem liczby 7 - jako siódme z siedemnastu bez porażki. Ów mecz rozegrano przy Łazienkowskiej 28. marca 1982 roku. Wówczas na trybunach Legii zasiadło 20 tysięcy widzów, którzy liczyli na dobrą grę swoich pupili. Początkowo nic jednak na to nie wskazywało, gdyż po niespełna 25 minutach warszawianie przegrywali 0:2. Na szczęście w końcówce legioniści wzięli się w garść i ostatecznie pokonali łodzian 5:3 (2:3).


LEGIA: Kazimierski - Topolski, Janas, Załężny, Milewski, Buncol (56 Baran), Majewski, Miłoszewicz (84 Kakietek), Kusto, Adamczyk, Sikorski.


WIDZEW: Młynarczyk - Plich, Mierzwiński, Żmuda, Możejko, Romke, Boniek, Rozborski, Surlit, Filipczak (80 Lonka), Smolarek.


BRAMKI DLA LEGII: Kusto 36, Sikorski 43, Miłoszewicz 52, Adamczyk 74 i 82.
BRAMKI DLA WIDZEWA: Surlit 8, Filipczak 23 i 45.


Kolejnym, a zarazem chyba najdotkliwszym dla fanów z Łazienkowskiej meczem, był ten z sezonu 1996/1997, który miał wyłonić mistrza Polski. Miał on miejsce 18. czerwca 1997 roku. 10000 fanów Legii zgromadzonych na stadionie Wojska Polskiego od samego początku i z całych sił zagrzewało swoimi głośnymi okrzykami piłkarzy do walki do tego, by tytuł najlepszej drużyny kraju powrócił do Warszawy. Wszystko układało się jak po maśle - najpierw Cezary Kucharski w 11. minucie głową, a następnie Sylwester Czereszewski 12 minut po rozpoczęciu drugiej połowy, pokonali Macieja Szczęsnego. Z każdą chwilą wydawało się, że pracująca jak w zegarku machina „wojskowych” nie da sobie już wydrzeć zwycięstwa. Nic bardziej mylnego. Na kilka minut przed końcem rywalizacji kontuzji doznał sędzia. Ta chwila przerwy zdekoncentrowała legionistów, którzy w ciągu 5 minut dali sobie wbić trzy bramki i to Widzew, prowadzony wtedy przez Franciszka Smudę, mógł odkorkowywać butelki z szampanem. Zaś tak na Otwartej, jak i na Krytej zapanowała istna rozpacz. Niektórzy fani do tej pory zastanawiają się, jak to możliwe, by najpiękniejszą bajkę zamienić w ciągu kilkuset sekund w najgorszy życiowy koszmar.


LEGIA: Szamotulski - Kozioł, Zieliński, Skrzypek, Sokołowski, Czereszewski, Staniek, Czykier, Bednarz, Kucharski (84 Kacprzak), Mięciel (87 Jałocha).


WIDZEW: Szczęsny - Szymkowiak, Łapiński, Bogusz (72 Szarpak), Michalczuk, Gęsior, Miąszkiewicz (65 Curtian), Michalski, Siadaczka, Majak, Dembiński.


BRAMKI DLA LEGII: Kucharski 11, Czereszewski 57.
BRAMKI DLA WIDZEWA: Majak 85, Gęsior 88, Michalczuk 90.


Wypowiedzi pomeczowe:


1:0 Cezary Kucharski: „Zaczęło się bardzo dobrze, szybko objęliśmy prowadzenie, a dobrze było jeszcze w momencie, gdy schodziłem z boiska. Siadałem na ławce i myślałem, że jesteśmy w niebie; po chwili wylądowaliśmy w piekle. Nie wytrzymaliśmy spotkania kondycyjnie, trochę przeszkodziły długie zgrupowania kadry. Na dzisiejszej porażce świat się jednak nie kończy”.


2:0 Sylwester Czereszewski: „Dobrze zachowali się koledzy â�� odciągnęli Tomka Łapińskiego i stoper rywali nie wiedział, czy będę strzelał, czy raczej podam. Miałem lukę i bez wahania kopnąłem na bramkę. Udało się! Niestety później cofnęliśmy się, nie wiem dlaczego usiłowaliśmy bronić wyniku. Naprawdę szkoda mi kibiców, mocno ich zawiedliśmy. Nie wiem co się stało. W szatni nie mówiliśmy do siebie nic, zapadła grobowa cisza”


2:1 Sławomir Majak: „Jestem pod wrażeniem tego meczu, trudno mi tak na szybko zebrać myśli. Jak to się stało, że strzeliłem gola? Po prostu pilnujący mnie Paweł Skrzypek opadł w końcówce z sił i udało mi się kilka razy szarpnąć, takie szarpnięcie w 85 minucie okazało się brzemienne w skutkach. Wbiegłem dynamicznie w pole karne, nieco z lewej strony i uderzyłem mocno w krótki róg. Jestem szczęśliwy”.


2:2 Dariusz Gęsior: „Uważam, że kluczowy był pierwszy gol dla nas. Po dośrodkowaniu Rafała Siadaczki mogłem spokojnie przymierzyć, już się nie denerwowałem. Nie zamykałem oczu, wiedziałem, że trafię do siatki. Do końca wierzyłem, że pokonamy Legię; zawsze gramy do ostatniej minuty”.


2:3 Andrzej Michalczuk: „Musiałem zdobyć tę bramkę, po prostu musiałem. Dlaczego? Mieszkający ze mną w pokoju Curtian stwierdził przed meczem, że wygramy różnicą jednego gola i właśnie ja go zdobędę. Jak więc mogłem go zawieść? (śmiech) W każdym razie poproszę go chyba o wypełnienie kuponu totka. W 90 minucie otrzymałem doskonałe podanie od Darka Gęsiora z prawej strony, spojrzałem w długi róg, a uderzyłem w krótki, byłem blisko bramki, więc musiało wpaść”.


Ostatnią istotną konfrontacją jest ta z 8. czerwca 2004 roku. Oglądało ją zaledwie 4000 widzów, ale wynikało to z faktu, iż w wyniku zajść po finale Pucharu Polski z Lechem Poznań, na trybuny wpuszczono jedynie posiadaczy karnetów. Można by rzec, że mecz ten stał się niejako zadośćuczynieniem za gorycz porażki, którą trzeba było przełknąć siedem lat wcześniej, bowiem łódzki zespół żegnał się z Ekstraklasą. Legioniści spuścili „jogurtowców” do drugiej ligi z hukiem, gdyż wygrali aż 6:0 (2:0)! Walnie przyczynili się do tego: Marek Saganowski, który popisał się hat-trickiem, Tomasz Sokołowski I, któremu dwukrotnie udało się pokonać Tyrajskiego oraz Artur Boruc, obecny golkiper Celticu Glasgow, a jednocześnie sympatyk Stowarzyszenia Kibiców Legii Warszawa. Ówczesny bramkarz z Łazienkowskiej podszedł do drugiej już (!) w tym meczu jedenastki, strzelił i w szale radości ze zdobytej bramki, pobiegł w kierunku trybuny Otwartej, przez co niestety został ukarany przez sędziego żółtym kartonikiem.


LEGIA: Boruc - Choto (73 Jóźwiak), Szala, Zieliński, Jarzębowski (58 Dudek), Sokołowski I, Kiełbowicz, Magiera, Wróblewski (17 Surma), Sokołowski II, Saganowski.


WIDZEW: Tyrajski - Ława (86 Walentynowicz), Cichoń, Pawlak, Nazaruk, Rybski, Juliano (67 Seweryn), Lelo (90 Pieprzyk), Bacalik, Walburg, Rachwał.


BRAMKI DLA LEGII: Sokołowski I 10 i 49, Saganowski 21 (k), 69 i 88, Boruc 65 (k).


Wypowiedzi pomeczowe:


Artur Boruc: „Jako strzelec oficjalnej bramki w ligowym meczu czuję się bardzo sympatycznie. Do tej pory nie znałem tego uczucia, ale to jest coś pięknego. Nie wiem do czego to porównać. Mam nadzieję, że kiedyś to się jeszcze powtórzy, choć nie będzie z tym tak łatwo. Nie kombinowałem jak mam strzelić. Chciałem do końca wyczekać i ostatecznie uderzyłem w prawy róg. Tremy nie było, bo wynik był już przesądzony (3-0 dla Legii - przyp. red.). Gola dedykuję mojej żonie, która dziś obroniła pracę magisterską”.


W dotychczasowych 66 spotkaniach rozegranych między Legią a Widzewem, stołeczny klub zwyciężał 30 razy, 17-krotnie remisował, a 19 razy musiał uznawać wyższość łodzian. Stosunek bramkowy: 99-63.

Podaj ten news dalej: