Nie strzelił gola od 28 września, marnował wszystko co mógł zmarnować, a nawet więcej. W Wielką Sobotę w swoim 100. meczu w lidze Piotr Giza zapewnił Legii wygraną z Widzewem. Do Legii przyszedł w ostatniej chwili przed rozpoczęciem sezonu. Z niżej notowanej Cracovii, w której nie chciał go trener Stefan Majewski. Trener Jan Urban od razu uwierzył w 28-letniego piłkarza, który w roli rezerwowego był na mundialu w Niemczech. Giza, znany z tego, że potrafi rozgrywać, w Legii najczęściej był tzw. cofniętym napastnikiem. Strzelił dwa gole - w dodatku oba głową, co wcześniej mu się nie zdarzało - a potem się zaciął. Ostatnio trafił 28 września w wygranym 4-1 meczu z GKS Bełchatów.
Przełamanie Gizy
Jako zawodnik Legii do 23 marca nigdy nie trafił w oficjalnym meczu poza Warszawą. W Łodzi zapewnił Legii wygraną w najważniejszym momencie. Tuż przed świętami, w swoim 100. ligowym występie, w dodatku pięć minut przed zakończeniem spotkania. Jego trafienie, przy remisie Groclinu - notabene z Cracovią - przywróciło warszawian na premiowaną grą w europejskich pucharach drugą lokatę w lidze.
Giza w lecie został do Legii tylko wypożyczony, za 100 tys. euro. Jeżeli Legia zechce go wykupić musi po zakończeniu sezonu dopłacić 400 tys. Tyle ile Szwedzi z IFK Norrkoeping zapłacą za Marcina Burkhardta. Trener Urban do tej twierdził, że Giza wygrał z Burkhardtem rywalizację, ale wydawało się, że twierdzenie to gołosłowne. Niezadowolony ze statusu rezerwowego na pozycji bardzo ofensywnego pomocnika (pół napastnika) konkurent postanowił odejść z klubu. Ale zanim to zrobił, postawą i strzelanymi bramkami pokazywał, że decyzja jest błędna. Tak ostatnio dobrze pokazał, że w meczu z Widzewem trener Urban po raz pierwszy w sezonie w meczu ligowym dał mu szansę od pierwszej minuty. Ale też po raz pierwszy Giza z Burkhardtem zagrali razem. I ze względu na kłopoty kadrowe ze środka pola na lewą stronę został przesunięty Roger Guerreiro. Giza miał wreszcie miejsce, wreszcie częściej niż zwykle podawano mu piłkę i przestał być jak dotychczas nerwowy.
W pierwszej połowie sobotniego spotkania się nie wyróżnił. Ale nie wyróżnił się nikt, bo wszyscy grali tak sobie - Legia nie oddała nawet jednego celnego strzału (za to jeden niecelny tak, i to oczywiście był Giza). W drugiej połowie goście przeważali, a Giza zanim strzelił gola oddał znakomity strzał - wtedy pech jeszcze nad nim wisiał, bo znakomicie spisał się Bartosz Fabiniak. Za to sytuacja z 85. minuty zaprzeczyła wszystkiemu - czyli, że psychicznie nie dorósł do Legii i że zawsze ma pecha. Sprytnie potrącił piłkę między obrońcami, a potem strzelił z niezwykłym spokojem. Po długiej przerwie zdobył gola w przedsezonowym sparingu w Hiszpanii i już wtedy myślano, że się przełamał. Jednak stało się to dopiero w sobotę.
Trener Urban zyskał kolejny argument, że wszystko wbrew opinii większości idzie dobrze. Dzięki temu strzałowi Legia znowu jest druga.
