Nawet jeden mecz to za mało, by udowodnić swoją przydatność do kadry - mówi napastnik drugoligowej Arminii Bielefeld Artur Wichniarek.
Do reprezentacji Polski wrócił po dwuletniej przerwie. Ostatni raz w kadrze zagrał w Sztokholmie w przegranym 0:2 meczu ze Szwecją. Później, choć został królem strzelców II Bundesligi, nie był powoływany przez Jerzego Engela.
-Czy nie ma Pan wrażenia, że to dziennikarze wymogli na selekcjonerze powołanie Pana do kadry?
Artur Wichniarek: Nie. Prasa by się o mnie nawet nie zająknęła, gdybym w Arminii grał słabo, nie strzelał goli. Gdy przez pierwsze siedem miesięcy siedziałem w Bielefeld na ławce rezerwowych, nikt się o mnie nie upomniał. Cieszy mnie to powołanie, bardzo na nie czekałem. A cieszę się tym bardziej, że gramy w Poznaniu, mieście, w którym się urodziłem i wychowałem.
-Trener Engel zapowiada, że zagra Pan nie więcej niż pół meczu. Czy 45 min wystarczy piłkarzowi, by udowodnić swoją przydatność do kadry?
- Nie. Ja uważam nawet, że i jeden mecz to za mało. Bo w jednym spotkaniu można zagrać wspaniale albo bardzo słabo. Nie można wyciągać wniosków po jednym meczu.
-Czy miał Pan już rozmowę z trenerem i kolegami? Kilka miesięcy temu na łamach prasy ukazały się wypowiedzi, w których podważał Pan uczciwość kryteriów powoływania do drużyny narodowej?
- Wiem, jakie zwyczaje panują w narodowej reprezentacji. Co do rozmowy wychowawczej, to była niepotrzebna. Rozmawialiśmy z trenerem i kolegami we wtorek wieczorem, nie przygotowywałem sobie żadnego oświadczenia. Jestem na tyle inteligentny, że potrafię się wysłowić bez kartki. A wywiady, jakie się ukazały, były rozdmuchane przez dziennikarzy. Nic nie mówiłem o promocji w kadrze, nigdy nie powiedziałem, że jestem lepszy od Pawła Kryszałowicza czy Emmanuela Olisadebe. Mówiłem jedynie, że mogę walczyć o miejsce i w razie kontuzji któregoś z nich będę w stanie ich zastąpić. Nie jestem zarozumiały, woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Znam swoje miejsce w szyku.
-Jakie ono jest?
- Każdy widzi.
-Bał się Pan powrotu do reprezentacji?
- Tak. Byłem bardzo zdenerwowany. Wchodzę do grupy, która osiągnęła ogromny sukces. Naprawdę, jadąc do Polski, byłem zestresowany. Nie pamiętam nawet, kto pierwszy mnie powitał...
-Czy może ktoś Panu nie podawał ręki?
- Bez przesady. To byłaby dziecinada. Nie podam ręki, bo podobno coś powiedział... Tak zachowywać się można w reprezentacji U-14, a nie w seniorach.
-Czy w II lidze niemieckiej podnosi Pan umiejętności?
- Trudno powiedzieć, bo nie gramy przecież w pucharach. Nie mam kontaktów z europejską piłką. W takiej samej sytuacji jest Paweł. Cóż, chciałbym odejść z Arminii, ale działacze nie chcą mnie puścić. Tym bardziej teraz, kiedy jest szansa na awans do I ligi. Oferty były, ale kiedy zgłaszał się klub i oferował cztery miliony marek, chcieli pięć. Kiedy dawał pięć, żądali sześć... Na razie zostaję więc w Arminii.
Rozmawiał Robert Błoński
Wywiad
Jeden mecz to za mało
środa, 14 listopada 2001 12:48
Artur Wichniarekźródło: Gazeta Wyborcza