Legionisci.com
LEGIONISCI.COM

Kibicowskie podsumowanie wiosny - cz.2

środa, 11 czerwca 2008 14:45 galeria wideo
Kibicowskie podsumowanie wiosny - cz.2
Najlepszy pod wieloma względami wyjazd minionego sezonu - finał PP w Bełchatowie. Niestety zachowanie garstki osób z końcówki meczu jeszcze długo będzie się nam odbijało czkawką - fot. Woytek
Bodziachźródło: własne

Wiosenne wyjazdy w wykonaniu kibiców Legii wyglądały identycznie jak w rundzie jesiennej. Dzięki uprzejmości gospodarzy i wbrew woli działaczy Legii, stawiliśmy się wszędzie i to w całkiem niezłych liczbach! W paru przypadkach ograniczeniem była pojemność sektorów gości - tak było choćby w Gdańsku czy Bełchatowie. Te dwa mecze cieszyły się zdecydowanie największym zainteresowaniem legionistów. W ciągu tych paru miesięcy pokonaliśmy prawie 20 tysięcy kilometrów, by wspierać nasz ukochany klub. Najlepiej pod względem dopingu i oprawy pokazaliśmy się na finale Pucharu Polski w Bełchatowie. Niestety, ze względu na awanturę na boisku, w której udział brało kilkadziesiąt osób, fani Legii zamiast być stawiani za wzór, gnojeni są przez wszystkie możliwe media.

Rundę wyjazdową rozpoczęliśmy od odwiedzin Grodziska Wielkopolskiego. Była to nasza ostatnia wizyta w tej niewielkiej miejscowości - Dyskobolia od nowego sezonu będzie występować w czwartej lidze. Choć wyjazdy do tego wielkopolskiego miasta nigdy nie cieszyły się większym zainteresowaniem, tym razem było zupełnie inaczej. Ba, pobiliśmy nasz rekord frekwencji na stadionie Grodziska! Na wyjazd na zakazie zdecydowało się 716 fanów Legii, wspomaganych przez 70 "Portowców". Na płocie, zgodnie z przedmeczową umową, nie wywiesiliśmy flag. Znalazły się na nim jedynie transparenty: "Canal+ - ITI 1-0", "Konfidencie redial", "Jedzmy łyżką, a nie chochlą" oraz pisany cyrylicą transparent odnoszący się do sytuacji w Kosowie. Hasło "Jedzmy łyżką, a nie chochlą" było wypomnieniem słów właściciela klubu, a legioniści skandując je machali plastikowymi łyżkami. Bardzo dobry tego dnia doping (w asyście bębna) urozmaiciła pieśń wymyślona zimą na hokeju - "Za nasze miasto i za te barwy". Pod adresem ITI oraz klubowych działaczy skandowano różne wulgarne hasła, a prezesa zapewniano, że "Nie ma konfliktu". Po meczu kilka samochodów miało problemy z powrotem, ze względu na pusty bak. Zupełnie przypadkiem, wszystkie stacje na trasie poznańskiej zostały zamknięte.


Podobnie jak jesienią, także i na wiosnę legioniści postanowili bojkotować mecze Pucharu Ekstraklasy. Nie wiedziała o tym z pewnością piątka kibiców, która na własną rękę dotarła do Bytomia na mecz z Polonią. Wspomniani kibice początkowo zasiedli wśród gospodarzy i dopiero gdy rozpoczęli doping, zostali "oddelegowani" do klatki.

Kolejny wyjazd wypadł nam do Sosnowca. Pierwszy od wielu lat oficjalny mecz zgody z Zagłębiem wzbudził spore zainteresowane wśród fanów Legii. Co prawda KP Legia w swoim stylu wysłał do Sosnowca pismo, że warszawski klub biletów nie zamawia, ale sosnowieccy działacze wspomniane pismo wyrzucili do kosza i bilety fanom przesłali (bez pośrednictwa klubu, ma się rozumieć). Jak to zwykle bywa w przypadku meczów zgody, przed i po spotkaniu nie brakowało hucznych imprez, w których uczestniczyli fani obu drużyn. Ci, którzy imprezki rozpoczęli wcześniej, na meczu byli trochę zmęczeni. Początkowo na stadionie Ludowym byliśmy trochę porozrzucani, ale w końcu zajęliśmy miejsca mniej więcej w jednym sektorze, na trybunie Zagłębia. W nominalnym sektorze gości wisiał transparent "Klub Kibica KP Legia" z odwróconym logo ITI, który nakazał zdjąć delegat PZPN. Cały stadion wielokrotnie skandował hasła anty-ITI. Z okazji rocznicy powstania grupy "Turyści", fani Legii zaprezentowali foliową sektorówkę z nazwą grupy stylizowaną na wyjazdówkę T97. Folia została podświetlona stroboskopami. W czasie meczu wielokrotnie odpalano race (legioniści odpalili ich 50) oraz świece dymne. Po meczu obrażeni piłkarze nie podeszli do kibiców, tylko od razu udali się do szatni. Fani po meczu próbowali wyjaśnić sobie z zawodnikami to "nieporozumienie" i o mało... nie doszło do rękoczynów. Był to jeden z trzech wyjazdowych spotkań w tej rundzie, na którym wywiesiliśmy flagi (aż 26).


Dwa tygodnie później, w Wielką Sobotę, czekał nas wyjazd na Widzew. Ostatnie mecze na zakazie w Łodzi musieliśmy odpuścić. Tym razem jednak udało się porozumieć z widzewiakami i ci wpuścili nas do sektora gości. Wcześniej każdy z 380 przybyłych na miejsce legionistów musiał wyrobić sobie kartę kibica. Wszystko przebiegało sprawnie i wszyscy, nawet ci nie wpisani wcześniej na listę, na stadion weszli. Zaskoczeniem była niska frekwencja ze strony RTS-u. Przed meczem namawiali się wzajemnie do nie bluzgania na Legię. Apele nic nie dały i od początku obie strony nie żałowały sobie "uprzejmości". Pod względem dopingu tym razem wypadliśmy blado. W pierwszej połowie śpiewaliśmy tak marnie, że zdegustowany S. opuścił płot. W II połowie było już trochę lepiej, ale i tak daleko nam było do naszego stałego poziomu.


Zwyżkę formy jeśli chodzi o dopingowanie zanotowaliśmy w Bełchatowie. Na początku kwietnia pojechaliśmy tam na mecz ligowy. Działacze GKS-u nie czynili nam problemów z wpuszczeniem na stadion. A jako że przyjechało nas nieco więcej niż pierwotnie było w planach, oprócz tymczasowego sektora gości, zajęliśmy również miejsca na części trybuny krytej. Większość fanów miała ze sobą plakaty z podobizną właściciela klubu i hasłem "Mordo ty moja". Tego dnia dopingowaliśmy na naprawdę wysokim poziomie, szczególnie w drugiej połowie. Wtedy przez kilkanaście minut śpiewaliśmy pieśń "Dziś zgodnym rytmem" i choć w międzyczasie wynik trzykrotnie ulegał zmianie, nie milkliśmy ani na moment.


Trzy dni później legijni fanatycy byli już w drodze do Gdańska, gdzie mieliśmy zmierzyć się z Lechią. Zainteresowanie tym wyjazdem było olbrzymie - część biletów otrzymały także nasze zgody. Tym razem legioniści spotkali się w Elblągu, gdzie zostawili samochody i do Trójmiasta ruszyli pociągiem. O ile droga na stadion przebiegała całkiem sprawnie, to wpuszczanie na trybuny już takie przyjemne nie było. Ochrona w kominiarkach zagazowała kibiców czekających na wejście i sporo osób musiało skorzystać z pomocy medycznej. Po chwili zdecydowano się wpuszczać wszystkich, bez weryfikacji listy imiennej, ale ostatni legioniści zajęli miejsca w wypełnionym po brzegi sektorze pod koniec drugiej połowy. Nie zabrakło bluzgów pod adresem Lechii i Wisły, której kibice zasiedli blisko naszego sektora. Gdańszczanie przygotowali skromną oprawę. Na dwie minuty przed końcem spotkania także i z naszej strony pojawiła się oprawa. Na płocie zawisł transparent "Ultras Liberi", a ponad nim odpalone zostały ognie bengalskie, ognie wrocławskie i parę rac. Wcześniej race odpaliliśmy jeszcze po zdobytej bramce. Po meczu podstawione autobusy odwiozły kibiców nie na dworzec Główny w Gdańsku, lecz... do Elbląga. Z tego powodu kilka osób, które do Trójmiasta przyjechały samochodami, musiały pokonać znacznie dłuższą trasę.


Wodzisław nigdy nie był naszym ulubionym miejscem, jeśli chodzi o podróże za Legią. I tym razem frekwencja na tym dalekim wyjeździe nie należała do najwyższych. Na stadionie Odry stawiło się nas 335, a wśród nas zasiedli fani Pogoni Szczecin. Ci to dopiero mieli do Wodzisławia daleko! Na sektorze nie wywiesiliśmy żadnych flag. Kiepska pogoda nie miała większego wpływu na nasz doping. Od 70 minuty rozpoczęliśmy kanadę - wszyscy bez koszulek śpiewaliśmy "Ole ole", które wychodziło nam naprawdę kozacko. Na koniec parę razy zaintonowaliśmy jeszcze odświeżony w Bełchatowie hit.


Rewanżowe spotkanie 1/2 finału Pucharu Polski wypadło dzień przed długim weekendem. To prawdopodobnie było powodem absencji części wyjazdowej grupy i stosunkowo niskiej frekwencji w Lubinie (około 150 osób). Na stadion legioniści tradycyjnie weszli dzięki uprzejmości Zagłębia i zajęli miejsca w sektorze G. Przy wejściu na stadion doszło do niemiłego incydentu, po którym przez pewien czas musieliśmy sobie radzić bez naszego gniazdowego. Na szczęście po jego powrocie było już znacznie lepiej. Miejscowi tego dnia zaprezentowali oprawę złożoną z kartoników, sektorówki, transparentu i wulkanów. Wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że lubinianie część transparentu powiesili na lewą stronę, przez co był on dla większości nieczytelny. Po meczu warszawiacy razem z piłkarzami cieszyli się z awansu do finału krajowego pucharu.


Długi weekend majowy jeszcze się nie skończył, a nam ponownie przyszło podróżować za ukochanym klubem. Tym razem terminarz sprawił, że naszym celem był Chorzów. Stadionu przy Cichej nie odwiedzaliśmy już od kilku lat, więc dla wielu kibiców była to swego rodzaju atrakcja. Widać to było również po frekwencji - na naszym sektorze zasiadło 636 osób. Doping tym razem stał na wysokim poziomie. Co więcej, fani Ruchu zgodzili się, abyśmy sektor przystroili w legijne płótna. I tak na płocie wywiesiliśmy 8 flag. W sektorze gości odpalone zostały ognie wrocławskie. Ponownie udało nam się dopingować niczym w transie, dzięki czemu, jeśli chodzi o doping, ten wyjazd mogliśmy zapisać na plus. Po meczu dosyć długo czekaliśmy na wypuszczenie z sektora. Część fanów od razu ruszyła w drogę do Warszawy, zaś nieznani nikomu sprawcy, postanowili ubarwić inne śląskie obiekty w hasła sławiące najwspanialszy klub na świecie.


Parę dni później czekał nas ostatni ligowy wyjazd sezonu. Białystok. I tym razem spotkaliśmy się wszyscy we wcześniej ustalonym miejscu, tam zostawiliśmy nasze pojazdy i zamówionymi wcześniej autobusami podjechaliśmy pod stadion "Jagi". Część naszej grupy dotarła na miejsce z opóźnieniem, więc przez pierwsze minuty nasz doping stał na niskim poziomie. Efektownie prezentowali się tymczasem białostoczanie, którzy przygotowali specjalną oprawę. Na płocie wywiesili żółto-czerwony transparent "Władcy są śmiertelni - naród ten zaś wieczny". Ponad nim rozwinęli szarfy, które utworzyły kolejne hasło "Za błędy królów płacą narody". Na środku rozwinięta została sektorówka z postacią Stańczyka, a na górze odpalono race. Wolna przestrzeń została wypełniona czarnymi kartonikami, spod których odpalono kilka czarnych świec dymnych. Oprawa Jagiellonii, choć efektowna, znana była naszym ultrasom, którzy mieli przygotowaną odpowiedź. Z racji opóźnień w dojeździe, transparent "Białostocka Błazenada" dopiero po kilku minutach zawisł w naszym sektorze. Wieszanie tego dnia czegokolwiek na płocie nie należało do najprzyjemniejszych - płot, zupełnie przypadkiem, wymazany był smarem. Jagiellonia po przerwie wywiesiła transparent "Roger - nigdy nie będziesz Polakiem", za który ukarana została później koniecznością rozegrania dwóch meczów bez udziału publiczności, a Stowarzyszenie Kibiców zakończyło swoją działalność. Legioniści tymczasem zaprezentowali dawno nie widzianą wyjazdową oprawę. Na płocie pojawiło się hasło "Liberta Per Gli Ultras", a powyżej rozciągnięta została malowana sektorówka ze Statuą Wolności, która w wyciągniętej dłoni zamiast pochodni trzymała race. Na koniec w górę poszedł również spory transparent na stelażu, który przedstawiał przekreślone logo ITI oraz przerobiony slogan sieci sklepów AGD - "Legia Warszawa. Nie dla ITIotów".


No i dotarliśmy do wyjazdu, który pod wieloma względami wyszedł nam idealnie - finału Pucharu Polski z Wisłą Kraków, rozegranego w Bełchatowie. Niestety, ogólne wrażenie zepsuł zupełnie incydent z 78 minuty. Wtedy warszawscy ultrasi zaprezentowali efektowną prezentację, a nieodpowiedzialne osoby rzuciły race w stronę sektora Wisły. Chwilę później obie grupy znalazły się na murawie, a sędzia był zmuszony do przerwania gry. Zniszczone zostało ogrodzenie przy sektorze za bramką, a przede wszystkim wiarygodność tych, którzy organizacji wyjazdów poświęcali setki godzin. Niestety, wspaniała atmosfera w naszym sektorze oraz innowacyjna oprawa NS, po meczu nikogo nie interesowały. W świat poszła informacja o chuliganach Legii, którzy przerwali finał Pucharu Polski. Wiadomo, że w ten sposób zamiast przekonać do siebie opinię publiczną i własnych działaczy, zrobiliśmy coś zupełnie odwrotnego. Ale dziś nie da się już cofnąć zajść z 13 maja z Bełchatowa. Na stadion GKS-u przyjechało aż 3 tysiące kibiców Legii, w zdecydowanej większości w białych koszulkach. Nasz sektor, w przeciwieństwie do trybuny zajmowanej przez wiślaków, został konkretnie oflagowany. Na wyjście piłkarzy pojawił się długi transparent "To nasza pasja, która nie ma końca. Siła miłości niszczy siłę pieniądza", a pod nim rozwinięta została malowana sektorówka. Przedstawiała ona dwie osoby rozwiercające logo ITI. Po chwili, gdy słychać było wybuchy achtungów, sektorówka... rozwinęła się jeszcze bardziej, ukazując na środku niewidoczny wcześniej motyw - ręce trzymające serce z herbem Legii. Puste miejsca po bokach wypełniały uniesione nad głowami jednodolarówki z wpisaną w nie twarzą Mariusza Waltera. Przez dwie i pół godziny (mecz rozstrzygnął się po rzutach karnych) dopingowaliśmy na najwyższych obrotach. Choć bardzo dobrze wypadaliśmy już wcześniej w Bełchatowie, w Wodzisławiu i Chorzowie, tym razem przebiliśmy wyjazdy ostatnich lat. Nasz doping porównać można tylko do najazdów na Wiedeń. Tyle, że w stolicy Austrii cały nasz sektor znajdował się pod dachem.


Kilka dni później nasi piłkarze grali w jeszcze jednym finale krajowego pucharu - Ekstraklasy. Tym razem legioniści nie tylko nie mobilizowali się do wyjazdu, ale lojalnie uprzedzali, że do Grodziska się nie wybierają. Ostatecznie na stadionie w Wielkopolsce zameldowało się 70 fanów Legii, głównie z okolicznych fan-clubów. Frekwencja na stadionie była nieduża, biorąc pod uwagę bezpłatny wstęp na spotkanie. Kibice Legii mogli jedynie wyrazić zdziwienie (co uczynił również trener Urban), że działacze Legii woleli finał PE zamiast u siebie, rozegrać na kilkaset kilometrów od domu. Miejscowi wystawili 250-osobowy młyn i co jakiś czas dopingowali swoich graczy, regularnie bluzgając nasz klub. Grodziszczanie postanowili być na czasie i podobnie jak Jagiellonia i Odra, wywiesili transparent skierowany do Rogera.



Na wiosnę Legia rozegrała 13 spotkań wyjazdowych. Fani ze stolicy byli obecni na 12 z nich, choć w naszych statystykach bierzemy pod uwagę tylko 10. Mecze Pucharu Ekstraklasy od początku sezonu były bojkotowane, a więc symboliczne liczby w Bytomiu i Grodzisku mogłyby zaciemnić wyniki. A wiosna w naszym wykonaniu była naprawdę niezła. Średnio jeździliśmy w prawie tysiąc osób na mecze do innych miast. To prawda, zdarzały się wyjazdy słabsze (Lubin w PP), ale na drugim biegunie znajdują się konkretne wyjazdy do Bełchatowa, Sosnowca i Gdańska. Także wyjazd do Grodziska, najliczniejszy w historii naszych wizyt w tym mieście, należy uznać za bardzo udany. Na większości meczów nie mieliśmy ze sobą flag, co wiązało się z przedmeczowymi ustaleniami z ekipami, które wpuszczały nas na trybuny. Legijne płótna zawisły tylko na czterech meczach. Najwięcej, ze względu na długi płot dostępny do naszej dyspozycji, w Sosnowcu.


Najliczniej w tygodniu
Legijni wyjazdowcy przejechali za swoją drużyną 19460 kilometrów (w obie strony), biorąc pod uwagę tylko mecze ligowe i PP. Najdalej mieliśmy do Lubina - 375 kilometrów, niewiele bliżej do Gdańska (345). Najbliższymi wyjazdami były Łódź (120 km) i dwukrotnie Bełchatów (160). Średnia odległość wyjazdowa to 262 kilosy. Pięć razy przyszło nam podróżować w weekendy - cztery razy w soboty i raz w niedzielę. Trzy razy dopingowaliśmy Legię na wyjazdach w środy i po razie we wtorek i piątek. Co ciekawe, najwyższe frekwencje zaliczyliśmy w tygodniu - we wtorek (3 tys), piątek (2 tys) i środę (1,2 tys).


Doping na medal
To była niezła runda w naszym wykonaniu pod względem dopingu. Tylko czasami zaliczaliśmy "wpadki", kiedy mało komu chciało się wysilić wokalnie. Tak było w Łodzi, Lubinie oraz Gdańsku. Choć w tym ostatnim przypadku pewnym wytłumaczeniem mogą być przejścia, które mieliśmy przed wejściem na stadion. Zdecydowanie najlepiej dopingowaliśmy w Bełchatowie. Najpierw w lidze. Wtedy też nieźle zaśpiewaliśmy naszą nową pieśń "Za nasze miasto i za te barwy", a także odświeżyliśmy stary kawałek "Dziś zgodnym rytmem". Trzeba przyznać, że śpiewane przez kilkanaście minut "Gdziekolwiek Legia będzie grać..." połączone z fantastyczną zabawą w naszym sektorze, sprawiło, że to właśnie ta pieśń była jedną z dwóch, które najlepiej nam wychodziły w tej rundzie. Drugą była "Ole ole", dzięki której wyjazdy do Wodzisławia i Chorzowa były naprawdę udane. Punktem kulminacyjnym był oczywiście finał Pucharu Polski, w czasie którego pokazaliśmy doping najwyższych lotów. Na pewno przydało się gniazdo oraz dwa ustawione na nim bębny, które synchronizowały doping. Już pierwsza wykonywana przez nas pieśń "Legia, Legia Warszawa" sprawiła, że niejednemu przeszły ciarki po plecach. Szkoda, że wspaniała zabawa w naszym sektorze została zakłócona przez grupę kompletnie nieodpowiedzialnych osób.


W minionym sezonie nie mieliśmy zbyt wielu okazji do prezentacji opraw na wyjazdach. Wszystko za sprawą wyjazdów na nielegalu. W większości przypadków samo dostanie się na obiekt rywala było priorytetem. Mimo to na trzech meczach legijni ultrasi przygotowali choreografie, które należy uznać za bardzo udane. Najpierw w Sosnowcu zaprezentowaliśmy trochę pirotechniki i okazjonalną "wizytówkę" grupy Turyści. Następnie w Białymstoku NS-i pokazali bardzo udaną sektorówkę w połączeniu z hasłem oznaczającym "Wolność dla ultrasów". Hitem okazała się oprawa przygotowana na finał PP. Takiej prezentacji - sektorówki rozwijanej częściami - jeszcze w Polsce nie było. Nie mówiąc już o jej bardzo przejrzystym wykonaniu.


Zmiany są, porozumienia brak
Jak będzie wyglądał kolejny sezon w naszym wykonaniu? Dzisiaj trudno to przewidzieć. Wiadomo już, że przy Łazienkowskiej dla kibiców dostępna będzie tylko trybuna kryta, co po pierwsze oznacza mniejszą frekwencję na meczach w Warszawie (choć w przypadku remontu stadionu jest to nieuniknione), po drugie zaś przerwę w przyjazdach na Łazienkowską kibiców gości. Miejmy nadzieję, że ten stan potrwa jak najkrócej. Choć od zakończenia sezonu minęło już trochę czasu, nie wygląda na to, aby komukolwiek zależało na powrocie do normalności. Zmieniły się władze SKLW, zmiany dokonano również na stanowisku dyrektora ds. bezpieczeństwa, ale na razie nic nie wskazuje na rozpoczęcie rozmów działaczy z kibicami. Niestety, udając, że konfliktu nie ma, istnieje obawa, że można obudzić się z ręką w nocniku, co w skrajnym przypadku może oznaczać nawet wyrzucenie Legii z euro pucharów. Na trybunach coraz częściej bowiem słychać, że grupa radykalistów na złość ITI jest w stanie nawet wyrzucić drużynę z pucharów. Trudno wątpić, że na wyjazdowy mecz Legii w Pucharze UEFA nie pojadą kibice. Już miniony sezon, kiedy legioniści potrafili dogadać się ze wszystkimi rywalami, pokazał, że dla fanatyków niemożliwe nie istnieje.


Kibicowskie podsumowanie wiosny - cz. 1



Doping legionistów podczas finału PP z Wisłą - Legia.TV

Podaj ten news dalej: