- Przeszedł pan do RKS dość późno, dopiero 8 lutego. Co działo się z panem wcześniej? Z Radomska dochodziły wieści, że przyjechał pan w niezbyt dobrej dyspozycji fizycznej...
Sławomir Wojciechowski: Po półtora roku w Bayernie wróciłem do szwajcarskiego Aarau i grałem tam w praktycznie wszystkich meczach. Potem okazało się, że klub ma kłopoty finansowe, więc postanowiłem wrócić do Polski. A co do mojej formy, to proszę się nie martwić. Nie ma się co dziwić, że miałem zaległości bo w Aarau trenowałem tylko do 20 stycznia. Potem miałem aż trzy tygodnie przerwy, do 8 lutego. 20 dni pod okiem trenera Piotra Mandrysza wystarczy jednak, by odbudować formę.
- Wcześniej wydawało się, że trafi pod opiekę dużo lepiej panu znanego trenera, Bogusława Kaczmarka. Dlaczego nie Groclin?
- Rzeczywiście, trenera Kaczmarka znam od lat, a trenera Mandrysza od kilkunastu dni, ale... to nie osoba szkoleniowca decydowała. Myślę, że za wcześnie zaczęliśmy rozmowy z Groclinem, wtedy gdy nie było jeszcze pewne, jak rozliczą się ze mną Szwajcarzy. Były problemy z moimi pieniążkami, a tu już zaczęliśmy rozmowy. Za szybko.
- Rozmowy w Radomsku zaczął pan znacznie później, ale trwały one bardzo krótko...
- Z prezesem Tadeuszem Dąbrowskim nie trzeba długo dyskutować, to bardzo konkretny człowiek. Porozumieliśmy się bardzo szybko.
- Pan podał sumę, a prezes ją zaakceptował?
- Można tak powiedzieć.
- Jeszcze niedawno grał pan na Stadionie Olimpijskim w Monachium, potem w Szwajcarii. Kontrast po przenosinach do Radomska jest pewnie znaczny?
- Wcale go nie ma. W Monachium zbyt wiele nie grałem, a Aarau bardzo przypomina Radomsko. Podobny stadion, podobny poziom sportowy i finansowy, podobne cele. To bliźniacze pod względem futbolu miasta.
- W Radomsku panuje zawrotne tempo transferowe. Nie dziwi pana przybycie Adama Matyska? Teraz w jednym klubie spotkali się dwaj byli piłkarze Bayernu i jeden Bayeru Leverkusen...
- Fajna konstelacja. Ale jest jeszcze wielu świetnych zawodników, mamy dobry zespół. A obecność Adama na pewno pomoże. Dobry bramkarz to połowa sukcesu.
- Bayern, w którym pan grał zdobył puchar i mistrzostwo Niemiec, rządził Ligą Mistrzów. Ma pan na pewno pamiątkowe medale... Co jeszcze może i chce osiągnąć Sławomir Wojciechowski?
- Tamte medale niewiele znaczą, bo zbyt mało grałem. Myślę o przyszłości. Czuję się młodo, mam dopiero 28 lat i sporo do udowodnienia. A na początek chciałbym zdobyć jakieś polskie trofeum, bo nie mam żadnego. Najlepiej mistrzostwo, ale w tym roku jest szansa na Puchar Ligi.
- Co ma pan do udowodnienia?
- Coś trenerowi Jerzemu Engelowi. Nigdy nie dał mi choćby krótkiej szansy, bym udowodnił, że przydałbym się reprezentacji. Wiem, że każdy może tak powiedzieć i mieć spore aspiracje, ale... ja czuję, że mógłbym pomóc.
- Widzę, że ma pan buty Bayernu Monachium. Pozostał sentyment do tego klubu?
- Wręcz przeciwnie! Atmosfera była tam fatalna, a ja przygodę z Bayernem wspominam niechętnie - przez całą karierę nie miałem kontuzji, a tam bez przerwy nie mogłem grać. Trenuję w tych "halówkach" , bo... są wygodne. A w Europie najbardziej lubię Real Madryt.
- W Niemczech nie kibicuje pan Bayernowi?!
- Trzymam kciuki za Borussię Dortmund...
Rozmawiał Żelisław Żyżyński