- Jakich sposobów trzeba było użyć, aby postawić pana na nogi?
Tomasz Wałdoch: W poniedziałek trenowałem indywidualnie, dopiero we wtorek - w przeddzień meczu - odbyłem normalne zajęcia z drużyną. Co tam normalne, trenowałem nawet więcej, ponieważ musiałem mieć pewność, że ten mój kontuzjowany staw skokowy wytrzyma.
- Jest pan już całkowicie zdrowy? Czy wystąpi pan w niedzielnym meczu z VfB Stuttgart?
- To jest pytanie... W czwartek trener Huub Stevens zarządził dzień wolny, ale w klubie pojawili się tylko zawodnicy, którzy nie potrzebowali pomocy medycznej po meczu z Bayernem. To przecież było 120 minut walki i ogromny wysiłek. Ja musiałem stawić się na zabiegach. Co będzie w niedzielę? Jeszcze nie wiem, do meczu ze Stuttgartem jest jeszcze kilka dni, może będę w pełni sprawny. Na piątek mam zaplanowane bieganie.
- Jeśli kapitan z takim zaangażowaniem walczy o powrót na boisko i mu się udaje, chyba dobrze wpływa to na resztę zespołu?
- Wydaje mi się, że nie zawiodłem, ale w naszym zespole trudno kogokolwiek wyróżnić. Pokazaliśmy w ciągu 120 minut, że jeśli naprawdę gramy z pełnym zaangażowaniem, jeśli walczymy jeden za drugiego, potrafimy być bardzo mocni. Przekonał się o tym Bayern, ale w środę bylibyśmy w stanie ograć każdego innego przeciwnika.
- Macie jakiś patent na Bawarczyków? Przecież w pierwszym meczu po zimowej przerwie ograliście ich aż 5-1!
- To nie jest żaden patent. Wygraliśmy, bo byliśmy niezwykle skoncentrowani. Powtarzam, obojętnie jaka drużyna przyjechałaby do nas w środę, miałaby duże kłopoty. To nie było szczęście z naszej strony, wygraliśmy zasłużenie, co zresztą podkreślali niemieccy dziennikarze.
- W 90 minucie Samuel Kuffour otrzymał czerwoną kartkę za faul na Jorgu Bohme. Pana zdaniem słusznie?
- Uważam, że decyzja sędziego była jak najbardziej prawidłowa. Kuffour zaatakował mojego kolegę z tyłu, w ścięgna Achillesa. Zgodnie z przepisami taki faul karny jest czerwoną kartką.
- Czy to był przełomowy moment spotkania?
- Moim zdaniem nie. Bayern właściwie tylko raz zagroził naszej bramce, kiedy w końcówce Giovane Elber trafił w poprzeczkę. My stworzyliśmy więcej sytuacji, może nie były one stuprocentowe, ale gol dla nas był tylko kwestią czasu.
- I wreszcie strzeliliście bramkę, po pięknym uderzeniu Marco Van Hoogdalema. A niedawno, w meczu z Borussią Dortmund, równie ładnego gola strzelił Niels Oude Kamphuis.
- Cieszę się, że to mój partner ze środka obrony strzelił na 1:0, co na pewno dodało nam skrzydeł. Gol był faktycznie rzadkiej urody, mamy szczęście do takich bramek.
- Gdyby ten półfinał rozgrywany był na Stadionie Olimpijskim w Monachium, też byście wygrali?
- Hm... Nie zastanawiam się nad tym. Graliśmy przed własną publicznością, nie ma co bawić się w gdybanie.
- Przed rokiem nie mógł pan wystąpić w finale Pucharu Niemiec ze względu na kontuzję pachwiny. Teraz staje pan przed drugą szansą.
- Jak najbardziej chciałbym zagrać w Berlinie przeciwko Bayerowi Leverkusen. Mam nadzieję, że nie powtórzy się sytuacja sprzed roku.
Rozmawiał Daniel Olkowicz