Niemal od czterech sezonów jest najwyższym piłkarzem zespołu rezerw warszawskiej Legii. Nie dziwi zatem fakt, że koledzy nadali mu przydomek "Długi" i najszybciej odnajdują jego sylwetkę na boisku. Rafał Chmielewski mierzy dwa metry bez jednego centymetra i śmiało mógłby rywalizować na parkiecie z najlepszymi koszykarzami. Zgodnie z rodzinną tradycją wybrał jednak piłkę nożną i nie wyobraża sobie, aby mógł porzucić ją dla innej dyscypliny. Jego ojciec, Włodzimierz, przed wielu laty grał również w drugim zespole Legii i to on był inspiratorem i pierwszym trenerem Rafała. Najpierw grał w Polonii pod okiem niezrównanego Henryka Misiaka. Marzył jednak zawsze, aby występować i strzelać bramki na stadionie przy Łazienkowskiej. Razem z ojcem chodził na wszystkie mecze Legii i całym swoim chłopięcym sercem kibicował tej drużynie. Gdy miał czternaście lat został w końcu piłkarzem Legii.
Niespełnione marzenie
Kolejnym krokiem miało być zakwalifikowanie się do szerokiej kadry pierwszego zespołu. Jednak od kilku sezonów bardzo trudno Rafałowi osiągnąć ten cel.
- Wydawało się, że po zeszłorocznych niezwykle udanych występach pana nazwisko pojawi się w kadrze Dragomira Okuki?
Rafał Chmielewski: Rzeczywiście, w zeszłym sezonie całkowicie zdominowaliśmy trzecioligowe rozgrywki i byliśmy zdecydowanie najlepszym zespołem. Trener Kubicki wspaniale nas motywował, stwarzając przy tym bardzo dobrą atmosferę. Wychodząc na boisko każdy z nas dawał z siebie wszystko. To był monolit, w którym rządziło hasło - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Mieliśmy tylko jeden cel - wygrywać. Nawet prowadząc 3:0 chcieliśmy zdobywać kolejne gole. Tamta drużyna mogłaby śmiało rywalizować w drugiej lidze i z pewnością zrobiłaby spore zamieszanie. Niestety, Mariusz Gostyński gra obecnie w Widzewie, Arek Maciejewski wrócił do Kalisza, Łukasz Siciak przeszedł do Okęcia, a Adam Cieślinski i Maciek Wojtaś trenują z pierwszym zespołem.
- A dlaczego pan nie trenuje z pierwszym zespołem?
- W listopadzie zeszłego roku otrzymałem informację, że działacze Amiki poszukują obrońcy. Pojechałem do Wronek i przez tydzień ćwiczyłem między innymi z Mariuszem Kukiełką, Grzegorzem Królem i Grzesiem Szamotulskim. Mirosławowi Jabłońskiemu spodobał się mój potencjał piłkarski i umówiliśmy się, że jeżeli szefowie klubu dojdą do porozumienia, nie widzi przeszkód, bym pozostał w drużynie. Podbudowany psychicznie atmosferą i mimo młodego wieku, profesjonalnym podejściem zawodników Amiki, czekałem na sygnał. Jednak tuż przed świętami zadzwonił Dariusz Kubicki i powiedział mi, że jest duża szansa, abym pojechał z pierwszym zespołem na obóz do Dębicy. Myśl, że mógłbym trenować u boku Jacka Zielińskiego i ćwiczyć z Maćkiem Murawskim sprawiła, że natychmiast zapomniałem o wyjeździe do Wronek, pozostając w ukochanym klubie.
- Jeszcze w trakcie sezonu dużo mówiło się o pana kłopotach zdrowotnych.
- Wykonaliśmy wtedy ogromną pracę. Wystarczy powiedzieć, że na jedenastu piłkarzy z podstawowego składu siedmiu narzekało na dolegliwości pachwin i mięśni brzucha. Niejednokrotnie zaciskałem zęby i wybiegałem na boisko. Brałem zastrzyki, by doprowadzić pachwiny do normalności, jednak okazało się, że wdał się już stan zapalny. Na pierwszym styczniowym treningu ból był nie do wytrzymania i musiałem zejść z boiska. Mój wyjazd nie doszedł do skutku. Również obozy na Cyprze i Hiszpanii przeszły mi koło nosa. W tym czasie powoli regenerowałem siły i dzięki pomocy doktora Machowskiego udało mi się powrócić do pełni zdrowia. Trenerzy potwierdzają, że widoczna jest poprawa i bardzo liczą na mnie. Brak mi jest jeszcze rytmu meczowego. Przez dwa miesiące nie grałem w żadnym sparingu, ale w trakcie treningów pracuję już na pełnych obrotach.
- Nadal wierzy pan, że znajdzie się w szerokiej kadrze? Niewielu chłopaków z Warszawy przebiło się do pierwszego zespołu Legii.
- To prawda, że moja nadzieja na grę w pierwszym zespole coraz bardziej gaśnie. W czerwcu kończy mi się kontrakt i będę piłkarzem do wzięcia. Gra w Legii zawsze była dla mnie zaszczytem, ale czuję również, że za długo występuję już w jej rezerwach. Psychicznie nie wpływa to na mnie najlepiej. Wciąż przychodzą nowi piłkarze i mimo że grają na tym samym, a niejednokrotnie słabszym poziomie, przechodzą do pierwszego zespołu. Będąc w szerokiej kadrze Legii łatwiej jest znaleźć klub lub sfinalizować ewentualne wypożyczenie. Gdy zakwalifikujemy się do europejskich pucharów, potrzebne będą wzmocnienia i nikt nie będzie miał czasu, by zainteresować się bezpośrednim zapleczem. Tak jest zawsze, a przecież żeby utrzymać się w zespole rezerw, trzeba również nieźle się napracować - zakończył zawodnik.
Rozmawiał Piotr Wojciechowski