- Jakie wnioski po meczu z Japonią?
Jerzy Engel: To była dobra lekcja. Po to ten mecz zakontraktowaliśmy, by na własnej skórze nasi piłkarze przekonali się, jak grają zespoły z Azji. Poznali ich boiskową mentalność, sposób gry, agresję, charakter. Żadne analizy, odprawy, seanse wideo by tego nie zastąpiły. Na żywo mieli okazję dotknąć tego, co ich czeka za dwa miesiące w Korei w meczu z gospodarzami mistrzostw. Przekonali się, że choć grali z zawodnikami, których nazwiska trudno wymówić, to są zakątki na świecie, gdzie grają w piłkę znakomicie, i są drużyny, które trzeba szanować.
- Prezes PZPN Michał Listkiewicz mówi, że to niedobrze, że zakończył już Pan selekcję piłkarzy na mundial. Podaje przykład Władysława Żmudy, który w 1974 roku wskoczył do kadry w ostatniej chwili, a potem był odkryciem mistrzostw świata.
- Zakończyłem już selekcję negatywną. Mam w swoim notesie ponad 30 nazwisk. Z nich, na podstawie ostatnich kilku tygodni, występów w klubach, wybiorę 23 zawodników.
- Mówił Pan, że nie będzie powoływał do kadry tych, którzy nie grają w klubach...
- Oczywiście. Ale ci, którzy nawet grają, nie są lepsi od tych, którzy siedzą na ławce rezerwowych. Im potrzeba tylko kilku meczów, by doszli do optymalnej formy.
- Zawiodła przeciw Japończykom obrona. Dlaczego zdecydował się Pan akurat na Tomasza Wałdocha i Tomasza Hajto na środku, Jacek Bąk zagrał po przerwie, a Jacek Zieliński nie zagrał w ogóle?
- Jacek nie grał, bo dochodzi do formy po ciężkiej kontuzji. Uznałem, że nie ma sensu forsować go meczami reprezentacji, bo te, które rozgrywa w Legii, w zupełności wystarczą mu do tego, by być w najwyższej dyspozycji przed mundialem. Ale on jest w tej drużynie, był z nią na zgrupowaniu. Co do pary stoperów, to postawiłem na Tomków z Schalke, bo grają ze sobą na co dzień, są najlepiej zgrani. Nie chciałem robić żadnych kombinacji.
- Ale zagrali słabo. Wałdoch popełnił fatalny błąd przy pierwszej bramce, Hajto w drugiej połowie stracił siły.
- Ja bym to ujął inaczej. Musimy zdawać sobie sprawę, z kim graliśmy. Japończycy mają już przygotowaną drużynę na finały. Byli długi czas na zgrupowaniu, trener Troussier miał do dyspozycji niemal wszystkich. W "krajowym" składzie pokonali zdecydowanie Ukrainę. A my zagraliśmy z marszu. Trener reprezentacji Anglii Sven Goran Eriksson otwarcie przyznał, że większość jego graczy jest zmęczona, nieprzygotowana do gry, wyczerpana fizycznie kończącym się sezonem w lidze oraz europejskich pucharach. To samo co o Anglikach można powiedzieć np. o Portugalczykach, którzy przegrali u siebie 1-4 z Finlandią.
Reprezentacje z Azji od wielu tygodni wszystko podporządkowują mundialowi. Przerywają swoje ligi, jeżdżą na zgrupowania, są cały czas razem, dłużej niż ktokolwiek inny na świecie. Myśmy się o tym przekonali i zobaczyli na własne oczy w Łodzi.
- Mówi Pan o zmęczeniu. Ale czym i którzy polscy piłkarze mają być zmęczeni? Większość z nich nie gra przecież w swoich klubach.
- No i właśnie w środę najbardziej zawiedli ci podstawowi zawodnicy, "filary" tej reprezentacji i swoich klubów, a więc Wałdoch, Świerczewski, Kałużny, Michał Żewłakow... Oni byli nieprzygotowani do tego meczu pod względem świeżości i odpoczynku. A inni zagrać nie mogli, bo lepszych nie ma.
A jak Japończykom ustępuje się pod względem szybkości i świeżości, to nie ma czego szukać w innych elementach. W grach z zespołami z Azji dynamika jest podstawą. Jak jej brakuje, nie ma szans. Ale tak, jak Japończycy byli skoncentrowani, przygotowani pod względem szybkościowym, wytrzymałościowym, my będziemy 4 czerwca.
- Czy to nie dziwne, że Tomasz Kłos pierwszy mecz w tym roku gra właśnie w reprezentacji?
- W klubie jest rezerwowym. Ale ja, patrząc na to, co wyprawiali inni zawodnicy, nie oceniam jego występu negatywnie. Nie był najsłabszy. To nie błąd, że zagrał. Zgadzam się, że brakuje mu ogrania. Ale w klubie codziennie trenuje, jest cały czas gotowy do gry. Szans nie dostaje, ale ja nie widzę powodu, by go nie powoływać do kadry.
- Kto jest alternatywą na prawą obronę? Marek Koźmiński? Tyle że on też nie gra, więc może Hajto?
- To wykluczone, chyba że w ostateczności. Wtedy to z prawej strony może zagrać Hajto albo Wałdoch. Co do Koźmińskiego, to właśnie zmienił klub, poszedł do II ligi i w Anconie będzie grał w podstawowym składzie. Ma jeszcze czas, przygotuje się do mundialu, najwyższa forma wróci.
Chcę, by wszyscy pamiętali, że wynik meczu z Japonią nie był najważniejszą sprawą. Poprzez sparingi przygotowujemy się do mundialu. Martwi mnie jedynie fakt, że ci podstawowi zawodnicy byli tak zmęczeni fizycznie.
- Za mało było ostrych wrzutek w pole karne. Takich jak choćby Jacka Krzynówka, po której Marcin Żewłakow omal nie zdobył gola. Ale to działo się w 80. min...
- Zgadzam się. Mnie w tym meczu brakowało wielu rzeczy. Wszystko wynikało z tego, że byliśmy wolniejsi, ustępowaliśmy Japończykom w grze agresywnej. Taki faul jak na początku na Koźmińskim kwalifikował się nawet na czerwoną kartkę. Ale pomijając wszystko, ja już dawno nie widziałem, żeby moi zawodnicy tak często leżeli na boisku i tak łatwo dawali się przewracać. To było spore zaskoczenie. Tego na mundialu nie będzie. Nie powtórzy się to w spotkaniach o punkty. Piłkarze podeszli do środowego meczu zbyt lekko. Myśleli, że to kolejny sparing, który sobie spokojnie rozegrają. A trafili na świetnych rywali, lepiej przygotowanych. I dzięki temu ta konfrontacja dała piłkarzom więcej do myślenia niż mecz z jakimkolwiek innym zespołem.
- Czy czuje się Pan odpowiedzialny, że nie potrafił Pan zmobilizować zawodników do bardziej zaangażowanej gry?
- Tu nie chodzi o mobilizację i zaangażowanie. W drugiej połowie to my byliśmy lepsi, przeważaliśmy, graliśmy, tyle że nic z tego nie wynikało. Decydujące były w tym meczu dwie rzeczy - zmęczenie i brak koncentracji. Przecież Wałdoch na co dzień nie popełnia takich błędów jak w środę, nie wykłada piłek rywalom.
Na ten brak koncentracji zawodników wpłynął cały ten hałas, szum, jaki był wokół nich przed meczem. Po raz kolejny zostało udowodnione, że w polskich warunkach nie można przygotowywać się do meczu w centrum miasta, gdzie hotel jest otwarty dla wszystkich. I odwiedzają go znajomi, kibice, dziennikarze. Zawodnicy właściwie cały czas zamiast w pokojach siedzieli na dole i rozmawiali o różnych rzeczach. Do tego doszły zobowiązania wobec sponsorów: Ery, Pumy, Vistuli, która szyje nam garnitury... Ale to musiało się odbyć. Przed kwietniowym meczem z Rumunią już takiego zgiełku nie będzie. Wiem, że przed meczami musimy zamykać się w takich miejscach jak np. ośrodek w Konstancinie.
- Na meczu w Łodzi było pięć, może sześć tysięcy ludzi...
- Trudno, tego nie zmienimy. Ale mnie najbardziej zszokowała petarda rzucona na pole bramkowe Jurka Dudka. Ten, kto to zrobił, nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji, jakie mógł mieć jego wybryk. Gdyby nie wspaniały refleks Jurka, który w ostatnim momencie odwrócił głowę, petarda wybuchłaby w jego twarz, oczy. Mogło się to skończyć czymś gorszym niż szokiem akustycznym. Nawet zakończeniem kariery.
- Czy mecz z Rumunią będzie inny?
- Na pewno. Wszystkie mecze sparingowe, które gramy na wiosnę, są pod kątem MŚ. Japonia pokazała, jak może zagrać Korea. A Rumunia to rywal podobny do Portugalii. Bardzo dobry technicznie, sporo dryblujący, długo utrzymujący się przy piłce. Ale zapewniam, że zagramy inaczej. Będziemy bardziej waleczni, lepiej skoncentrowani. Powiem panu, że gdyby mecz z Japonią był jutro, to może byśmy nie wygrali, ale na pewno uniknęlibyśmy wielu błędów ze środy.
- Był Pan zaskoczony porażką Portugalii z Finami?
- Nie bardzo. Dla drużyn europejskich to nie był po prostu najlepszy moment do rozgrywania meczów. Większość wolała odpocząć, zaleczyć najmniejsze nawet urazy. Nie stać ich było na taką koncentrację przed meczem towarzyskim, jaka towarzyszyć będzie na finiszu ligi i w pucharach. Ale na pewno wszystkim te porażki dały sporo do myślenia. Ja zresztą też przed meczem z Japonią mówiłem, że remis będzie naszym sukcesem. I, niestety, nie pomyliłem się.
Rozmawiał Robert Błoński