- Jak obaj zagraniczni szkoleniowcy czują się w Warszawie?
Dragomir Okuka:: Dobrze. Przyzwyczaiłem się się do życia w stolicy Polski, a niedawno - przed tygodniem - przyjechała do mnie żona, więc zrobiło się bardzo rodzinnie. Do pełni szczęścia brakuje tylko dzieci. Syn ma 15 lat, córka 13 i oboje się uczą. Teraz zajmuje się nimi koleżanka żony. Gdyby mogły przyjechać do Warszawy, to byłbym nawet skłonny osiedlić się tu.
Werner Liczka: W waszej stolicy czuję się bardzo dobrze. Na tyle, że nawet nie żałowałem, że przyszło mi w Warszawie spędzać Święta Wielkanocne. Syn, Mario, był operowany w Polsce i nie mógł przerwać rehabilitacji. Nie był to jakiś bardzo trudny zabieg, zwyczajna artroskopia. Żona przyjedzie dopiero za tydzień. Razem poznajemy Europę i stolica Polski jest jednym z przystanków. O tyle przyjemnym, że do mojej rodzinnej Ostrawy jedzie się stąd pociągiem raptem cztery godziny.
- Przez kilkanaście miesięcy pobytu w Warszawie wyszukaliście ulubione knajpki, puby lub po prostu miejsca, gdzie chętnie spędzacie czas?
D.O.: Fajnie jest przede wszystkim na Starym Mieście. Mam tam dwie, może trzy ulubione restauracje, ale najlepiej czuję się "U Gesslera". Nie omijam też jugosłowiańskiego klubu, który jest usytuowany niedaleko stadionu Legii. Podają tam najlepszą w Warszawie śliwowicę.
W.L.: Ja też chętnie bywam na Rynku. Nie mam jednak jakiejś ulubionej knajpy. Teraz, gdy zrobiło się ciepło, najchętniej siadam pod jakimś parasolem i sączę piwko. Ale najwyżej jedno, bo za alkoholem nie przepadam. Bardzo szybko przekonałem się natomiast do polskiej kuchni. Macie fantastyczne zupy, oryginalne surówki i bardzo dobrze przyrządzacie drób i ryby.
D.O.: Do jedzenia też nie mam najmniejszych zastrzeżeń, jest bardzo podobne do bałkańskiej diety, bogate w mięso. Zgadzam się, że macie pyszne zupy, świetne sałatki, a w Warszawie jadłem dodatkowo najlepszego w życiu indyka.
- Co najbardziej przeszkadza panom w Warszawie?
W.L.: Na ulicach jest brudno. I to się niestety rzuca w oczy. Architektura jest piękna, ma swój klimat, jak choćby Paryż. Walające się wszędzie śmieci psują jednak ogólny wizerunek.
D.O.: A życie utrudniają jeszcze dziury w ulicach, które pojawiły się po zimie. Stolica kraju jest wizytówką, powinna więc wyglądać bardziej reprezentacyjnie.
- Można zakochać się w warszawiankach?
W.L.: Oj, można stracić głowę dla waszych dziewczyn. Są piękne.
D.O.: Stracić głowę rzeczywiście można, ale już chyba nie w moim wieku. Dzieci dorastają, właśnie skończyłem 48 lat. Koncentruję się na futbolu i nie rozglądam na boki.
- Podejmując pracę w Polsce byliście pewni, że się u nas sprawdzicie?
D.O.: Ryzyko oczywiście było. Z Legii odchodzili piłkarze, nowych dopiero pozyskiwaliśmy. A presja była duża, bo klub, w którym pracuję, zawsze ma grać w europejskich pucharach. Dobrze więc, że przyjechałem do Warszawy już w marcu i przez dwa miesiące poprzedniego sezonu spokojnie mogłem się przypatrywać zespołowi. Wiedziałem przynajmniej jakie są słabości, jaka atmosfera, czego brakuje. Liczka miał o wiele gorzej. Przejął Polonię dopiero w czasie letnich przygotowań.
W.L.: I bardzo szybko przekonałem się, że kadra nie jest zbyt liczna, że zawodnicy są ambitni, chętni do współpracy, więc byłem optymistą. Nie bez znaczenia był też fakt, że otrzymałem od prezesa Janusza Romanowskiego wolną rękę. Od początku w kwestiach sportowych wypowiadałem się tylko ja.
D.O.: U mnie było podobnie. Żaden z prezesów, ani Leszek Miklas ani nawet Andrzej Zarajczyk, nie ingerował w moją pracę. Nie pozwoliłbym sobie na to. Zawsze dbałem o to, żeby moje decyzje były suwerenne. Nie złamał mnie nawet Arkan w Obiliciu Belgrad. Gdy nie zgodziłem się na wystawienie jego zawodników w Lidze Mistrzów przeciw Bayernowi Monachium, po prostu mnie zwolnił. Straciłem posadę, ale zachowałem twarz.
- Trener Okuka sprowadził do Legii zawodników z Bałkanów. Dlaczego zatem pan Liczka nie wzmocnił Polonii piłkarzami z Czech?
W.L.: (ze śmiechem) Chciałem, ale nie mogłem. Na klub nałożony był przecież zakaz transferów, a na dodatek w kasie nie było pieniędzy. To cała tajemnica.
D.O.: A ja wcale na siłę nie chciałem nikogo importować, tak była po prostu konieczność. Odszedł jednak Marcin Mięciel, nie chciał zostać Zbyszek Robakiewicz, doszło kilka kontuzji i nagle okazało się, że nie ma kim grać. Szybko więc rozesłałem wici po Jugosławii, bo doskonale wiedziałem, że tam można wypożyczyć zawodników za darmo.
- Poziom polskiej ligi jest niższy niż w Czechach i Jugosławii?
W.L.: Ekstraklasa w waszym kraju nie jest tak dobra jak w Czechach. Derby Pragi rozgrywane są na wyższym poziomie niż derby Warszawy. A tak słabej bazy jak tu zastałem nie spotkałem nigdzie w Europie. Nie mamy nawet treningowego boiska.
D.O.: W Jugosławii jest zupełnie inaczej. W Polsce, zwłaszcza w grupie mistrzowskiej, gra się równie dobrze jak w moim kraju, a może nawet i lepiej. Na dodatek tu stawka jest wyrównana, ósmy zespół może wygrać z pierwszym. A w Serbii liczą się tylko trzy kluby, wszystkie z Belgradu - Obilić, Crvena Zvezda i Partizan. Za nimi jest przepaść.
- Liga polska przyciąga zagranicznych szkoleniowców pieniędzmi?
W.L.: W Czechach byłem w tym sosie przez 30 lat. Chciałem więc się sprawdzić w innych realiach. Nie ukrywam też, że z ofert, które otrzymałem latem ta z Polonii była najbardziej atrakcyjna finansowo.
D.O.: Oczywiście, że za granicę wyjeżdża się przede wszystkim po to, żeby lepiej zarabiać. Legia płaci dobrze, znacznie lepiej jak Vojvodina, w której pracowałem przed przyjazdem do Polski. W Obiliciu, Partizanie i Crvenie Zveździe miałbym podobną gażę jak w Warszawie. No, chyba, że zdobędę mistrzostwo Polski to wówczas zdecydowanie przebiję jugosłowiańskie realia. W Legii można rzeczywiście doskonale zarobić, ale tylko osiągając doskonały wynik.
- Słowiańskie języki są podobne. Nie musieliście chyba zatrudniać nauczycieli polskiego?
W.L.: Rozumiałem od początku wszystko, ale to za mało, żeby trafić do piłkarzy. Do nich trzeba dotrzeć, zwłaszcza podczas przedmeczowych odpraw. Bo od razu zauważyłem, że Polacy mają zupełnie inną mentalność od Czechów. Dlatego sporo pracowałem ze słownikiem, dopytywałem współpracowników. Podczas meczu jest już łatwiej. Słowa: podaj, zablokuj, cofnij się przychodzą bardzo szybko. A stwierdzenia: kurwa mać, nie sposób nie nauczyć się już w czasie pierwszego treningu.
D.O.: Też przyłożyłem się do języka piłkarskiego. Zdaję sobie sprawę, że nie mówię gramatycznie poprawnie, ale porozumiewam się bez trudu. Ja wszystkich rozumiem, a po polsku prowadzę odprawy i udzielam wywiadów. Jestem więc w stanie przekazać, o co mi chodzi.
- Są w Polsce trenerzy, którzy poradziliby sobie za granicą?
W.L.: Oczywiście! Choćby taki nie przez wszystkich doceniany Bogusław Pietrzak. Jak grasz przeciw Ruchowi to czujesz, że facet wie, o co chodzi w futbolu i ma swoją filozofię. Chorzowianie mają swój niepowtarzalny styl. Myślę też, że bez trudu na przykład w Czechach poradziliby sobie Mirosław Jabłoński i Dariusz Wdowczyk. Też pracują bardzo sensownie.
D.O.: Każdy trener, który umie zrobić sukces, a za taki uważam wywalczenie mistrzostwa Polski, Pucharu Polski a nawet Pucharu Ligi, ma wszelkie dane, żeby poradzić sobie także za granicą. Idealnym kandydatem wydaje się więc Franciszek Smuda. Ostatnio nie ma najlepszej passy, ale trzech tytułów nie zrobił przypadkowy człowiek. Nie wolno jednak zapominać także o tych, którzy nie błyszczą, ale wykonują wspaniałą robotę. W trudnych warunkach, bez pieniędzy i odpowiednio licznej kadry. Uważam, że szkoleniowcem dużej klasy jest obok Pietrzaka z Ruchu także Janusz Białek z GKS Katowice. Ma tylko 13 piłkarzy, ale znakomicie ich poukładał.
- Polscy piłkarze są równie dobrzy jak trenerzy?
D.O.: Zawodników macie wspaniałych. Takich, których bez wstydu można pokazać nie tylko w Jugosławii, ale w każdym kraju Europy Zachodniej. O swoich z Legii nie będę mówił, bo nie wypada. W Wiśle na pewno wyróżniają się Maciej Żurawski i Kamil Kosowski. W Polonii też nie brakuje klasowych graczy. Jeszcze młodych, a już doświadczonych. Paweł Kaczorowski jest bardzo dobry, Mateusz Bartczak, Marcin Kuś, Tomasz Ciesielski, Piotr Dziewicki również. A mógłbym wymienić jeszcze kilku.
W.L.: Umiejętności piłkarzy to największy atut polskiego futbolu. Czasami to się nawet zastanawiam, jak na tych fatalnych boiskach tak znakomicie zostali wyszkoleni. Choćby w takim GKS. Gdy przyjechałem do Polski - nie znałem żadnego piłkarza z Katowic. A po dwóch miesiącach okazało się, że taki Tomasz Moskała to prawdziwy turboodrzutowiec. Krzysztof Gajtkowski nie jest gorszy. A dorównuje im Marek Kubisz. Trzech zawodników z Ruchu Chorzów - Jana Wosia, Krzysztofa Bizackiego i Damiana Gorawskiego chciałbym mieć natychmiast w Polonii. Oj, cóż to są gracze! A Piotr Dubiela z Pogoni? Ciężko w Europie wschodniej znaleźć drugiego piłkarza tak wspaniale wykonującego stałe fragmenty gry.
- Nie wspomniał pan o legionistach. Dlaczego?
W.L.: Legia ma bardzo dobry, najlepszy aktualnie w Polsce zespół. Największą siłą naszego dzisiejszego rywala jest zgrany kolektyw. Nie przez przypadek większość spotkań drużyna Okuki rozstrzyga na swoją korzyść w ostatnim kwadransie. To nie oznacza, że brakuje na Łazienkowskiej indywidualności. Jacek Zieliński to wspaniały stoper. Maćka Murawskiego poznałem w Canal Plus. Cóż za inteligencja! Poradzi sobie wszędzie za granicą. W przednich formacjach motorami napędowymi są Cezary Kucharski i Tomasz Kiełbowicz. A bardzo dobrym dyrygentem Aleksander Vuković.
- Kto jest faworytem meczu Legia - Polonia?
D.O.: Nie ma faworyta. Legia prowadzi w ekstraklasie, ale w derby zawsze dzieją się dziwne historie. Tak jest w Jugosławii, Czechach, Włoszech, Hiszpanii, a Polska nie jest wyjątkiem. W środę były akurat derby Belgradu. Zdecydowanym faworytem spotkania z Obiliciem była Crvena Zvezda, ale wygrała po ciężkim boju 2-1. Zwycięskiego gola zdobyła dopiero w ostatniej minucie. Mecz z Polonią też będzie bardzo trudny. Ale wygra Legia!
W.L.: Również uważam, że nikt nie ma przewagi przed meczem. I wiem, iż będzie to zupełnie inne spotkanie niż jesienią na Konwiktorskiej. Inna będzie otoczka, inne nastawienie. Bo Legia musi wygrać. Remis nie będzie dobry dla gospodarzy. Polonia też musi wygrać. Bo punkt to dla nas za mało. Okuka mówi, że wygra Legia? Myli się - wygra Polonia!
D.O.: Liczka, a założymy się? Legia będzie miała 12 zawodnika, którym są wspaniali kibice. Będą nas pięknie dopingować. Zagramy ofensywnie, tylko do przodu, bo jedynie taka strategia może przynieść efekty. Zresztą nasi fani tworzą najlepszą oprawę, gdy my huraganowo atakujemy. Nie mamy więc wyboru.
W.L.: Kibice Legii będą dopingować swój zespół, ale atmosfera, którą wytworzą będzie niosła i nas. Na pewno zaprezentujemy się więc lepiej niż jesienią. Nie mam w zespole Żurawskiego czy Moskały, więc będę wymagał żelaznej realizacji założeń taktycznych i zademonstrowania charakteru, który moi zawodnicy mają. Najważniejszy będzie pierwszy kwadrans. Jeśli na przykład Kuś przestraszy się Kiełbowicza, to będzie po meczu. Ale się nie przestraszy! Mam nadzieję, że walka będzie ostra, ale sportowa. Wygra lepszy, a po spotkaniu wszyscy podamy sobie dłonie i podziękujemy za wspólnie stworzone widowisko.
- Szykujecie przeciwnikom jakieś niespodzianki?
D.O.: Nie ma takiej możliwości. Ja i Liczka wiemy wszystko o przeciwnikach. Mogą być dwaj inni niż się spodziewam zawodnicy w podstawowym składzie, ale nikt nie zmieni strategii przed tak ważnym meczem. Uważam zresztą, że wszystko rozegra się w kategoriach psychologicznych. Kto lepiej wytrzyma stres, ten wygra spotkanie.
W.L.: Taktycznie Legia nie ma szans mnie zaskoczyć. Na pamięć znam schematy wszystkich stałych fragmentów naszych przeciwników. Ostatnio włączyłem kasetę z meczu z Legia - Ruch. Wziąłem kartkę i długopis i dopiero po godzinie spostrzegłem się, że nic nie zanotowałem. Bo nie było żadnego nowego elementu. Też uważam, że najważniejsza będzie psychika. We wtorek zupełnie odpuściłem piłkarzom, trening był właściwie rozruchem. Jeden był jeszcze myślą w domu, drugi w pociągu, a inny miał lekkiego kaca. Od środy rozpoczął się jednak konkurs piękności. Kto będzie najbardziej odporny zagra dziś przeciw Legii.
- Jaki będzie wynik?
W.L.: Jeśli nie opanujemy emocji i nie będzie dyscypliny na boisku to wynik może być wysoki. Nawet... 8-6. To zresztą nieważne. Liczy się tylko, żeby wygrała Polonia.
D.O.: Liczka tak się przekomarza, a spokojnie może przegrać. Po sezonie obejmie przecież posadę drugiego trenera reprezentacji Czech. Pracę będzie miał spokojną, a pieniądze pewne. Co innego ja - jestem jeszcze za młody, żeby pracować jako asystent selekcjonera. Dlatego odrzuciłem ofertę jugosłowiańskiej federacji. Chciałbym awansować jako trener klubowy. Do tego jest mi potrzebny tytuł mistrza Polski. Będzie 1-0 dla Legii. Nie - 2-0. No dobrze, stawiam na 3-0 dla nas. A teraz Werner siadaj i pisz skład Polonii. Inaczej nie wypuszczę cię na obiad!
Rozmawiali Adam Godlewski i Piotr Wojciechowski