Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Warszawa w barwach Legii

sobota, 6 kwietnia 2002 14:17
Przegląd Sportowy

Mistrz, mistrz, Legia mistrz! - to był jeden z najpopularniejszych tego dnia okrzyków. W jego rytm w górę szły ręce kibiców, a później także piłkarzy. Zwycięstwo nad Polonią było tak fetowane, jakby gwarantowało legionistom mistrzostwo Polski. Ze świętowaniem tytułu trzeba jednak zaczekać, o czym przekonywał Wiesław Giler, redaktor naczelny obchodzącego pięciolecie istnienia tygodnika "Nasza Legia".


- Dopóki pierwszego miejsca nie będzie można stracić, bo byłoby to niezgodne z prawami matematyki, dopóty nie świętuję jeszcze triumfu. Za wiele w życiu przeżyłem rozczarowań, aby już teraz strzelać korkami od szampanów. Najpierw wygrajmy we Wronkach! - mówił. Co nie znaczy oczywiście, że humor mu nie dopisywał.


Na konferencji prasowej obdarował Wernera Liczkę, trenera Polonii, szalikiem Legii, dziękując w imieniu warszawskich fanów za pokonanie Wisły i Amiki, a przegranie na Łazienkowskiej.


- Myśmy się wczoraj umówili - tyleż lakonicznie, co żartobliwie wtrącił nagle Okuka. - Zgadza się, mistrz miał zostać w Warszawie - dodał uśmiechnięty Liczka.


Obaj szkoleniowcy byli pod wielkim wrażeniem atmosfery, jaka panowała na Łazienkowskiej. - W Czechach takiej nie ma. W Polsce prowadziłem Polonię w 23 meczach i dzisiejszy zdecydowanie bije wszystkie inne na głowę. To, co wyprawiali kibice Legii, było fantastyczne. Gratuluję im stworzenia niesamowitej atmosfery. Było po prostu pięknie - stwierdził. Okuka również był zachwycony. - W Belgradzie też derby wyglądają efektownie, bo spotykają się kluby posiadające ogromne rzesze kibiców. Fani Partizana i Crvenej Zvezdy zawsze w ogromnej liczbie przychodzą na stadion. W Warszawie jest inaczej, bo Polonia ma malutko kibiców, ale dziś atmosfera była fantastyczna i nie wiem, czy porównywalna z czymkolwiek w Jugosławii. Legia ma wspaniałych kibiców - dodał serbski szkoleniowiec.


Liczka nie widział


Rzym, Mediolan, Ateny, Belgrad - derby tych miast słyną z nieprawdopodobnej atmosfery. Jeśli ktoś na żywo będzie chciał zobaczyć mecz AS Roma - Lazio, ryzykuje, że nie spodoba mu się na żadnym innym stadionie. Wspaniała choreografia, pokazy pirotechniczne i nieustający, kapitalny doping. Polska powoli goni Europę i widać to także na naszych stadionach. Piątkowy mecz Legii z Polonią był tego fantastycznym przykładem. Już nie pierwszy raz w tej rundzie kibice z Łazienkowskiej stworzyli nieprawdopodobne widowisko i dziś można stwierdzić, że... ścigają się sami ze sobą. Pewnie długo będą dyskutować, które spotkanie było lepsze w ich wykonaniu - to z Wisłą, czy też to z Polonią. Innej konkurencji nie widać.


Derby Warszawy są specyficzne, nietypowe, ponieważ układ kibicowskich sił nie dzieli się w stolicy równo. Mało tego - trudno znaleźć cokolwiek, co łączyłoby fanów obu drużyn. Na stadion przy Łazienkowskiej kibiców gości przybyło nieco ponad dwustu. Przy dwunastu tysiącach fanatyków Legii nie mieli najmniejszy szans, by przebić się ze swoim dopingiem. To był teatr jednego aktora, o ile tak można określić wszystkich sympatyków z Łazienkowskiej. Festiwal rozpoczął się z momentem wyjścia piłkarzy na boisko. Ponad sześć tysięcy ludzi na trybunie odkrytej podniosło kartony, które utworzyły Syrenkę na tle panoramy miasta - można było rozpoznać Pałac Kultury i Nauki oraz kolumnę Zygmunta. Widok nieprawdopodobny i zapierający dech w piersiach - stolica w rękach Legii! - Zakasowaliśmy wszystkich - mówili kibice.


Słoń nie przybył


Efektownej choreografii towarzyszyły liczne fajerwerki wystrzelone w powietrze. Podobno byłoby ich niewspółmiernie więcej, gdyby nie... policja. Stróżowie porządku przechwycili niemal wszystkie środki pirotechniczne przygotowane na piątkowy wieczór - dwa wielkie pudła. To, co zostało wniesione na trybuny, było efektem sprytu i dobrego kamuflażu. Pechowiec, u którego znaleziono pirotechnikę, meczu nie obejrzał - skończył na "dołku". Natomiast takich problemów podobno nie mieli fani Polonii. Wnieśli kilkanaście rac, które po odpaleniu wyglądały bardzo efektownie. Zresztą trzeba przyznać, że grupa z Konwiktorskiej bardzo się starała by nie odstawać zbytnio od swoich "rywali". Byli jednak skazani na porażkę i musieli głównie nasłuchać się, że "Polonii nie ma w Warszawie". Gdy chcieli błysnąć swoją sektorową flagą, Legia wyciągnęła własną - n-razy większą.


Nie wyjaśniła się sprawa owianego tajemnicą słonia, maskotki z Konwiktorskiej, która w tajemniczych okolicznościach zniknęła. Podobno ktoś jej w tym pomógł i wszystko wskazuje na to, iż byli to fani z Łazienkowskiej. Kilka dni temu można było usłyszeć dość zabawne oświadczenie, że na stadionie Legii żadne szaliki, flagi i maskotki nie będą palone! Tak jakby zawsze były. Na derby słoń nie przybył i niektórzy twierdzili, że szykuje się na fetę mistrzowską. Inna sprawa, że być może maskotka z Konwiktorskiej pojawiłaby się na meczu, gdyby nie to, że od kilku dni ochroniarze skwapliwie przeszukiwali wszystkie samochody, aby tylko nikomu nie udało jej wwieźć. I bez "Polonika" bawiono się jednak świetnie. - Mistrz, mistrz, Legia mistrz - niosło się ulicami Warszawy.

Podaj ten news dalej: